Karnych w Stambule przegrać nie mogli

Czternaście lat temu w meczu o europejski puchar w Stambule Liverpool z 0:3 do przerwy z Milanem doprowadził do serii rzutów karnych, w których bohaterem był Jerzy Dudek i jego taniec. Teraz historia zatoczyła mniejsze, ale jednak koło. 

Mniejsze, bo Adrian był bohaterem, ale o jego obronie „jedenastki” nie będzie się mówić tak długo i tak wiele, co o „Dudek Dance”. Mniejsze, bo choć byliśmy świadkami naprawdę dobrego meczu, tak pod kątem dramaturgii ten z 2005 wydaje się być niedoścignionym. I przede wszystkim: mniejsze, bo finał Ligi Mistrzów to jednak zupełnie inny kaliber niż Superpuchar Europy.

Ten w sposób prestiżowy, ale jednak tylko rozpoczyna sezon piłkarski na Starym Kontynencie. Dość wspomnieć, że Jurgen Klopp w tym meczu chciał oszczędzić kilku podstawowych piłkarzy (Firmino, Alexander-Arnold, Wijnaldum) – chociaż prawie się na tym przejechał.

Chelsea była bowiem znacznie lepsza niż z Manchesterem United. Na Old Trafford przegrali 0:4, w Stambule dali bardzo dobre spotkanie i byli bliscy sukcesu.

To nie tylko otworzenie wyniku spotkania i jego zamknięcie już w dogrywce. To nie tylko niemal perfekcyjne wykonywanie serii rzutów karnych, którą przegrali minimalnie 4:5. W niej pomylił się młody snajper Abraham, który co prawda wywalczył rzut karny w regulaminowym czasie gry, ale w pewnym momencie też był nieskuteczny.

Nie wykorzystał swojej okazji – jednej z bardzo wielu, jakich stworzyła sobie drużyna Franka Lamparda. Dwukrotnie „The Blues” nawet zdobywali bramki, ale zarówno Pulisić w pierwszej połowie, jak i Mount w drugiej byli na minimalnych spalonych. Liverpool był wielkim faworytem bukmacherów, mediów czy kibiców, ale napotkał bardzo duży opór, który wytrzymał rzutem na taśmę.

Nie wyszło Kloppowi oszczędzanie sił swoich piłkarzy. Kalkulacje wzięły w łeb. Firmino był oszczędzony przez pierwsze 45 minut, ale między innymi dlatego później musiał wybiegać dodatkowe pół godziny – wraz z całą resztą. Ciekawe, czy niemiecki szkoleniowiec również zostawiłby Brazylijczyka na ławce, gdyby nie niedzielne 0:4 drużyny Lamparda z Manchesterem United?

Prawdopodobnie nie, o czym świadczy fakt, że Firmino zameldował się na boisku od początku drugiej połowy. I po chwili Liverpool wyrównał, a on – asystował.

Podobnie było zresztą przy drugiej bramce. Nie tylko nie zmienił się asystent, ale i jej strzelec, Sadio Mane. Dla Chelsea wynik meczu otworzył Olivier Giroud, ale mimo oddania mu zasług za bramkę trudno uznać, że to napastnik na wielkie granie. Jeśli mielibyśmy kogoś w drużynie Lamparda wyróżnić, na pewno byliby to N’Golo Kante (niezły również w ofensywie!) czy Pedro.

Wydawało się, że gra na dość dużym ryzyku, a jednocześnie nie zawsze przy pełnej koncentracji i tak zakończy się dobrze dla Liverpoolu bez potrzeby rzutów karnych. „Jedenastkę” wywalczył jednak Abraham, a sprokurował ją golkiper „The Reds”, Adrian. W ostatniej serii jedenastek role się odwróciły – to młody napastnik Chelsea był antybohaterem, a golkipera Liverpoolu noszono na rękach.

Ogólnie mecz był wyrównany, raczej na remis – i właściwie tak się zakończył. Rzuty karne nie bez powodu nazywane są loterią – choć decydują w nich umiejętności zarówno te piłkarskie, jak i radzenia sobie z presją, to raz w nich przegrywasz z Manchesterem City, a innym razem wygrywasz z Chelsea. Wygrywasz zwłaszcza, gdy jesteś Liverpoolem i grasz o europejski puchar w Stambule…

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem