Juras Blog: Żyjemy…

    Witam wszystkich w kolejnym blogu. Mam nadzieję, że korzystacie ze słońca i czytacie go w parku, nad wodą, czy w ogródku. Nie ma co zamulać w domu jeśli nie musicie. Co innego Ci, którzy leżą na przykład w szpitalu i jedyną atrakcją jest patrzenie za okno czy klikanie w social media co minutę licząc, że wydarzyło się coś spektakularnego. Jeżeli dodamy do tego to uczucie ekscytacji z niewiadomej w postaci „czym dziś zaskoczy mnie kulinarnie NFZ”… bajka! Wiadomym jest wszak, że w szpitalach łatwiej zrobić rzeźbę niż masę. 🙂

    O czym dzisiaj? No właśnie o tym, co wydarzyło się w czwartkowe rano na jednej z warszawskich ulic, kiedy to niesamowicie przystojny Łukasz i przepiękna Marta (kazała mi napisać, że jest też fajna) postanowili zrobić sobie moto przejażdżkę do Różalewa, aby popaczać na świnki, kozy i konie, a przy okazji dostarczyć obiecaną przed walką gotówkę, która będzie przeznaczona na cele pomocy wspierane przez Marcina „Mistrza KSW” Różalskiego. Pech jednak chciał, że pewna ludzka spierdolina miała dla nas inny plan. Czas zatem napisać jak było, bo ilość bzdurnych komentarzy i demonizacji motocyklistów przeraża bardziej niż brak papieru toaletowego na zakończenie posiedzenia króla sedesu.

    Nie będę silił się na bajkowe opisy naszego wypadku, gdyż w chwili pisania bloga trochę siadł mi humor. Wszystko zostanie oczywiście zweryfikowane jeszcze na przesłuchaniach, ale z racji tego, że mam świadków całego zdarzenia pozwolę sobie na najbardziej możliwie rzetelny przekaz. W tym miejscu dziękuje raz jeszcze Grześkowi i Ani jadących za nami Harleyem, którzy pomagali ogarnąć ten cały burdel.

    Jechaliśmy lewym pasem dwupasmowej jezdni ok 70/80 km/h ( wbrew internetowym mądralom nie 170), kiedy to dostawczak postanowił nagle zmienić sobie pas na ten którym jechaliśmy My. Bez kierunkowskazów, bez spojrzenia w lusterko, gdyż aby być bardziej widoczny na drodze jeżdżę konsekwentnie na „długich”.

    Możecie wystawiać już moralne mandaty. Mam to szczerze gdzieś. Wolę dostać realny mandat, ale mieć przynajmniej nadzieję, że ktoś mnie na ulicy zauważy. Jak zaczyna się ściemniać wyłączam, aby nie oślepiać innych kierowców. Jeżeli ktoś twierdzi, że w dzień go też oślepia… jest malkontentem do kwadratu. Sam jeżdżę autem na co dzień i nigdy w dzień nie oślepił mnie długimi żaden motocykl.

    Nagła zmiana pasów przed „dostawczaka” i natychmiastowy hamulec! Po co? Nie wiem. Był tłok na ulicy o tej godzinie, ale nie aż taki. Do najbliższego auta przed nim było naprawdę sporo, ale jak się później okazało przeładowane auto musiało przecież hamować wcześniej, a nerwowość w ciśnięciu pedału hamulca w ziemie wynikała z tego, że kierowca… tfu! ten pierdolony śmieć za kółkiem, był pijany. Nawet nie zdążyłem zareagować naciśnięciem hamulca, a refleks mam naprawdę dobry…

    Ułamek sekundy, huk i cisza…. Pierwsza rzecz, o której myślisz to żyję. Rozglądam się i szukam mojej dziewczyny. Leży na asfalcie i jęczy z bólu i przerażenia. Nie wiesz co robić, bo adrenalina rozsadza ci głowę. Głowę, która przed chwilą przypieprzyła w ścianę.

    Ukłony dla marki Shoei za kask, który zdał egzamin. Nie oszczędzajcie na jakości sprzętu motocykliści. Moja Marta podczas uderzenia przeleciała przeze mnie, zatrzymała się na dostawczaku i ze znacznej wysokości spadła na ziemię. Podchodzę do niej i sprawdzam, czy może ruszać kończynami. Ona też uderzyła głową. Szczęście, że w naciągniętą plandekę, która w minimalnym stopniu zamortyzowała uderzenie. W innym wypadku byłoby już po wszystkim…

    Po sprawdzeniu mojej dziewczyny, pierwsza myśl zabiję gościa. Mało tego? Jebany próbował odjechać. Wiedział, że jest „trafiony”, ale moimi środkami przekonałem go, że ma natychmiast wysiadać. Szczerze? Jakbym wiedział od początku, że jest na bani, to skatowałbym go na miejscu. Mówię to z pełną odpowiedzialnością. Miałem ochotę urwać skurwysynowi łeb, ale ważniejsza była dla mnie moja Marta leżąca tam na asfalcie. Nie ma nic gorszego dla faceta, jak widok cierpiącej bliskiej osoby.

    12

    Komentarze