Juras Blog: Wróciłem!

    Uszanowanie ludki! Jako, że już po walce trzeba wrócić do codzienności, a że dziś środa, to idealnie składa się, aby zrobić małe podsumowanie tego całego PGE Narodowego szaleństwa na moim blogu. Myślałem, żeby nagrać vloga w tym temacie, ale pewno nie byłoby tak składnie i rzeczowo. Wciąż lekko szumi mi w głowie po tej drugiej rundzie walki, a insynuacji, że szumi po whisky nie przyjmuję!

    Wbrew pozorom wcale nie rzuciłem się na ten pyszny rudy trunek bez opamiętania. Może dlatego, że po zejściu z nieba na ziemię czekało mnie mnóstwo obowiązków, a ustalmy, że po znacznej ilości przyjętego alkoholu jedyne co bym mógł zrobić, to przerzucić się śniąc na drugi bok. Tak czy inaczej dziś treść pisana, a z racji tego, że w czasie przygotowań było jej zdecydowanie mniej, jakoś tak przyjemnie wrócić do stukania w klawiaturę. Lubię to.

    Minęło już kilka dni od gali KSW 39 na Stadionie Narodowym, więc zabieram się za krótkie podsumowanie tego co przeżyłem, biorąc w niej udział jako zawodnik. Również obiecane słowo o samej walce. Po kolei zatem.

    Kiedy po przyjechaniu na Narodowy rozlokowałem się w szatni, zaliczyłem odprawę medyczną i wizytę w Strefie Fana, była chwila aby wyjść na płytę stadionu i zwiedzić klatkę. Po raz pierwszy: O kurwa! Nieprawdopodobny widok ogromnego obiektu i gdzieś na środku stojąca klatka.

    Bywałem na trybunach stadionu, ale z perspektywy środka klatki ten obiekt robi kolosalne wrażenie. Za kilkadziesiąt minut zasiądzie tam blisko 60 tysięcy ludzi, aby obserwować każdy twój ruch, każdy gest, każdą chwilę. Zapoznanie się z klatką zawsze pomaga zrzucić trochę stresu z siebie, więc wciąż pod dużym wrażeniem wracaliśmy do szatni.

    Machina ruszyła i choć nie było możliwości oglądania otwarcia, czy niektórych pojedynków, to słychać było jak ten stadion żyje galą MMA. Piękne czasy, chwila refleksji, poczucie spełnienia. KSW zrobiło największą galę MMA w Europie. Czapki z głów. Dla organizatorów i kibiców. Widząc ogrom tego przedsięwzięcia wielu zawodników innych organizacji, również UFC wzdychało ze zrozumiałą zazdrością, że wyjść do klatki przy takiej publiczności, to coś naprawdę nieprawdopodobnego. Ja byłem tym szczęśliwcem, za co dziękuję federacji.

    Otwarcie gali – kiedy wyszedłem na podest widząc morze ludzi na trybunach, grę świateł, ryk muzyki i głośnego dopingu sprawiły, że powiedziałem sobie w myślach „o kurwa!” po raz drugi. Myślę, że większe wrażenie teraz mógłby zrobić na mnie… hmmmm… trzynożny gadający pies z brodą, tańczący Despasito na dachu Audi R8. Ciężko będzie to przeżyć raz jeszcze.

    Ostatnie chwile, wezwanie na backstage, jeszcze dogrzanie z trenerami, zerknięcie na końcówkę walki Gamera i ta sentencja mojej siostry, która jest szefem kulisów gali… „już czas”. Waldemar Kasta wykrzyczał moje nazwisko w rytm pierwszych taktów „Snu o Warszawie” Czesława Niemena. Strach, ekscytacja, skok adrenaliny, odruch wymiotny, drżące nogi… Jak mi tego cholernie brakowało!

    Jadąc już windą na podest słyszałem Narodowy, który zabrzmiał tysiącem gardeł śpiewających tą piękną piosenkę. Widok który zobaczyłem zostanie ze mną do końca życia… głęboki wdech i wydech i można było ruszać do klatki, która wydawała się hen daleko. Z każdym jednym krokiem czułem narastającą ekscytację, niesamowitą energię z trybun, grzmot tysięcy gardeł, jakbym naprawdę wychodził na arenę rzymskiego Colosseum. Wejście do klatki wywołało niesamowitą euforię. Nie taką, która blokuje cię w głowie, ale taką która napędza do działania. Ostatnie wskazówki i można zaczynać.

    Runda Pierwsza. Już z pierwszymi sekundami poczułem co znaczy pojęcie „rdzy ringowej”. Nie czułem dystansu, nie miałem pomysłu jak rozpocząć realizację schematów, które razem z trenerami przypominaliśmy sobie jeszcze na rozgrzewce. Dużo chodzenia, mało akcji, ale tak to po trosze miało wyglądać.

    Jeżeli poszedłbym na wymianę ciosów z Sokoudjou od pierwszych sekund, to prawdopodobnie skończyłoby się to dla mnie kilkudniowym pobytem w szpitalu. Każdy kto choć trochę interesuje się MMA i widział walki mojego rywala, wie jakim piekielnym ciosem dysponuje.

    Kilka pojedynczych ciosów, jakieś kopnięcie, raz się poślizgnąłem. Runda całkowicie bez fajerwerków, ale spodziewaliśmy się, że tak właśnie może ona wyglądać.

    Runda Druga. Chciałbym coś więcej o niej napisać, ale niewiele pamiętam. Generalnie zawodnik ze swojej walki niewiele pamięta, ale ja po prostu dostałem w niej wpierdol życia. Szybkie sprowadzenie walki do parteru i pierwszy łokieć, który doszedł do mojej głowy, rozcinając przy tym łuk brwiowy wywrócił świat do góry nogami. Kolejne ciosy, posmak krwi w ustach i zdobienie maty na czerwono… to pamiętam. Pamiętam też, że za nic nie mogłem ruszyć się będąc na plecach gnieciony przez Soko. Niewiarygodna siła i te 12 kg, które odbił od ważenia zrobiły swoje.

    Poczułem, że jest mocno średnio. Kiedy kolejne ciosy rywala dochodziły do mojej głowy czułem, że za chwilę będzie po wszystkim. Serio. Co wtedy myślałem? „O kurwa!” po raz trzeci. Przecież moi bliscy obecni na trybunach właśnie dostają zawału. Myślałem o tym, że za chwilę zawiodę moich trenerów, kolegów z maty i kibiców, którzy żyli tym pojedynkiem nie mniej niż ja. Myślałem też o mojej córeczce… W poniedziałek pójdzie do szkoły, a dzieci powiedzą, że jej stary jest „słabiakiem”.

    Nie mogłem dać dupy. Przez ponad trzy miesiące bardzo ciężko pracowałem na to, żeby się tutaj znaleźć w formie. Wiele wyrzeczeń, bólu i cierpienia. Wszystko po to, aby dać radość sobie, bliskim, trenerom i Wam… Wiecie kiedy słyszy się na maksa doping publiczności? Właśnie wtedy kiedy ci nie idzie i szukasz pomocy. Ja ją od was dostałem i za to wielkie dzięki. Pomogliście mi przetrwać. Słyszałem głośne “Juras! Juras!” niosące się nad klatką i wiedziałem, że muszę wstać.

    Foto: facebook.com/konfrontacja/

    Komentarze