Juras Blog: Wielki spektakl

Słońce lekko przypiekało kark, a delikatny wiatr muskał po łydkach. Juras stał tak wpatrzony w lewy bok swojego Audi, które na czarnym lakierze prezentowało biały pas przez całą długość samochodu. Niestety, dla niego nie był to pas niczym sportowe naklejki a ślady szlifu, przy bliskim spotkaniu z barierką na autostradzie do Gorzowa Wielkopolskiego.

To właśnie tutaj docelowo zmierzał bohater mojej opowieści. Już za dwie godziny miał rozpocząć się wielki futbolowy mecz – MMA kontra Boks, a ściślej: zawodnicy MMA kontra pięściarze. Wszystko, aby pomóc w leczeniu Aleksowi, młodemu pięściarzowi z Gorzowa. Niby mecz charytatywny ale napiętą atmosferę pomiędzy zespołami czuć było już od kilku dni.

Nikt tutaj nie zamierza odstawić nogi, czy sprawdzić głową rozmiary butów przeciwników. „No nic” – rzucił Juras, odchodząc od swojego samochodu. Smutny, ale też świadomy, że mogło być dużo gorzej. Życie. Blachę się wyklepie. Teraz trzeba skoncentrować się na zadaniu. Wygrać mecz. Ruszył więc do szatni aby przywitać się z resztą drużyny. Ciasne korytarze klubowego budynku gorzowskiego Stilonu zdradzały swój wiek. Takie miejsca kształtują charaktery – pomyślałem, kiedy odciążając się lekko w klubowej toalecie musiałem jedną ręką trzymać drzwi.

Spory ruch na korytarzu, więc nie będę przecież witał się ze wszystkimi w pozycji Kamila Stocha. Akcja zakończona sukcesem i niczym Cristiano wszedłem do szatni… Blask promieni słońca przebijający przez liche okienko w szatni rozbłysł na mojej twarzy, tworząc niepowtarzalną, wręcz mistyczną aurę. Na moment czas się zatrzymał, a w oddali słyszałem brawa aniołów. Jestem. To jest ten dzień! Moja drużyna, już w większości gotowa. Siedzieli na swoich miejscach w szatni, jak Pitbulle czekające na sygnał od trenera: „Brać Ich!”. Ciężki oddech Michała Materli słychać było nawet wśród próby żartów Różala i chichocie reszty składu. On wiedział, że ciąży na nim odpowiedzialność kapitana drużyny. Na pewno miał w głowie setkę scenariuszy na to, co może za chwilę wydarzyć się na boisku. Leonidas!

Ruszyliśmy na rozgrzewkę. Przechodząc przez prowizoryczny tunel już widziałem na jego końcu światełko. Mówi się, żeby nigdy nie iść w stronę światła, ale to było silniejsze ode mnie. Wiedziałem, że na końcu znajdę coś niesamowitego, specjalnego. Coś, na co czekałem długo. Tak też się stało, a ulga która temu towarzyszyła przypomniała mi przez sekundę przygodę z autostrady. Przecież mogłem podążać w stronę zupełnie innego światła…

Wychodzę na murawę, a kiedy wzrok przyzwyczaił się ponownie do światła dziennego, moim oczom ukazał się zapełniający się szybko piłkarski stadion. Rywale w czerwonych koszulkach już prężyli muskuły na rozgrzewce, my dopiero rozciągaliśmy delikatnie achillesy. Nie ma co się spieszyć. Nagle flashback z autostrady. Ta… spieszyć się.

Pierwszy kontakt z piłką nie napawał nas wszystkich optymizmem, gdyż proste przyjęcie czy podanie stanowiło nie lada wyczyn. Nie lepiej było ze strzałami na bramkę. Wszystkie Panu Bogu w okno. Jeżeli w rzeczywistości Pan Bóg ma dom z oknami, to tego popołudnia stracił wszystkie szyby. Ha! Zasłona przed rywalami, że niby nic nie potrafimy. Numer stary jak moje „korki”. Co prawda zwielokrotnienie prób zdobycia bramki, z parabolą lotu piłki po strzałach Oskara Piechoty czy Tomka Romanowskiego, dalej wprawiało trochę nerwowości w szeregach ekipy MMA, ale stara podwórkowa zasada mówi: jak na rozgrzewce nie idzie, to w meczu wpadnie! Przecież nie przyjechaliśmy tutaj oddać pola pięściarzom. Trzeba przyznać, że ich kapitan Artur Szpilka od kilku dni próbował nas sprowokować niewybrednymi żartami o porażce i jej rozmiarze, ale chyba wszyscy odebrali to jako krzyk rozpaczy przed tym co nieuniknione…

Nawet nie wiem kiedy musieliśmy po rozgrzewce udać się do szatni na ostateczną odprawę i oficjalne wyjście na boisko. Moment strzału niesamowitej adrenaliny właśnie nadchodził. Okrzyki w szatni, które zmobilizowałyby do sprintu nawet stado leniwców, rytmiczne bicie braw niczym uderzanie rzymskim mieczem o okrągłą tarczę… Zrobiło się cicho, kiedy staliśmy w tunelu. Ramię w ramię z naszymi przeciwnikami. Para z ust, choć nie było chłodno, złowrogie sapanie i te spojrzenia, które miały złamać naszego ducha walki. Nic z tego Panowie Pięściarze. Dziś stoi przed Wami Legion, prawdziwa pieprzona Armia Spartan. Gladiatorzy. Dokładnie tak czułem się, gdy wychodziłem na boisko, a wypełnione po brzegi trybuny piłkarskiego koloseum w Gorzowie wiwatowały. Zdaje się, że dostrzegłem białe płatki róż rzucane przez piękne dziewice ale mogło to być jeszcze związane z Aperolkami dwa dni wcześniej…

No tak czy inaczej było naprawdę mistycznie. Wejście na doskonale przygotowaną murawę, hymn Ligi Mistrzów i przywitanie prawdziwego bohatera, jakim był Aleks, oddawały powagę i rangę tego sportowego wydarzenia. Obiektywy kamer wycelowane w obie drużyny niczym snajperskie karabiny. Nikt nie chciał stracić choćby sekundy z tego pasjonującego widowiska.

fot. Cancer Fighters

Pierwszy gwizdek… pierwsza adrenalina sięgająca zenitu i pierwsze błyskotliwe akcję drużyny Pięściarzy. Fantastycznie w środku Wawrzyk, krótkie podanie do Szpilki, ten przerzucą piłkę na skrzydło, gdzie tylko czekał na nią Szeremeta. Kapitalnym dryblingiem minął Omielańczuka, choć ten rzucił się w pogoń za rywalem i zabrakło sekundy aby skutecznie, długim wślizgiem w stylu Puyola wygarnął piłkę. Ta jednak trafiła celnym podaniem do Sulęckiego. Balans ciałem klasę wyżej niż ten Leo z Katalonii związał nogi Akopa Szostaka. Runął na murawę niczym znokautowany. Striczu ruszył na bramkę, kolejna fantastyczna ruleta położyła Włodarka.

W bloku obronnym MMA na prawej stronie Błachowicz, na lewej Strus. W środku prawdziwa skała, dowódca boiska, Napoleon linii szesnastu metrów… czyli Jurkowski. Szarżujący Sulęcki szukający klepki z Żeromińskim?!?!?! Nie tym razem kochani. Błyskawiczne podanie przecina rewelacyjnie czytający grę Jurkowski. Rywale stali jeszcze ze szczęką na murawie jeszcze przez kilkanaście sekund, ale zespół MMA nie zamierzał cieszyć się tym widokiem.

Juras do Błachowicza na prawe skrzydło, ten pociągnął z piłką kilka metrów w stylu Sergio Ramosa, choć jak patrzyłem z jaką łatwością i lekkością pokonywał kolejne metry, to nie wiem, czy to nie bardziej Ramos naśladuje maestrię gry defensywnej Janka. Podanie po skrzydle do Włodarka. Ten, korzystając z warunków fizycznych, uwalnia się z pod opieki trzech rywali. Doskoczyli do niego wślizgami próbując grać faul i odebrać futbolówkę za wszelką cenę, jednak ten niczym bohater Dragon BALLA, skumulował jakąś niewidoczną energię, która odrzuciła rywali na dwa metry w tył. Nieprawdopodobna szarża „Komara”, który już zauważył osamotnionego w ataku czeczeńskiego wilka Anzora. Perfekcyjne przyjęcie, przyspieszenie godne Usaina Bolta, drybling. Szpila do tej pory szuka śrubokrętu aby się wykręcić z murawy, a na koniec atomowy strzał, który dosłownie o milimetry minął bramkę rywali. Siatka zostałaby rozszarpana w pył!

Tak właśnie wyglądało to spotkanie. Atak za atak, tempo meczu wyższe niż króliki na amfetaminie. Walka bark w bark, noga w nogę i choć kości trzaskały jak suche drewno w kominku, nikt nie zamierzał skapitulować. Kolejne cudowne strzały, nieprawdopodobne parady bramkarzy, strzępy murawy unoszące się w powietrzu przy każdej stykowej sytuacji. Bajeczne podanie, strzały przewrotką, drybling godny finału mistrzostw świata. Wszystko to okraszone szczelną obroną z obu stron, choć oczywistym było, że blok defensywy zawodników MMA będzie w tym meczu nie do przejścia.

fot. Cancer Fighters

Nawet czarny koń drużyny pięściarzy, Izu Ugonoh, nie był w stanie sforsować tej kapitalnej defensywy… A to od niej zaczęła się akcja meczu. Na lewej stronie walczący z dwoma rywalami Omielańczuk powalił ich na murawę. Nie to, że obaj rywale ważyli razem mniej niż nasz lewy obrońca. Błyskotliwa technika w połączeniu z niesamowitą determinacją. Długa piłka do Rajewskiego, ten głową zgrywa do Rajewskiego, przyjęcie i odegranie do Romanowskiego. Obok spintem przebiegł Różalski aby zabsorbować uwagę dwóch defensywnych pomocników Boksu.

Udało się. Romanowski rozejrzał się mając dużo miejsca w środku pola. Dostrzegł wybiegającego na czystą pozycję Materlę. Podanie na czubek buta, zwód, leży jeden, markowanie podania, leży drugi. Murawa trzęsła się rytmicznie kiedy z oddali nabiegał Włodarek. No look pass naszego kapitana i piłka już pod nogami poznaniaka. Znowu zwierzęca siła fizyczna rozerwała blok defensywny rywali, a kiedy zawodnicy w czerwonych strojach z błaganą miną patrzyli jak piłka zmierza pod nogi Anzora Azhieva, ten był bezlitosny… Pochylenie, zamach, grymas złości na jego twarzy… strzał. Przez chwilę zamarły trybuny, a kiedy reprezentant WCA ściągał koszulkę, ciesząc się z trafienia, piłka dalej trzepotała w siatce. Wybuch radości trybun był porównywalny z tym, kiedy Polska reprezentacja strzelała Niemcom bramkę na 2:1. Euforia.

Do końca meczu drużyna MMA kontrolowała przebieg tego spektakularnego piłkarskiego święta. Sędzia zagwizdał po raz ostatni, a na twarzach pięściarzy zagościł… uśmiech. Dali z siebie wszystko jednak to MMA okazało się tego dnia drużyną o jedną bramkę lepszą. Rewanż za rok!

Tak było. Nic nie zmyślam.

Dziękuje Cancer Fighters i wszystkim zaangażowanym za zaproszenie na mecz. Wszystkim kibicom za to, że tak licznie stawili się na stadionie aby wspomóc całą akcję i zawodnikom, którzy tak licznie odpowiedzieli na apel. Było naprawdę godnie! Dużo zdrowia Aleks i wracaj szybko do sportu. Zdrowia Ci nie zabraknie! Tak jak miałeś napisane na swojej koszulce „ Nie wiesz z kim zadarłaś chorobo”…

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem