Juras Blog: Tłusty czwartek

Ahoj! Choć to chyba bardziej Czechy niż Słowacja, gdzie aktualnie rezyduję, spędzając ferie z moją córeczką i znajomymi. Sprzęt do treningu oczywiście zabrany i codziennie trzeba tyrać, tak aby z początkiem marca ruszyć już pełną parą z przygotowaniami. Pozdrawiam mojego fizjo Marcina, który rozpisuje mi takie sety treningowe, że mięśnie płoną. Prawidłowo. Trzeba rozruszać i wzmocnić stare kości. Powoli wkręcam się myśleniem o zrealizowaniu najważniejszego celu od lat. Trening, dieta, zero wymówek… jak mi tego brakowało!

Póki co mogę w dzisiejszym blogu skoncentrować się na kwestii, która wzburza wiele osób za każdym razem jak wrzucę coś, gdzie jestem bez koszulki czy fotę z niezdrowym jedzeniem.

Mam czasami wrażenie, że często przywoływany przeze mnie „fit terror”, niektórym z braku endorfin życiowych zablokował zdolność racjonalnego myślenia i braku dystansu do siebie, do ludzi.

Śpieszę zatem łopatologicznie wyjaśnić niektórym ludkom, że dosyć często posługuję się czymś, co nazwa się ironia i sarkazm. Można zarzucić mi wiele, ale na pewno nie to, że nie mam do siebie dystansu. Umiem śmiać się z siebie i dobry żart na mój temat również propsuję, bijąc brawo na stojąco. Nie wszyscy jednak czują mój przekaz. Cytując klasyka „będę pisał powoli, aby każdy zrozumiał”.

Czy naprawdę ktoś myśli, że jeżeli wrzucam foto ze smażonym serem, piwkiem i frytkami, to dokładnie tak wygląda moja dieta na co dzień? Każdy posiłek? Bo czytając niektóre komentarze właśnie takie odnoszę wrażenie.

Spalony na stosie, wyklęty przez tych, którzy od lat nie widzieli grama cukru, a jakby zjedli frytka, to by rzygali trzy dni czując się przy tym brudnymi, jak meksykańska prostytutka na ulicach San Diego. Zacytuję zatem zdanie z jednego z moich ulubionych filmów: „Napchałeś sobie głowę głupotami o żabkach, a teraz na siłę próbujesz przekonać tym innych”.

Przecież ja nie wypominam Tobie, mistrzu perfekcji ludzkiego ciała, że w sumie fajnie, że masz kratkę na brzuchu i bicka 60 cm, ale do cudownej diety mierzonej ziarenkami ryżu dorzucasz połowę apteki, a Twój brzuch i dupa przypominają sito od igieł. Ty masz kult ciała, a ja mam kult walki. Pozwól zatem, że ja skoncentruję się na przygotowaniach kondycji, siły, wytrzymałości i szybkości wspartej techniką walki, a Ty dalej ładuj w dupę i pompuj bicka.

W sportach walki wyżyłowana sylwetka jest absolutnie sprawą trzeciorzędną. Tu trzeba mieć przede wszystkim jaja, twarde pięści i mocną szczękę.

Zresztą przykładów wielkich zawodników z tkanką tłuszczową duuuuużo poza BMI jest wielu. Ja nigdy nie należałem do zbudowanych gladiatorów i jakoś niespecjalnie mi to przeszkadzało. Wychodząc do walki w kategorii 93kg wyglądałem tak samo, jak gdy ważę ponad 100. Tylko trochę mniejszy. Oponka na brzuchu, klata jak u kurczaka, dobite łapy i barki. No i nogi. Te zawsze miałem nienaturalnie duże. Pewno za małolata rodzice kazali robić przysiady zamiast pompek.

12

Komentarze