Juras Blog: Straszno…

Nie będzie wstępów, nie będzie przywitania… nastał bowiem czas grozy, lęków i najgorszych koszmarów. Czy ma to coś wspólnego z tą amerykańską zabawą w przebieranie się za księdza, zombie czy wyuzdaną pielęgniarkę z krwawą szramą na twarzy? Wszystko mi jedno. Wy się bawicie, a ja siedziałem wczoraj wieczorem skulony w kącie ciemnego pokoju czekając, aż się skończy ten koszmar. To co się wydarzyło, na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Niestety. Mój świat nigdy nie będzie już taki sam… Posłuchajcie…

Piątek wieczór, to zazwyczaj dla większości społeczeństwa czas odpoczynku w zaciszu domowym po tygodniu ciężkiej pracy, tudzież alkoholizacji do stanu ameby w jednym z miejscowych klubów.

Pamiętacie taką „darwinowską” grafikę o ewolucji człowieka? Że z jaszczura jakiegoś, przez zgięta małpę do wyprostowanego homo sapiens? To w weekend sporo z Was przechodzi tę ewolucję… odwrotnie.

Mi też się kiedyś zdarzało, więc wiem o czym mówię. Tak czy inaczej jak też wyszedłem w miasto. Z tym, że tym razem nie było to wyjście jak każde inne. Po kilku piwkach przekładanych drinkiem mój świat zaczął zmieniać barwy. Jakoś tak lepiej. Kolorowo przy całej jesiennej aurze deszczu, wiatru i wiecznie przyklejającego się liścia do buta. Napompowany przyjemnością zapragnąłem spaceru parkiem Saskim w Warszawie, ale o tym dowiedziałem się dopiero dzisiaj. Dzisiaj też zacząłem przypominać sobie, że ten piątkowy wieczór będzie traumą na całe życie.

Lekko po północy przekroczyłem próg parku Saskiego od strony grobu Nieznanego Żołnierza. Przyznam szczerze, że jak mijałem to miejsce, jak powiedziałem sobie w głowie słowo “grób”, to zimny dreszcz oblał moje plecy. Brrr. Wiem, że to miejsce symboliczne, ale zawsze.

Park dziwnie cichy… opustoszały. Zazwyczaj w piątkowe wieczory w nieśmiałym blasku lamp położonych wzdłuż głównej alei na ławeczkach można spotkać sporo młodzieży z tańszym trunkiem w ręku lub krzywo skręconym śmiesznym papierosem, którego zapach zdradza z czym wymieszany jest tytoń. Tym razem było jednak pusto… i nadzwyczaj cicho.

Przecież jeszcze przed chwilą kuliłem głowę w ramiona, ręką zasłaniając twarz od frontalnego wiatru. Gdzie się podział ten wiatr? Powietrze zgęstniało, a jedna z niewielu działających ulicznych lamp zaczęła migotać. No nie dajmy się zwariować. Oglądałem ostatnio kilka filmów grozy, ale przecież takie rzeczy nie dzieją się w rzeczywistości.

Idę dalej. W domu obejrzę jeszcze trochę telewizji i odpłynę na kanapie. Chciałbym już być na tej kanapie… Nie to, że się przestraszyłem, bo raczej strachliwy nie jestem, ale wiecie: zimno jest, kropi, zmęczony dniem i tak dalej. Znaczy kropiło…teraz nie drgnie nawet gałązka. Nie zobaczysz tańczących na wietrze liści. Jest zimno, to fakt. Nawet trochę za bardzo. Para z ust. Przecież nie ma jeszcze zimy, a temperatura powinna być około ośmiu stopni. Nie dajmy się zwariować. Przyspieszę kroku, ale biegać po alkoholu to ja nie będę. Znam zasadę „piłeś nie biegnij”. Zawsze kończy się tak samo.

12

Komentarze