Juras Blog: Krajobraz po Bitwie

Dzień Dobry! Mógłbym zacząć mojego dzisiejszego bloga tradycyjnie od tego, że „kurz powoli opada” ale po pierwsze to bardzo sztampowe określenie, którego już używałem, a po drugie wcale kurzu w łódzkiej Atlas Arenie nie doświadczyłem. Wiem, co mówię! Jestem alergikiem.

Trzeba było pozbierać troszeczkę myśli po tym, co wydarzyło się na KSW 42. Przemyśleć kilka spraw i trochę odpocząć od treningowego rygoru, który potrafi zmęczyć bardziej psychicznie niż fizycznie. Niby tylko tydzień, ale coś w środku mnie mówi, że starczy zamulania i trzeba zabrać się do pracy. Przyznam szczerze, że poprzedni tydzień, brak humoru i dobrego snu przez niemożliwość ułożenia się w pozycji „aby nie bolało” dał mi trochę w kość. Niespecjalnie się wysypiałem, a jak już to leżałem potem w łóżku do południa, co w zasadzie nie zdarzyło mi się od wielu lat. Nawet domięśniowy Voltaren nie pomagał do końca w walce z bólem. Trzeba jednak odstawić już tę chemię, bo można łatwo się od tego uzależnić.

Jest wielu zawodników MMA uzależnionych od leków przeciwbólowych bardziej niż Charlie Sheen od kokainy. Życie…

Jako że od gali minął już tydzień – czas podsumować i napisać o tym, co wydarzyło się tego wieczoru w Łodzi. Trochę zostało już powiedziane w wywiadach po gali, ale słowo pisane jakoś łatwiej do mnie trafia niż mówione i do pewno wielu z Was również. Jedziemy zatem z tym blogiem!

Wdech, wydech i wiem, że nie jest dobrze. Te kolana na rozerwanie klinczu od Bartka Fabińskiego musiały ruszyć konstrukcję mojego mostka. Sparingi zakończone, lekko kłuje przy oddychaniu, ale nie ma dramatu. Dorzucę do tradycyjnej posparingowej kroplówki leki przeciwzapalne i przeciwbólowe. Powinno trochę pomóc. Pomogło. Ból przy oddychaniu, ale normalnie można było działać. Prawie normalnie, bo przed każdą „zadaniówką” prosiłem kolegów z maty o wyrozumiałość i nie celowanie w te okolice.


Minął tydzień i czas na sparingi sędziowane, w małych rękawicach i na ostro. W pierwszej rundzie poszedłem na plecy, a kiedy Daniel Omielańczuk wpadł z góry w gardę, wycelował łokieć na korpus z dociskiem swoich 117kg… Coś chrupnęło, a ja nie mogłem złapać oddechu. Trochę to trwało, zanim ustabilizowałem oddychanie, ale nie mogłem złapać pełnego wdechu powietrza. Ból był całkiem spory. Wiedziałem, że coś jest nie tak. Fuck That! Dokończyłem sparingi, ponownie dożylna przeciwbólowa bomba i spokój do wieczora. W nocy najgorzej, bo ani dobrze oddychać, ani się ułożyć odpowiednio. Bojąc się diagnozy, dopiero po kilku dniach zdecydowałem się odwiedzić lekarza.

Pęknięcie. Nosz kurwa, zawsze coś!

Ominąłem dwie ostatnie sesje sparingowe, a w czasie zadaniówek po regularnych treningach szedłem na worek lub tarcze. Wiedziałem, że muszę oszczędzić tę kontuzję i liczyłem, że jak odpuszczę trochę obijanie żeber to będzie lepiej. Nie było mowy o odpuszczeniu walki. Nawet przez sekundę nie analizowałem, czy warto ryzykować. Byłem w naprawdę świetnej formie fizycznej i doskonale czułem się w walce na sparingach. Nie mogłem się doczekać walki z Martinem. Byłem przekonany, że wygram to przed czasem. Rzeczywistość zweryfikowała jednak moją ambicję.

Kiedy schodziłem po pierwszej rundzie do narożnika, poczułem, że nie mogę złapać oddechu. Serce waliło mi mocniej niż Mike Tyson w swoim szczycie kariery. Brak tlenu w płucach po pierwszej rundzie walki? Niemożliwe. Pracowałem na treningach w mocniejszym tempie. Kiedy siadłem na krzesełko trochę się przestraszyłem, bo czułem cały czas mocne przytkanie w klatce piersiowej, a w połączeniu z adrenaliną i wysokim pulsem… zakuło mocniej serce. Z braku odpowiedniej ilości tlenu oczywiście. Lekko pociemniało wszystko, więc z rozsądku położyłem się na macie, choć nie do końca pamiętam, czy sam, czy ktoś mi pomógł. Nie mogłem złapać oddechu.

Wiem, że źle to wyglądało i wielu z Was wprawiłem w spore zmartwienie, ale to było najlepsze rozwiązanie mojego wewnętrznego kryzysu. Podali mi tlen ale dalej średnio mi się oddychało. Na szczęście opuściłem klatkę o własnych siłach. Wizyta w medical roomie, pomoc doraźna, rzyganie i wciąż brak możliwości sprawnego oddychania. Decyzja o karetce i szpitalu. Razem ze mną pojechał Janek Błachowicz, który upomniał się jeszcze aby włączyli „koguty”. Jak już jechać karetką to na wypasie!

W szpitalu zrobili mi wszystkie potrzebne badania, potwierdzili wcześniejszy  uraz, ustabilizowali organizm. Wielkie dzięki za pomoc wszystkim zaangażowanych tak na gali KSW, jak i w szpitalu. Mogłem wrócić na halę po swoje rzeczy. Co prawda walk nie widziałem, gdyż musiałem trochę zostać w szpitalu, ale na bieżąco Janek informował o ich przebiegu.

Smutek i żal. Nie dlatego, że przegrałem walkę.

Czułem, że to będzie mój dzień. Dobrze wszedłem w pojedynek, kilka ciosów doszło do głowy Martina, wszedł nawet obrotowy łokieć, który trenowaliśmy przed walką. Zabrakło wykończenia. Boli mnie trochę, że przegrałem sam ze sobą, ale z perspektywy czasu uważam, że podjęliśmy słuszną decyzję o tym, aby nie wychodzić do drugiej rundy. Padł bym z braku tlenu lub znokautowany przez Martina Zawade. Starczy robienia głupot tego dnia.

Czuję niedosyt, co zrozumiałe w tym wypadku. Już następnego dnia miałem w głowie myśli o szybkim powrocie. Nie miałem ochoty odpoczywać nawet. Rano zebrałem się i pojechałem na targi motocyklowe, a później na Łazienkowską 3 zobaczyć mecz Legii z Lechem. Nie ma tutaj żadnej tajemnicy skąd miałem zdrowie, aby tak szybko dojść do siebie. Wciąż działała kroplówka po walce, a dobiłem rano kolejnym zastrzykiem. Wolę tak niż umierać w domu. Skoro nie ma potrzeby leczenia szpitalnego to mogę funkcjonować. Nienawidzę tej bezsilności, kiedy jesteś zmuszony leżeć w łóżku. Nawet przy grypie muszę przemierzać domowe korytarze, aby nie zamulić się do końca.


Przyznam się Wam, że nawet pizza po ponad dwóch miesiącach diety nie smakowała tak dobrze. Piwko i Jack Daniels również. Taka porażka jest chyba gorsza niż zostać znokautowanym. Pewno stąd brak chęci do sprawiania sobie małych przyjemności i leżenie w łóżku do południa. Czas jednak zebrać się do kupy, bo ilość zaległości, które nagromadziły się przez czas przygotowań do walki jest ogromna. Nie ma co dalej zamulać. Życie toczy się dalej, rany powoli będą się goić. Ambicja pozostaje dalej na wysokim poziomie. Nie mogę tego tak zostawić. To była dobra pierwsza runda, taka jaka miała być i jaką zapowiadaliśmy.

Bez kalkulowania, stara dobra bijatyka.

Czuję, że ponownie mogę zrobić formę taką jaką miałem teraz i udowodnić, że mimo upływających lat mogę dać trochę przyjemności sobie i Wam. W tym miejscu dziękuje wszystkim za ogromne wsparcie jakie od Was otrzymałem. Przed walką i jeszcze więcej po niej. Chciałbym każdemu z osobna uścisnąć dłoń i powiedzieć „dziękuję”, ale wiem, że nie jest to możliwie. Kłaniam się Wam zatem i mówię: dziękuję!

Teraz czeka mnie ok. 2/3 miesiące przerwy od maty, aby zaleczyć kontuzję. Choć prawda jest taka, że czuć będę „to” do końca życia. Akceptuje ten fakt w zamian za chwilę, które daje mi rywalizacja w MMA. Coś za coś. Póki co czas wrócić na względną dietę i dziś spróbuje lekkiej bieżni. Na tę chwilę niewiele mogę zrobić, ale z każdym dniem będzie tylko lepiej. Rysa na moim optymizmie? Mimo coraz lepszej pogody motocykl musi jeszcze trochę poczekać…

Jednak to wszystko tyle małe detale… Jakbym miał ponownie decydować, czy wychodzić do walki z taką kontuzją… zrobiłbym to raz jeszcze! Każdy zawodnik MMA z pierwiastkiem wojownika zrobiłby to samo. Każdy kto pisze, że „to głupota”, że „czuje się oszukany” oraz – uwaga, to najlepsze – że „na moim miejscu…”. Tak jak pisałem – nigdy nie będziecie na moim miejscu. Zła informacja dla Was, że jeszcze trochę się ze mną pomęczycie. Juras wraca do gry i mam nadzieje, w tym roku wyjść ponownie do klatki!