Juras Blog: Jak się lata w dobrej ekipie…

Dobry! jest już popołudnie, więc trzeba ruszyć dupę i zabrać się do roboty. Nie ma, że niedziela. Najpierw pisanie bloga, choć szczerze przyznam, że wciąż nie traktuje tego jako formy obowiązkowej pracy, za którą dostaje pieniądze, gdyż w zasadzie od zawsze pisanie sprawiało mi dużą frajdę. Pozdrawiam moją Panią od J.Polskiego ze szkoły podstawowej nr 8 w Legionowie! Mieliśmy swoje wojny, ale oceny za robotę stawiane były uczciwie. Wciąż marzy mi się coś większego do napisania i głęboko wierzę, że kiedyś się uda. Zbliżające się momenty w moim życiu raczej temu nie będą sprzyjać ale… przyjdzie czas. No właśnie. Wiem, że sporo z Was czeka na info co z moim potencjalnym powrotem do zawodowych walk MMA. Jutro rano dam znać, bo w zasadzie już prawie wszystko wiadomo. Dziękuję wszystkim za słowa wsparcia, za #jurasmusisz , za to, że wierzycie we mnie. Kłaniam się Wam naprawdę nisko. Niesamowite chwile, gdy na ulicy, w sklepie czy treningach słyszę Juras Musisz. Ma to też swoje minusy. Dziś w sklepie jak kupowałem dwie kajzerki i piwko (jedno!…no dobra dwa…) na wieczór czułem ten wzrok dezaprobaty chłopaka za mną i ekspedienta, który dokładnie wie czym się zajmuje. Pozdrawiam obu 🙂

Tyle o mnie, bo nie będę Was zanudzał. Przyjdzie czas aby pogadać wspólnie niebawem. Szykujcie się na jakiegoś facebookowego LIVEa. Może we wtorek? Dajcie znać.

Tymczasem zabieram się za temat, który początkowo przeszedł trochę bez większego echa, a wczoraj spowodował żywą dyskusję w internecie. Chodzi o nowy projekt sportów walki, który zadebiutował w poznańskiej Arenie, czyli Iron Warriors Team. Na początku przybliżę trochę idee tego wydarzenia. Do walki przystępują pięcioosobowe ekipy reprezentujące różne miasta w Polsce ale ustalmy już na początku, że nie o miasta tutaj chodzi, a o kluby piłkarskie pod którymi to nazwami i herbami walczą… no właśnie kto? Zawodnicy? Chuligani? Ustalimy to później. Walka odbywa się w dobrze znanej z MMA klatce, jest dwóch sędziów, a to dlatego, że pojedynek odbywa się na dystansie 3 rund po 4 minuty, z czego w dwóch pierwszych rundach jesteśmy świadkami walki 2 na 2, a w przypadku remisu po dwóch starciach (jedna ekipa wygrała jedną rundę, druga drugą) mamy pojedynek 1 na 1, czyli już klasycznie walka w formule MMA. W dniu wczorajszym ekipa ŁKS Boks Łódź pokonała Arkę Gdynia, a na trzecim miejscu uplasowała się drużyna Sportowego Zagłębia.

Wczoraj na Twitterze tuż po gali napisałem, że nie wiem co o tym myśleć i po przespaniu się dalej jestem w zawieszeniu. Targają mną różne emocje i jestem trochę między młotem i kowadłem. W którą stronę nie pójdę, będzie bolało. Albo od młota, albo od chłodnej stali kowadła. Równie dobrze mógłbym napisać bloga o wczorajszej gali UFC ale bądźmy poważni… IWT interesowało wszystkich zdecydowanie bardziej niż walki w Denver. Skąd zatem moje mentalne rozdarcie? Otóż punktem mojego wewnętrznego konfliktu są dwie jakże mi bliskie dziedziny życia. Świat piłkarskiego kibica i MMA. W obu z nich poruszam się na co dzień. Oba te światy są integralną częścią mojego życia. Na czym zatem polega konflikt i to zawieszenie? Otóż z jednej strony będąc postacią, której zależy na promowaniu dyscypliny sportowej jakiej jest MMA mam problem z oceną nazwy starć które mieliśmy okazję oglądać wczoraj w Poznaniu. Czy nazywanie tej formuły walki MMA nie jest aby wizerunkowym strzałem w kolano dla wszystkich propagatorów tejże dyscypliny? Starsi kibice MMA pamiętają czasy, gdy ten sport dopiero raczkował w Polsce, a Sylwester Latkowski, jeden z bardziej znanych polskich dokumentalistów, zrobił film „Klatka” w którym przedstawił walki w formule MMA jako kolejną kibicowsko-chuligańską fanaberie. Dla każdego szarego Kowalskiego przekaz tego dokumentu był jasny. MMA to chuligaństwo stadionowe, które już wtedy było mocno piętnowane społecznie. Każdy kto chciał później organizować jakiekolwiek eventy związane z tym pięknym sportem odbijał się od drzwi sponsorów jak Van Damme w „Quest” od tego finałowego Mongoła.

Sam pomysł organizacji takich walk nie jest czymś nowatorskim, gdyż na Litwie jest już organizowany kibicowski turniej w formule 5 vs 5 z tym, że tam nie ma podziału na rundy i na gong ruszają wszyscy na siebie. Jeżeli miał bym porównywać regulaminy tych dwóch imprez to chyba bardziej leży mi jednak bezpośrednie starcie pięciu na pięciu. Z kilku powodów. Po pierwsze jedyne co razi większość odbiorców wczorajszej transmisji to sytuacja, kiedy w danej rundzie rywalizuje się dwóch na dwóch, ktoś uporał się ze swoim rywalem szybciej i dochodzi do sytuacji 2 na 1. Wiadomo, że rezultat jest z góry znany i wygląda to na zwykłe dobijanie. Będzie ciężko przekonać takim obrazkiem większą grupę kibiców sportów walki do idei zawodów, szukać możnych sponsorów. Czy osobiście dla mnie jest to coś, co powoduje szybsze bicie serca i gęsią skórkę? Nie. Ustalmy może na początku, że bywałem w takich sytuacjach i niekoniecznie miało to miejsce w tak usportowionej wersji jak wczoraj na gali IWT. Hipokryzją było by pisanie przeze mnie, że klimat rywalizacji kibicowskiej na pięści jest mi obcy. Wspominałem już kiedyś w blogu, że przebyłem chyba wszystkie szczeble mojego kibolskiego życia.

12

Komentarze