Juras Blog: Gwiazdy internetu

Dzień Dobry! W dobie weekendowego kotła i niedzielnej niedyspozycji psychofizycznej po weselu Państwa Mauricz nie byłem w stanie napisać czegoś sensownego, więc z blogiem wracam przy czwartku. Mam nadzieje, że się trochę stęskniliście. Jak się na coś dłużej czeka to ponoć lepiej potem smakuje. Ta sentencja nie dotyczy jednak produktów żywieniowych. Może być nieprzyjemnie. Dla Was samych i domowników. Tak więc wracam przed klawiaturę i serwuje Wam dziś temat, który chciałem poruszyć już dawno temu. Widać do wszystkiego trzeba dorosnąć. Dziś nie będzie o sporcie, przynajmniej w wymiarze bezpośrednim. Z dużym prawdopodobieństwem narażę się kilku osobom, kilka „koleżanek” zerwie ze mną kontakty, a internetowych znajomych naskrobie na swoich tablicach jakim jestem hipokrytą. No cóż. Nie można mieć w życiu wszystkiego, a interpretacja mojego dzisiejszego bloga przez samych zainteresowanych będzie sprawdzianem ich intelektualnej formy.

Internet dał ludziom wiele dobrego. Przede wszystkim pozwolił łączyć (lub tez coraz częściej dzielić) ludzi z całego świata, tworząc wirtualne więzi, niekiedy silniejsze niż malowana z obrazka rodzina przy wigilijnym stole. Facebook, Twitter, Snapchat, Instagram pozwolił publicznie dzielić się swoim życiem ze wszystkimi. Dla jednych będzie to utożsamianie się z daną osobą lub instytucją, gdyż dzieli podobne zainteresowania, dla innych będzie to oglądanie życia, którego sam nie jest w stanie sobie zapewnić, jeszcze inni szukają miłości, związków, seksu. To piekielne narzędzie zmieniło świat…i zmieniło ludzi.

Kiedyś, aby zapytać ziomka czy pożyczy Ci rower szedłeś do niego choćby parę kilometrów, pukałeś do drzwi i załatwiałeś sprawę. Nie potrzeba było oznaczać miejsca pobytu na FB, a i tak wszyscy znajomi wiedzieli, gdzie jesteś. Czy ten blog będzie nostalgią za latami 90-tymi?

Absolutnie nie. Sam jestem fanem social mediów, dbam o to aby pokazywały prawdziwego mnie, aby ktoś mógł coś dla siebie z nich wyciągnąć. Lubię śledzić losy ludzi, których znam, którym kibicuje w życiu czy sporcie. Przez sieć poznałem wielu ludzi, którzy kiedyś byli niedostępni. Teraz chodzimy razem na obiad, czy kolacje. Oczywiście ma to też drugą stronę medalu, bo jak tylko wychylisz się trochę poza linię głów społeczeństwa, licz się z tymi, którzy napiszą, że jesteś chujem i oby Ci grób chujami obrósł.

Social Media dały zawistnym ludziom złudne poczucie bliskości do osób, które jeszcze kilka lat temu były poza jakimkolwiek zasięgiem interakcji. To jest wojna i trzeba umieć znaleźć się w niej. Zakładając swój fanpage, wiedz, że postawiłeś namiot na polu minowym. Znajdziesz tych, którzy przyniosą Ci do niego pizze i piwerko ale znajdziesz też tych, którzy będą chcieli popchnąć Cię na bombę. Stay Safe!

Rozpisałem się trochę o tych całym internetach od dupy strony, a tu trzeba przechodzić do meritum dzisiejszego tematu. Lekko mnie ten wstęp poniósł ale tak to już jest jak się tęskniło za pukaniem w klawiaturę.

Żyjemy w czasach, gdy o tym kim jesteś decyduje liczba „lajków” na Twoich social mediach. Nie ma znaczenia, czy jesteś świetnym sportowcem, pasjonatem filatelistyki, ładnie śpiewasz, tańczysz czy też właśnie napisałeś świetną książkę. Mamy rok 2017 i coraz więcej ludzi w społeczeństwie ma głęboko w dupie czy właśnie wynalazłeś lekarstwo na raka. Bardziej interesuje ich, czy Małgośka z 3C naprawdę wstawiła na Fejsa zdjęcie swoich cycków na moście w centrum miasta, czy też jakiś Instagramowy „trener personalny” jebnął serię na klatę, drąc się przy tym jakby dopadł go za zdradę Pablo Escobar. Z góry zaznaczę, że celowo koloryzuje i podkręcam kontrast ale czasami trzeba użyć pewnych zabiegów aby pobudzić wyobraźnię odbiorców. Tym bardziej, że coraz częściej stajemy się „ Mobilnymi Zombiakami”, gdzie poza ekranem swoich smartfonów nie zauważamy, że zmieniła się pora roku. Sam nie jestem święty, ale pewnej granicy raczej nigdy nie przekroczę. Lubię kontakt z drugim człowiekiem personalnie niż na mesendżerze.

12

Komentarze