Juras Blog: Cena za życie…

Dzień dobry! Wracam do pisania blogów po krótkiej przerwie i mam nadzieję, że utrzymam ich cykliczność. Jak wiecie jestem w trakcie przygotowań do walki na KSW 39 i 100% energii i koncentracji skierowane jest w tę stronę, więc czasami po prostu nie mam siły między treningami czegoś sensownego napisać, a w kumulacji z obowiązkami codzienności dorosłego człowieka, czas na przyjemności się skończył. Będzie po walce. Przynajmniej w jakimś stopniu, bo czerwiec pod względem zawodowym zapowiada się mocno angażujący. Lubię to, więc na takie konkretne wakacje przyjdzie jeszcze czas w lipcu. Tymczasem zabieram się za pisanie treści właściwej, bez zbędnego pieprzenia o pogodzie za oknem, czy populacji dzików w Puszczy Kampinowskiej.

Ironia losu… żart przeznaczenia… rechot karmy.

Tak można nazwać to, co wydarzyło się w ostatnich dniach z udziałem Tomasza Golloba, jednego z najwybitniejszych polskich sportowców. Nie jestem kibicem żużla, a nawet powiem więcej… niespecjalnie lubię oglądać w telewizji jakiekolwiek zawody w tej dyscyplinie. Często z pewną dawką żartobliwego przekąsu mówiłem, że jak mam problemy z zaśnięciem w nocy, to odpalam Żużel lub Tenis.

Nawet zapoznanie się z kibicowską sceną tejże dyscypliny, bardzo podobną do tej bliższej memu sercu, czyli piłkarskiej (dzięki chłopaki z Unii Leszno za miły wieczór z whisky), nie przekonało mnie, aby kiedyś wybrać się na żużlowy tor. Przypuszczam, że na żywo ta dyscyplina robi większe wrażenie niż w telewizji. Jak większość sportów motorowych. Zapach benzyny i oleju przemieszany z rykiem silnika? Jako fan motoryzacji? Kupuję to, jak kolejny niepotrzebny na dłuższą metę gadżet od Kuby Klawitera z TVN Turbo.

Tomasz Gollob, żużlowy mistrz, który ilość zwycięskich zawodów może liczyć w setkach, a regały z trofeami uginają się bardziej niż nogi po ciosach Marka Hunta. Całe sportowe życie na krawędzi.

Za każdym razem, jak wsiadasz na motocykl bez hamulców i grzejesz do odcięcia manetkę gazu, masz w głębi duszy świadomość, że ryzykujesz tym wyścigiem swoje życie. Jedni to akceptują i jest to dla nich jakąś abstrakcją, gdyż chwila zastanowienia się nad tym powoduje, że zadrży ręka, głowa i ciało powodując dekoncentrację, która kosztować Cię będzie pierwsze miejsce lub całą karierę.

W sporcie wyczynowym, tak ryzykownym jak sporty motorowe trzeba mieć w głowie coś odklejone. Ten przycisk życiowego bezpieczeństwa pomieszany z uzależnieniem od adrenaliny.

To samo tyczy się zawodników sportów walki. Kto normalny decyduje się na obijanie głowy, łamanie kości, czy utratę krwi na własne życzenie wchodząc do ringu, klatki, czy na matę? Kiedy pompa adrenaliny przestaje pracować, życie takiego sportowca staje się puzzlami, gdzie niby masz już wszystko poukładane, ale brakuje tego jednego cholernego puzzla na samym środku.

12

Komentarze