Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

„Jesteśmy w czarnej…., wiadomo gdzie jesteśmy”

Domyślaliśmy się, że tak może być, podejrzewaliśmy, że ze światowej czołówki mogliśmy wypaść na dłuższy czas, zdawaliśmy sobie sprawę, że o medale przez najbliższe lata walczyć po prostu nie mamy kim. Czasami jest tak, że gdy drużyna spada z najwyższej ligi, to siłą rozpędu zalicza też kolejną degradację, do trzeciej dywizji. I właśnie tam na tę chwilę znajduje się polska piłka ręczna w męskim wydaniu. Zostaliśmy wrzuceni do jednego worka z takimi ekipami jak Cypr i Kosowo, które w ostatni weekend ograliśmy różnicą odpowiednio 33 i 11 bramek. Co z tego, skoro przez najbliższy rok będziemy jechali na tym samym co one wózku…

Kiedy w lipcu zeszłego roku poznaliśmy rywali Polski w turnieju preeliminacyjnym, pisaliśmy tak:

– Kosowo, Cypr i Portugalia. Z tymi rywalami zmierzą się polscy szczypiorniści w fazie grupowej eliminacji do Mistrzostw Świata, które odbędą się w 2019 roku w Danii i Niemczech. Nie oszukujmy się – los potraktował nas bardzo łaskawie i nawet po rewolucji, jaką w ostatnich miesiącach, czy nawet tygodniach przeprowadził w naszej kadrze Piotr Przybecki, Biało-czerwoni powinni zjeść te drużyny na śniadanie.

Niestety, dziś już wiemy, że ostatnia z potraw śniadaniowych utknęła Polakom w gardle i będą się nią dławić co najmniej przez ponad rok. W tej chwili trwają Mistrzostwa Europy, na których zabrakło nas po raz pierwszy od…2000 roku!  Od niedzieli wiemy też, że po raz pierwszy od 2005 roku nie weźmiemy udziału w światowym czempionacie. Taka sytuacja, czyli brak awansu na obie główne imprezy danego roku z rzędu zdarzyła się dopiero po raz drugi w tym milenium. Ostatni raz w latach 2000-2001.

Kadry naszych piłkarzy ręcznych zabraknie na kolejnej, drugiej z kolei imprezie rangi mistrzowskiej. / fot. PressFocus

Wiadomo, że na początku XXI wieku piłka ręczna traktowana była u nas po macoszemu, jak dyscyplina drugiej, jeśli nie trzeciej kategorii, a kadra tworzona była na czysto amatorskich warunkach. Powiedzieć, że trąciło prowizorką to mało.

– Nie mieliśmy strojów, więc na zgrupowaniach każdy z nas trenował w swojej koszulce klubowej. Na turniejach czuliśmy wstyd, bo przy innych drużynach prezentowaliśmy się jak banda przebierańców, jak klauni – pisał w swojej biografii Grzegorz Tkaczyk.

Przełom przyszedł dopiero wraz z przejęciem kadry przez Bogdana Wentę i występu w turnieju u naszych zachodnich sąsiadów, gdzie w 2007 roku wywalczyliśmy tytuł wicemistrzów globu. Od tego czasu przez następną dekadę podczas każdej dużej imprezy wymieniani byliśmy w gronie faworytów i rzeczywiście, znajdowaliśmy się w ścisłym gronie najlepszych drużyn świata.

Przyczyn dzisiejszego kryzysu należy dopatrywać się nie w grze dzisiejszej kadry, nie w postaci selekcjonera Piotra Przybeckiego, nie w zawiłościach taktycznych. Przyczyn należy upatrywać nie w ostatnich tygodniach i miesiącach, ale właśnie w wydarzeniach z 2007 roku. A raczej w tym, co wówczas się…nie wydarzyło.

Co się nie wydarzyło? Podczas wielu rozmów, mniej lub bardziej oficjalnych, jakie przeprowadziłem przez ostatnie lata z „Orłami Wenty”, bardzo często słyszałem głosy, że ich sukcesy, począwszy od 2007 roku właśnie, nie zostały właściwie wykorzystane. W piłce ręcznej nie potrafiono należycie wykorzystać zdobytych przez kadrę medali. Na fali sukcesu wychować kolejnego pokolenia szczypiornistów, którzy dziś kontynuowaliby dzieło starych mistrzów. Wiadomo, że dobre wyniki i pozytywne emocje tworzą nowe możliwości, ale w przypadku krajowego szczypiorniaka zostały one zaprzepaszczone. Wszyscy emocjonowaliśmy się kolejnymi występami naszej kadry, cieszyliśmy się z kolejnych spotkań wygranych „na luzie jedną”, natomiast nikt w odpowiednim momencie nie pomyślał „co będzie później?”. Co się stanie, gdy to bez wątpienia utalentowane i unikalne pokolenie polskich piłkarzy ręcznych skończy kariery? Kto przyjdzie w ich miejsce? Te właśnie pytania powinny zadać sobie wówczas władze ZPRP oraz ministerstwa sportu.

To była fantastyczna drużyna. Niestety, nikt nie zadał pytania – co będzie, kiedy skończą grać? / fot. Cyfrasport

Wówczas, ponad 10 lat temu, powinny zostać poczynione kroki, które dziś pozwoliłyby nam na bezbolesną zmianę pokoleniową, jaka stała się w ostatnich latach udziałem chociażby reprezentacji Niemiec. Tylko że w kraju naszych zachodnich sąsiadów sport w ogóle uprawia się masowo, a u nas w zastraszającym, najszybszym w Europie tempie przybywa dzieci z nadwagą, chociaż to temat na inne rozważania. A to właśnie z masowości sportu biorą się mistrzowie. Im więcej amatorów, tym większa szansa, że spośród nich w przyszłości będzie można wytrenować wybitną jednostkę. Nikt u nas nie wpadł na pomysł programów popularyzujących piłkę ręczną, zachęcających do uprawiania tej fascynującej, chociaż niełatwej dyscypliny. A kiedy należało to zrobić, jak nie wówczas, gdy pojawiły się sukcesy, sponsorzy, pieniądze, zainteresowanie społeczeństwa? Wychowankowie takiego właśnie programu, po upływie dekady mogliby właśnie zaczynać pukać do drzwi pierwszej reprezentacji kraju. Najmłodszy w obecnej kadrze, 20-letni Arkadiusz Moryto to chyba mimo wszystko za mało.

Wspomniałem o zmianie pokoleniowej w reprezentacji Niemiec. Ktoś powie, że z naszymi sąsiadami nie możemy równać się, jeśli chodzi o nakłady finansowe, inwestowane w sport. Zgadza się, ale przykłady z krajowego podwórka doskonale pokazują, że jednak się da. Wystarczy spojrzeć na to, co się działo w krajowej siatkówce, w skali światowej prawdopodobnie dyscyplinie znajdującej się na podobnym poziomie zainteresowania kibiców. Wszelkiego rodzaju programy ministerialne i związkowe sprawiły, że w minionym roku Polska zdobyła mistrzostwo świata juniorów, a to prędzej czy później przełoży się na seniorskie sukcesy naszej reprezentacji. Wspomniana drużyna młodzieżowców nie odniosła porażki od kilkudziesięciu spotkań. Ale pod siatkę zostali zwerbowani już kilkanaście lat temu, gdy Polacy odnosili międzynarodowe sukcesy. W pewnym momencie sprawni, młodzi, utalentowani ruchowo chłopcy mogli wybierać, która dyscyplinę sportu chcą uprawiać. Piłka ręczna o nich nie walczyła, więc wybrali siatkówkę. Dzięki nim niedługo Biało-czerwoni wrócą na salony. Chciałbym się mylić, ale nasz szczypiorniak prawdopodobnie na długie lata pogrążył się w przeciętności.

Polska piłka reczna na dłużej pogrążyła się w przeciętności? Obym nie miał racji… / PressFocus

Jeśli chodzi o sam turniej w Portugalii, to od samego początku szło źle. Pierwsza połowa meczu z Kosowem wygrana różnicą zaledwie jednej bramki, dużo niedokładności, nerwowości, chwilami wręcz niechlujstwa w zagraniach, brak koncentracji. Druga połowa już znacznie lepsza, rozgromienie Cypru różnicą 33 trafień planowe, chociaż po dwóch meczach mieliśmy o jednego gola mniej niż Portugalia i w decydującym meczu musieliśmy ograć gospodarzy imprezy, ponieważ remis właśnie ich promował do dalszej części eliminacji. To najważniejsze spotkanie również rozpoczęło się źle, Polacy musieli gonić wynik. Po przerwie zaczęli grać lepiej, odrobili straty, wyszli na prowadzenie.

„ Oho, horror z happy endem, jak za starych, dobrych lat – pomyślałem, a razem ze mną z pewnością wielu kibiców naszej reprezentacji.

Z pewnością nasi zawodnicy jeszcze długo będą to rozpamiętywać. Arek Moryto niewykorzystany rzut karny, Maciej Gębala podanie wprost w ręce rywala, Łukasz Gierak – nieskończoną kontrę. Zabrakło jednego trafienia. Bez wątpienia, gdyby system kwalifikacji był inny, gdyby lepszą drużynę wyłaniano na podstawie dwumeczu, okazalibyśmy się lepsi od Portugalii. W historii polskiego sportu jest już zwycięski remis, teraz mamy remisową porażkę. Ale tak jak wspomniałem już wcześniej – przyczyn należy dopatrywać się gdzie indziej. Najlepiej zacząć od roku 2007…

W wywiadzie, którego udzielił mi Marcin Lijewski na początku tego sezonu, były reprezentant Polski, a obecnie szkoleniowiec przyznał:

– Piotrek (Przybecki – przyp. MF) poszedł inną drogą, zainwestował w młodość i zrobił to, czego nie zrobili jego poprzednicy. Przez nich jesteśmy teraz w czarnej…, wiadomo gdzie jesteśmy…

Powszechnie mówi się, że ta kadra jest młoda, ma czas, jeszcze okrzepnie w walce, nabierze doświadczenia i zacznie wygrywać. Policzyłem i…statystyki nie do końca potwierdzają tę „młodość”. Policzyłem średnią wieku „srebrnych” Orłów Wenty z 2007 roku. Niespełna 27 lat. Policzyłem średnią wieku zawodników, którzy zagrali w turnieju eliminacyjnym w Portugalii i…wyszło prawie identycznie tyle samo. Niespełna 27 lat, chociaż sam Sławomir Szmal, czyli pierwiastek wspólny dla obu porównywanych ekip, ze swoimi 40 wiosnami na karku z pewnością mocno podciągnął do góry statystyki. Jasne, mamy w tej drużynie 20-letniego Arkadiusza Moryto, 22-letniego Tomasza Gębalę czy jego o rok starszego brata Macieja, ale to nie jest młoda ekipa.

I tylko w jednym nie wypada się z Marcinem Lijewskim nie zgodzić – jesteśmy teraz w czarnej…, wiadomo gdzie jesteśmy…

Michał Faran

*