Janusz Wójcik? Twórca JEDYNEGO piłkarskiego sukcesu ostatniego ćwierćwiecza…

„O zmarłych dobrze albo wcale. No to wcale” – rozpoczął kiedyś jeden ze swoich felietonów Paweł Zarzeczny. O nim samym po śmierci mówiło się dobrze, nawet bardzo dobrze. Czy łatwo napisać dobrze o Januszu Wójciku? Sądzę, że można spróbować. Jak by nie było, moje pokolenie zawdzięcza mu największy sukces polskiej piłki w całym swoim piłkarskim życiu.

Srebro

Lato, 1992 rok, obóz sportowy. Nie, nie piłkarski. Kilkudziesięciu chłopaków pod namiotami. W wieku jedenastu lat, jak każdy zresztą chłopak w tym wieku w tamtych czasach, grałem w piłkę z kolegami, ale nie interesowałem się nią. Nie wiedziałem, kim byli Kazimierz Górski, Grzegorz Lato i Zbigniew Boniek. Nie byłem jeszcze nigdy na meczu ligowym, nie śledziłem wyników Ekstraklasy. Ale podczas tego obozu nasza reprezentacja grała na turnieju olimpijskim w Barcelonie, a nas dobiegały kolejne wyniki, których znaczenie nie do końca rozumieliśmy. Ogrywamy Kuwejt, zwycięzamy wysoko z Włochami, remisujemy z USA. Wygrywamy ćwierćfinał z Katarem, relację z półfinałowego zwycięstwa z Australią słuchamy w radiu. Na finał trener przywozi mały telewizorek, czarno-biały, nie większy niż 13 cali.

Do przerwy prowadzimy 1:0, kwadrans przed końcem spotkania na 2:2 trafia Ryszard Staniek, w ostatniej minucie nadzieję na złoto odbiera nam Kiko. Pamiętam to jak dziś. Nie miałem pojęcia, że właśnie jestem świadkiem największego sukcesu polskiego futbolu w moim życiu. Minęło ćwierć wieku, a to się wciąż nie zmieniło. Za to chciałbym podziękować Januszowi Wójcikowi.

„Kiełbasy w górę” i „rąbiemy w kakao”

Dopiero po latach dowiedziałem się, dlaczego nasi piłkarze w Barcelonie byli tacy naładowani energią, dlaczego byli gotowi za swoim trenerem gotowi skoczyć w ogień. Wójcik w kadrze młodzieżowej znalazł taką mieszankę umiejętności i charakteru, która odpowiednio zmotywowana potrafiła postawić się każdemu. A że w tym akurat był „mistrzem”, o tekstach typu „rąbiemy ich w kakao”, „kiełbasy do góry” i „golimy frajerów” (o powiedzonkach Janusza Wójcika pisaliśmy wczoraj TUTAJ)  latami krążyły legendy. Po Barcelonie było słynne „zmieniamy szyld i jedziemy dalej”, ale pierwszą reprezentację dane było poprowadzić „Wójtowi” dopiero 5 lat później.  Pamiętam bombę Ratajczyka w meczu towarzyskim z Węgrami, którym „Wujo” rozpoczął swoją kadencję w kadrze, a także przegrane z Anglią i Szwecją eliminacje do Euro. Wcześniej było jeszcze wicemistrzostwo Polski z Legią i słynne „cała Polska widziała”, potem niestety – raczej już tylko równia pochyła, ewentualnie egzotyczne kierunki. W seniorskiej piłce słynne metody motywacyjne przestały być skuteczne, o czym pisał w swojej książce Grzegorz Szamotulski, który z Wójcikiem spotkał się między innymi w Śląsku Wrocław. Leciało to mniej więcej tak.

– Skoro co tydzień słyszysz, że trzeba ogolić frajerów, a potem po raz kolejny przegrywasz 0:3, zaczynasz się zastanawiać, kto tak naprawdę jest frajerem…

Potem jeszcze Cypr, Syria, Świt Nowy Dwór („tu nie ma co trenować, tu trzeba dzwonić!”), Znicz i Widzew („dawaj tego Włocha…”, „gramy, ku…, bez bramkarza”). To był już koniec.

Widzew – ostatnie miejsce pracy szkoleniowej Janusza Wójcika / fot. Cyfrasport

Na marginesie

Przez ostatnie 10 lat Janusz Wójcik w polskim futbolu funkcjonował głównie na zasadzie anegdoty. Gdy akurat był wakat na stanowisku trenera warszawskiej Legii, dziennikarze zawsze w pierwszej kolejności dzwonili właśnie do niego, podpuszczając go pytaniami o gotowość do objęcia stanowiska. Gdy posadę pierwszego trenera Lechii Gdańsk przejmował jeden z liderów olimpijskiej drużyny Wójcika, Jerzy Brzęczek, spytany przeze mnie, czy zamierza wprowadzić metody motywacyjne swojego byłego opiekuna, stwierdził jedynie ze śmiechem:

– Raczej nie. To były zupełnie inne czasy, teraz piłka i piłkarze się zmienili. Jednak wtedy okazało się to bardzo skuteczne.

Osoba charyzmatycznego trenera pojawiała się w kolejnych wspomnieniach polskich piłkarzy, czy to w książkach, czy to wywiadach, przeważnie w humorystycznym ujęciu. W końcu autobiografię o wiele mówiącym tytule „Wójt. Jedziemy z frajerami. Całe moje życie” napisał on sam i mimo, że chwilami treść rozbieżna jest z dającymi się zweryfikować faktami, czytało się ją rewelacyjnie. Nawet te megalomańskie naleciałości, czyli „gdziekolwiek się nie pojawiałem, byłem najlepszy” można było potraktować z przymrużeniem oka. Opisana w prostych , żołnierskich słowach polska, futbolowa rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych i przełomu wieków. Kilkanaście godzin śmiechu. Nie zdziwię się, jeśli z okazji śmierci Wójcika nastąpi reedycja.

R.I.P.

Panie Januszu, dziękuję za srebrny medal w Barcelonie. Miałem tego pecha, że okres mojej młodości przypadał na czas wielkiego kryzysu polskiej piłki nożnej. Niewiele lepiej było, gdy wkraczałem w pełnoletniość, aktualnie też nie jest jakoś kolorowo. To wicemistrzostwo olimpijskie wciąż jest największym sukcesem naszego futbolu w moim, 36-letnim już życiu. I z tego zawsze będę pamiętał Pana w pierwszej kolejności…

 

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem