Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.
Skromny, spokojny, stonowany. Kontuzje wyhamowały jego karierę, ale dzięki ciężkiej pracy i odpowiednim charakterze wrócił do ekstraklasy. Obyło się bez wielkiego echa, fanfar i rozgłosu. Gdy jednak trafił do siatki w meczu z Pogonią Szczecin, dając tym samym zwycięstwo i cenne trzy punkty swojej drużynie, kibice i trener nie mieli wątpliwości, że zasłużył na to

Skromny, spokojny, stonowany. Kontuzje wyhamowały jego karierę, ale dzięki ciężkiej pracy i odpowiednim charakterze wrócił do ekstraklasy. Obyło się bez wielkiego echa, fanfar i rozgłosu. Gdy jednak trafił do siatki w meczu z Pogonią Szczecin, dając tym samym zwycięstwo i cenne trzy punkty swojej drużynie, kibice i trener nie mieli wątpliwości, że zasłużył na to trafienie jak mało kto. Kiko Ramirez na pomeczowej konferencji przyznał: –  Jestem zadowolony, że gola strzelił właśnie Jakub Bartkowski.

Grudzień 2013. Młodemu chłopakowi, pochodzącemu z położonych nieopodal Łodzi Żakowic, kilkanaście dni temu stuknęło 50 meczów w ekstraklasie. Wynik bardzo dobry, zważywszy na bardzo młody wiek obrońcy. 21-latka cechował niesamowity spokój w grze, o czym kibice łódzkiego Widzewa przekonali się w meczu dla nich najważniejszym: derbach Łodzi z ŁKS-em. To nie był debiut Bartkowskiego, ale wtedy po raz pierwszy zagrał wyjściowym składzie. Nie spalił się przed kompletem publiczności, zaliczył bardzo poprawny występ, uniknął błędów. Chociaż łodzianie przegrali, sam Bartkowski tym spotkaniem wywalczył sobie miejsce w pierwszej jedenastce.

Bartkowski został puszczony od razu na głęboką wodę, ale nie utonął. Nie pękał także w ważnych dla kibiców Widzewa meczach z ŁKS-em i Legią.

Kontuzja, czyli trzyletnia droga hamowania

Pamięć bywa krótka, a łaska działaczy na pstrym koniu jeździ – mógł pomyśleć młody obrońca, kiedy widział, co ówcześni włodarze klubu – z właścicielem, Sylwestrem Cackiem na czele – robią na wieść o kontuzji. W grudniu 2013 roku złamał Bartkowski złamał nogę, w styczniu kończył mu się kontrakt. Chciał go przedłużyć, ale na co rusz inne propozycje przełożonych zgodzić się nie mógł.

– Chyba chcieli wykorzystać okazję, że za chwilę mogłem nie mieć ani klubu, ani też możliwości trenowania. W trakcie negocjacji doznałem urazu, a przez błędne diagnozy zbyt wcześnie wróciłem do treningów i zacząłem obciążać nogę, która okazała się złamana. Każda kolejna propozycja działaczy była coraz niższa. Aż do momentu, w którym zaproponowano mi gorsze warunki niż dwa lata wcześniej, zanim zadebiutowałem w ekstraklasie. Nie mogłem się na to zgodzić. Trzeba szanować samego siebie – wspomina w rozmowie z ŁączyNasPasja Bartkowski.

Przyznaje, że do Widzewa nie czuje żalu, a wręcz ogląda mecze i kibicuje mu w powrocie na szczyt.

Mówi „działacze”, a nie „Widzew”, bo do klubu, w którym wypłynął na szerokie wody ma ogromny szacunek. – Nie mam żalu do Widzewa, nie czuję żadnej zadry. To teraz zupełnie inny klub, tworzony przez innych ludzi. Od dziecka mu kibicowałem, przechodziłem przy Piłsudskiego przez wszystkie szczeble juniorskie i rezerwy.

– Obecnie mam też wykupione transmisje widzewskiej telewizji i staram się oglądać mecze. Byłem nawet w Sercu Łodzi na jednym z nich, niestety zremisowanym 1:1 z Ursusem Warszawa. Ściskam kciuki, by Widzew wrócił tam, gdzie jego miejsce – powiedział.

Opuścił Łódź zimą, zanim budowany przez Cacka domek z kart doszczętnie się posypał. W momencie, w którym musiał żyć za oszczędzone pieniądze i wiązać koniec z końcem, pomocną rękę wyciągnęły do niego drugoligowe Wigry Suwałki. – W marcu kadry wszystkich klubów były pozamykane. Nie było łatwo znaleźć klub, zwłaszcza po kontuzji, stąd ten spadek dwie ligi niżej – przekonuje prawy obrońca, który wiosną wywalczył nie tylko miejsce w składzie, ale i awans na zaplecze ekstraklasy.

Pomimo młodego wieku, w Suwałkach został kapitanem drużyny.

Nie planował tak długiej przygody na północy Polski, ale z pewnością jej nie żałuje. Raz, że przez dobre występy i przykład, jaki swoim poświęceniem i pracowitością dawał innym, założył opaskę kapitańską Wigier. Dwa, że zauważyła go Wisła Kraków, która po trzech latach wciągnęła go z powrotem na ekstraklasową karuzelę.

Nowy rozdział

– To jest piłkarz z pozytywną osobowością, który cały czas prezentował dobry, równy poziom. Ma dobrą psychikę, lubi pracować. Wisła dobrze robi, sprowadzając go do siebie – przekonywał Andrzej Iwan. Sam zawodnik do powrotu podchodził z chłodną głową. – Nie nakładam na siebie dodatkowej presji. Nie mam dwudziestu lat, żeby podchodzić do tego w zbyt emocjonalny sposób. Podejmuję rękawicę i cieszę się przede wszystkim z tego, że Wisła po mnie się zgłosiła – mówił po parafowaniu umowy.

Stonowany był także wtedy, gdy po meczu Wisły z Pogonią okazał się bohaterem. Jego gol dał Białej Gwieździe trzy punkty, a w konsekwencji także podium. – W całej karierze nie pamiętam, żebym był wyznaczony do atakowania przy stałych fragmentach gry. Na pewno nie w Wiśle, bo wiele okazji do tego nie miałem – mówi z uśmiechem piłkarz, dla którego był to dopiero czwarty mecz z Białą Gwiazdą na piersi. Klub z Reymonta 22 przegrał dwa starcia w poprzednim sezonie z jego udziałem, w tym – jest gwarancją zwycięstw.

– Na początku sezonu miał kontuzję, ale jego przykład udowadnia, że ciężką pracą można dojść do wielu rzeczy – powiedział na konferencji Kiko Ramirez, który zdecydował się postawić na Bartkowskiego w meczu z Sandecją (3:0) i tę decyzję podtrzymał w starciu z Pogonią. Nie żałował – także tego, że zdecydował się postawić na niego przy rzutach rożnych. Gol zdobyty głową przez Bartkowskiego był pierwszym takim dla Wisły w tym sezonie.

W tym sezonie z Bartkowskim w składzie Wisła tylko wygrywa.

– To mój pierwszy gol w ekstraklasie i nie ukrywam, że smakuje wybornie. Pogoń kryła strefą, na początku żadnego zawodnika gości przy mnie nie było. Dobrze, że wreszcie strzeliliśmy po rzucie rożnym i mam nadzieję, że to będzie nasz atut. Fajnie, że mój gol dał wygraną, bo to jest najważniejsze. Cieszę się też, że trener od poprzedniego spotkania daje mi szansę. Mam nadzieję, że ją wykorzystuję, ale się nie podpalam – dodał w swoim stylu.

Bartkowski nie czuje, że teraz dzieje się coś wielkiego. Zarówno powrót na najwyższy szczebel rozgrywek, jak i tytuł bohatera ostatniego meczu przyjmuje ze stoickim spokojem. – Przeszłość nauczyła mnie, że nie można być pewnym swojej pozycji, ale i nie warto z tego powodu wariować. Nie wiadomo, co przyniesie następny tydzień, miesiąc, rok. Grałem kilka lat temu w ekstraklasie, później nawet w drugiej lidze, teraz znów w ekstraklasie. Tak, jak nagle z Zidane’a – który swoją drogą był moim idolem – nie zmieniłem się w zawodnika z B-Klasy, tak nie przebyłem drogi w drugą stronę. Jestem tym samym Kubą Bartkowskim, chociaż teraz na pewno bardziej doświadczonym, spokojniejszym i lepiej nastawionym mentalnie.