Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

J. Carter: Taki był wówczas futbol. Chyba każdy zawodnik pił alkohol

Jimmy Carter – gdy pierwotnie dowiedziałem się, że osoba o tym imieniu i nazwisku poświęci mi trochę czasu z ramienia Millwall do rozmowy m.in. o tym legendarnym klubie, nie do końca kojarzyłem tę postać. Na myśl przychodziło mi tylko: „przecież tak nazywał się były prezydent USA". Krótkie poszukiwania w Internecie i szybko okazało się, że po pierwsze byłem jeszcze zbyt młody na przełomie lat 80. i 90., by pamiętać Cartera-piłkarza, a po drugie że jest to ciekawa postać, z którą łączą się dwie, niecodzienne historie. Pierwsza, piłkarska związana z jednym z jego występów w barwach Liverpoolu, w którym „dostał wędkę” po niecałych 30 minutach obecności na boisku w meczu z Chelsea. To spotkanie „przysłużyło” mu się o tyle, że do dzisiaj Carter wymieniany jest w każdej najgorszej „jedenastce” w historii Liverpoolu, jaka jest tworzona przez jego kibiców lub dziennikarzy.

Druga historia odnosi się do momentu, w którym były prezydent USA…Jimmy Carter ogłosił, że choruje na nowotwór. Wówczas Jimmy Carter z Millwall otrzymał tysiące wiadomości w mediach społecznościowych z wyrazami wsparcia i słowami otuchy. Chwilę zajęło mu dojście do źródła tej informacji, po czym od razu wydał krótkie oświadczenie na Twitterze, w którym podziękował za życzenia zdrowia, ale zaznaczył że jest byłym piłkarzem, a nie prezydentem Stanów Zjednoczonych. Konta na Twitterze dziś już nie prowadzi.

Oba tematy zostały przeze mnie poruszone w bezpośredniej rozmowie, ale Jimmy Carter (ex Millwall, Liverpool, Arsenal), pomimo tego że to naprawdę sympatyczny facet, nie chciał ich szerzej skomentować. A że pograł kilka sezonów na najwyższym szczeblu angielskich rozgrywek, to opowiedział o dzisiejszej Premier League i jej problemach, jak i o czasie spędzonym w Arsenalu z wielkimi nazwiskami jak Seaman, Adams czy Wright. Powiedział również sporo o specyfice klubu, w którym dzisiaj pracuje jako manager zajmujący się reklamodawcami i pozyskiwaniem sponsorów. Klubem tym jest Millwall – czyli jedno z niewielu miejsc w Anglii, w którym dba się o własną tożsamość, gros kibiców stanowią lokalni mieszkańcy, a sponsorów – lokalne firmy. Jimmy Carter – ex piłkarz – przed wami.

Nie pozyskujemy młodych zawodników z innych regionów Anglii. Skupiamy się na Londynie i okolicy. Tak by zawodnicy mogli do nas w miarę szybko (jak na Londyn) dojechać. Jeśli wydaje nam się, że znaleźliśmy chłopca, który rokuje na dobrego zawodnika, to możemy od razu stwierdzić, że wiedzą o nim również te największe kluby. Nie mamy więc łatwego zadania.
A. Stolarek: Jakie argumenty ma zatem Millwall w takiej walce z wielkimi akademiami?
J. Carter: Od lat mamy dobrze funkcjonującą szkółkę, ale najważniejszym argumentem jest to, że jeśli pójdziesz do akademii Arsenalu czy Chelsea, to twoje szanse na debiut w pierwszym zespole są bardzo małe. W Millwall masz szansę przejść ścieżkę szkolenia z dobrymi trenerami, nie ustępującymi w niczym tym z wielkich akademii i na koniec zagrać w pierwszej drużynie. Możemy użyć też prostego argumentu na potwierdzenie tego: przyjdź na nasz mecz, a zobaczysz pięciu wychowanków grających w naszych barwach. Nawet jeśli Arsenal lub Liverpool czy Tottenham zainteresują się takim chłopcem, to często i tak rodzice decydują się zostać przez wzgląd na sympatię i kibicowanie Millwall.
W Polsce również sympatie klubowe determinują często ścieżkę kariery w młodzieżowym futbolu.
W Anglii nie jest to takie oczywiste. Millwall różni się od innych klubów pod tym kątem. Gdy masz przykładowo kibica Arsenalu, który ma syna – jego dziecko może w pewnej chwili oświadczyć ojcu, że kibicuje United lub Tottenhamowi. Natomiast w rodzinie Millwall jest to niemożliwe. Nigdy nie stracimy swojej tożsamości właśnie dzięki fanom.
Ale jak przykładowi bracia Glazer zechcą kupić klub?
To już inna para kaloszy. Jeśli ktoś przyjdzie z ogromnymi pieniędzmi, to będzie to wielka szansa dla całej społeczności związanej z klubem. Wszystko jednak przy zachowaniu charakteru Millwall.
Millwall – jedno z niewielu miejsc w Anglii, w którym dba się o własną tożsamość, gros kibiców stanowią lokalni mieszkańcy, a sponsorów – lokalne firmy
Millwall nie jest klubem pierwszego wyboru dla inwestorów, ale i również dla kibiców przyjeżdżających oglądać futbol w Anglii.
Turyści są zainteresowani innymi klubami. Przylatując do Londynu wybiorą mecze Arsenalu czy Chelsea. Oczywiście zachęcamy wszystkich do przyjścia na Millwall, ale nie opieramy się na tym. Mamy tu kibiców związanych z klubem i oni stanowią o naszej sile i tworzą świetną atmosferę na meczach.
Nawet Harry Kane mówił, że Millwall ma wspaniałych kibiców.
To ogromna pasja we wspieraniu swojego zespołu, którą trudno znaleźć na innych stadionach. Jeśli miałbym jednak porównać kibiców innego zespołu z Anglii do tych z Millwall, to byliby to fani Portsmouth. Również bardzo żywiołowi, z ogromnym zaangażowaniem wspierają klub i zawodników podczas meczów i nie tylko. Na mecze wyjazdowe zawsze wykupują komplet biletów, niezależnie gdzie jadą.
Jak Pan patrzy na walkę młodych Anglików o grę w Premier League? Macie młodzieżowych mistrzów świata i mistrzów Europy ale nie mogą przebić się do pierwszego składu zwłaszcza w wielkich klubach
Niestety Premier League to takie miejsce, w którym nie masz wiele czasu na pokazanie się gdy jesteś nowy, a trenerzy nie mają dużo czasu, by udowodnić że ich pomysły są dobre. Kiedyś, jeśli miałeś talent mogłeś się przebić z akademii do pierwszej drużyny, to jest oczywiście dzisiaj wg mnie również możliwe, ale tylko gdy ci młodzi będą bardziej cierpliwi. Przede wszystkim musi to dotyczyć właśnie tego obecnego pokolenia młodzieżowych mistrzów.
No właśnie co jest dla nich lepsze? Gra w zespołach U-23, czy wypożyczenia do klubów z niższych lig?
Zdecydowanie wypożyczenia. Managerowie w największych klubach zachęcają młodych do wypożyczeń czy to do Championship czy do League One, a nawet League Two. To jest najlepsze wyjście, by rozwijać tych zawodników. Gra w tych ligach robi z nich mężczyzn. Jeśli grasz regularnie z dorosłymi, to zadziała tylko na twoją korzyść. Mecze w niższych ligach to zupełnie inny świat niż rozgrywki U-23, toczą się w innym tempie i cię hartują. Dodatkowo taki zawodnik ma szansę zobaczyć jak wygląda organizacja i baza niżej. Gdy po takim wypożyczeniu wraca do swojego klubu, to zaczyna rozumieć ile ma do zyskania, a ile do stracenia i to musi młodych pchać do pracy nad sobą.
Kane był jednak bliski rezygnacji z gry w piłkę, gdy nawet w Championship w barwach Leicester nie był w stanie przebić się do pierwszej drużyny.
Dlatego wiele zależy od mentalnego podejścia zawodnika. Gdy idziesz do niskich lig z wielkiego klubu na wypożyczenie i masz dobre nastawienie, to skorzystasz z tego pobytu zarówno ty jak i twój klub. Wracając do macierzystego klubu zrobisz wszystko co się da, by w nim zostać i tak właśnie było z Kanem. On miał zresztą wspaniałe podejście gdy był tutaj w Millwall. Był bardzo pracowity. Mnie nie było jeszcze wówczas w strukturach klubu, ale do dzisiaj wszyscy tu o tym mówią i wspominają go. Puncheon, Townsend również tu byli – może będę nieobiektywny, ale Millwall to jest dobre miejsce na rozwój zawodnika.
18-letni Harry Kane w barwach Millwall
A gdzie ma być Millwall, jako klub za 5-10 lat?
Teraz oczywiście skupiamy się na pozostaniu w Championship. Mamy w tym roku bardzo silną ligę z bogatymi drużynami, wielkimi stadionami, ogromnymi budżetami i rzeszą fanów. Zaczynamy powoli krzepnąć w tej lidze. My budujemy drużynę powoli, a najważniejsze dla nas, to powrót do Millwall Tima Cahilla. Oczywiście naszym marzeniem jest awans do Premier League w najbliższych latach.
Będziecie gotowi na to finansowo?
Mamy na to jeszcze kilka lat. Ale różnice finansowe są ogromne. Ci którzy spadają do Championship, mają jeszcze przez trzy lata wsparcie pieniędzmi z praw TV wynikających z ich gry w Premier League – ta rywalizacja jest bardzo nierówna zwłaszcza dla takiego klubu jak Millwall, który dopiero co awansował z League One. To są dwa światy. Ale udaje nam się uzyskiwać dobre rezultaty, jak ostatnio z Wolverhampton, w którym tylko jeden zawodnik jest wart z 15 mln funtów, podczas gdy cały nasz zespół tyle nie kosztuje, a gramy w tej samej lidze. Wygraliśmy z Leeds przy 33 tys ludzi na wyjeździe – to już są mecze z otoczką jak w Premier League. Wszyscy są zdeterminowani, by być choć przez chwilę częścią najwyższej ligi w Anglii, w dużej mierze również ze względów finansowych.
Do końca sezonu jednak będziecie walczyć o utrzymanie w „najlepszej drugiej lidze świata”, jak mówimy w Polsce
Tak, ale mamy za sobą dobrą połowę sezonu. Jeśli zapytałbyś naszego trenera latem 2017 r., czy byłby zadowolony z 14. miejsca na początku lutego, to brałby to w ciemno. Jesteśmy zadowoleni z tego gdzie jesteśmy w tym momencie.
A jak Pan wspomina swój pobyt w Millwall i w ogóle grę w Anglii?
Od małego kibicowałem Arsenalowi i marzyłem o grze w tym klubie. Mieszkałem w biednej dzielnicy i głównie interesowała mnie piłka nożna, a nie szkoła. Co tu dużo mówić, wychowałem się w biedzie. Mój tata opiekował się, na ile mógł, mną i bratem, bo zostawiła nas mama. Futbol uratował mnie przed trudnym życiem. Ja marzyłem od małego by grać w piłkę. Nie miałem planu B, bezpieczniej odskoczni – futbol albo nic. Nie było też tak, że kierowały mną możliwości zarobku, bo ja po prostu kochałem grać w piłkę i kopałem ją wszędzie gdzie tylko mogłem, również z moim bratem.
Zaczęło się od Crystal Palace i Queens Park Rangers…
I poprzez grę w tych klubach doszedłem do Millwal, w którym w sezonie 1987/88 byłem częścią wspaniałej drużyny z Tonym Cascarino czy Teddym Sheringhmem, która wywalczyła historyczny awans do First Division (poprzedniczka Premier League-red). A później Liverpool – gdy pyta o ciebie taki klub, to nie zastanawiasz się ani chwili zwłaszcza gdy pytającym jest Kenny Dalglish. Niestety dla mnie szybko odszedł z klubu i przyszedł Graeme Souness, a wraz z nim skończył się dla mnie dobry czas na Anfield. Gdy dostałem propozycję z Arsenalu – było to spełnieniem marzeń z dzieciństwa. W ogóle to był szalony okres, bo do Liverpoolu przyszedłem jako do drużyny Mistrza Anglii, a gdy odszedłem do Arsenalu, to za 10 miesięcy znów grałem w zespole mistrzowskim ale już w Arsenalu. To był wspaniały czas, ale myślę, że mogłem osiągnąć więcej indywidualnie zwłaszcza na Highbury. Z drugiej strony, grałem tam ze wspaniałymi zawodnikami i nie było łatwo wejść do pierwszej drużyny. Zdobyliśmy mistrzostwo Anglii, Fa Cup, Puchar Ligi i Puchar Zdobywców Pucharów i byłem częścią tego zespołu.
Jimmy Carter zagrał tylko pięć razy w barwach Liverpoolu
W drużynie grał Pan wtedy m.in. z Tonym Adamsem, Davidem Seamanem, Ian Wrightem.
Tak to był wspaniała grupa ludzi. Ian Wright był zawsze dużym dzieckiem. Jak chłopiec w ciele mężczyzny. Mam do niego ogromny szacunek. Był trudnym chłopcem, przeszedł długą drogę do profesjonalnej piłki. Miał wiele problemów osobistych. Z racji na to, że i ja byłem trudnym dzieciakiem, czułem przez całą karierę sympatię do Iana. Miał ogromną wiarę w siebie już od małego, bo nikt nie chciał go u siebie, ponieważ trudno było go upilnować i zapanować nad nim. Trenerzy woleli się go pozbyć i mieć spokój w szatni. Popadał więc w kłopoty, był przecież w więzieniu, po którym zaszła w nim zmiana. Gdy spotkaliśmy się w Arsenalu, mieliśmy w szatni wielkie charaktery jak Merson czy Adams i nagle wchodzi Wright. Gdy zbliżałeś się do szatni, wiedziałeś czy Ian już w niej jest. Gdy było cicho, to oczywiście jeszcze nie przyjechał, gdy dochodził hałasy i śmiechy – oczywiście już tam był. Biegał między wszystkimi, zaczepiał – tak jak mówiłem, jak małe dziecko. Jakby cieszył się życiem w każdej minucie, również z tego, że wydarzenia z jego życia go nie złamały. Ale ten entuzjazm pomógł mu też w piłce, nie brał nic na serio miał wszystko „gdzieś” i z takim nastawieniem wychodził na boisko – że nic nie musi, a wszystko może.
A Tony Adams?
Wspaniały lider szatni, niesamowity autorytet.
A jego problemy z alkoholem? Wy coś zauważaliście?
Taki był wówczas futbol. Chyba każdy zawodnik pił alkohol, nie było indywidualnych diet, wyliczonych kalorycznie posiłków. Po meczu szliśmy na piwo i to było naturalne. Nie widać było, by Tony miał z tym jakiś problem. Pod tym kątem był jednym z wielu – tak wyglądało życie piłkarza. To co wyszło później, nie dotyczyło już okresu, w którym graliśmy razem, więc trudno mi o tym mówić.
Wracając do Pana, na koniec kariery zaliczył Pan triumfalny powrót do Millwall.

To nie było wcale takie oczywiste. Myślałem o tym, jak zostanę przyjęty i denerwowałem się przed pierwszym meczem, ale gdy rozpoczęliśmy grę, każdy mój kontakt z piłką był fetowany przez fanów. Gdy byłem przy linii ludzie zza pleców wołali: ”dalej Jimmy!”, to było niesamowite. Czułem jakby ktoś podłączył mnie do prądu, miałem dreszcze na całym ciele przez dłuższy fragment gry. A dzisiaj, po latach wyszło tak, że miałem możliwość grać w wielkich klubach, by na koniec pracować w jednym z nich, właśnie tutaj w Millwall.

Typuj wyniki
na
LV BET zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.