Instagram, krakowska piłka i drużyny do spadku

Wszyscy znamy reklamę Coca Coli z ciężarówką i Świętym Mikołajem. Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta… - to jedne z tych słów, które czyta się i jednocześnie śpiewa w głowie. Tym razem blisko są te wielkanocne, a co za tym idzie – nieuchronnie zbliża się koniec sezonu zasadniczego. Punkty po nim dzielone nie będą, ale i takowej konieczności nie ma. W przeciwieństwie do Premier League, Ligue 1, La Ligi, Serie A czy Bundesligi – w Ekstraklasie mistrza wskazać jeszcze nie można.

Jagiellonia odskoczyła stołecznemu klubowi w wielkim stylu na Łazienkowskiej, ale równie wielką – tyle, że tym razem klapę – zaliczyła w spotkaniu z Lechem Poznań. Pisaliśmy wczoraj, że wyniki w kolejnych kolejkach polskiej ligi przypominają otwarcie komory losującej. Lech, Jaga i Legia przypominają grę „kamień, papier, nożyce”. Wszyscy ostatnio pokazali co innego, każdy wygrał z każdym. I nadal nie wiadomo, kto zwycięży ostatecznie.

Wróżenie z fusów ma większe podstawy, niż mądrzenie się w kwestii typowania mistrza Polski.

Lechia Gdańsk zdecydowanie przegrała z Legią, a w następnej kolejce czeka ich bardzo ciężka przeprawa o punkty z Lechem. Piotr Stokowiec wydaje się być dobrym wyborem na stanowisku szkoleniowca biało-zielonych, ale zawodnicy z Gdańska grają ostatnio tak beznadziejnie, że ze świetnie grającym u siebie zespole Nenada Bjelicy nie mają czego szukać. Albo inaczej: nie mieliby czego szukać, gdyby nie to, że w tej lidze możliwe jest wszystko. A im coś wydaje się dziwniejsze i bardziej nielogiczne, tym większe jest prawdopodobieństwo, że zdarzy się właśnie na naszym piłkarskim podwórku.

Logiczne natomiast było posunięcie włodarzy gdańskiego klubu, którzy ściągnęli do siebie gwiazdę indonezyjskiej piłki i choć ten jeszcze nie kopnął piłki na treningu (grać będzie mógł dopiero latem), to efekty transferu już widać. Na Instagramie Lechia wyprzedziła już Legię, o klubie mówi się dużo, a będzie jeszcze głośniej. Pierwszy mecz nowej „dziesiątki” z pewnością przyciągnie rekordową liczbę widzów przed ekranami monitorów.

Nie wiem natomiast, dlaczego (spodziewam się tylko, że z zazdrości) ten ruch transferowy został z miejsca skreślony tylko dlatego, że był dobrym strzałem marketingowym. Jakby sukces wizerunkowy wykluczał sportowy. A przecież Egy Maulana Vikri to jeden z największych talentów wg Guardiana, jest bardzo młody i ma spory potencjał. Ponad pół miliona rodaków jara się nim jak znicze we Wszystkich Świętych i chociaż to niewielki wyznacznik, bo kierując się tymi kategoriami Popka należałoby uznać za wybitnego muzyka, to lekceważyć boomu na Egy’ego nie można. Gdyby gość potykał się o własne nogi, nie wywoływałby takiego zamieszania.

Jeśli w tej lidze występować ma Grić, Ze Manuel, Hildeberto, Nicki Bille Nielsen, Kraczunow, Jukić, Dahne, Śpiączka czy Matei – dlaczego nie może grać gwiazda z Indonezji? Nawet zakładając najczarniejszy scenariusz, czyli totalną kompromitację na boisku, przynajmniej zapewnił duże zainteresowanie wokół klubu. Wymienieni wcześniej panowie, z całym szacunkiem dla ich pracy i zaangażowania, nie zrobili nawet tego. Jeśli natomiast Egy wypali – podwójny celny strzał. I spory zarobek za sprzedaż tego wonderkida w przyszłości.

Kto spadnie?

Tego nie wiadomo, bo wygrzebująca się z dolnych rejonów tabeli Pogoń Szczecin została zdeklasowana przez Cracovię, a konkretnie: jej stałe fragmenty gry. Wszystkie trzy bramki padły właśnie w ten sposób. To zawsze laurka dla pracy trenera, który nie ma wpływu na to, czy jego napastnik strzeli z pięciu metrów do pustej bramki, ale czy jego zespół będzie strzelał/nie tracił ze stojącej piłki – jak najbardziej.

Trzy to też często wymieniana po weekendzie liczba po drugiej stronie Błon. Carlitos ustrzelił pierwszego w swoich występach w Ekstraklasie hat-tricka, doganiając tym samym w klasyfikacji strzelców swojego rodaka, Igora Angulo. Doświadczony snajper z Zabrza, podobnie jak jego koledzy z Górnika, nadal wyglądają na oszołomionych po niespodziewanej porażce 0:4 z Cracovią na własnym stadionie. Wiosna brutalnie zweryfikowała zachwyty nad Marcinem Broszem i jego podopiecznymi, choć tu znowu wypada przypomnieć formułkę: to jest Ekstraklasa, tego nie zrozumiesz. Równie dobrze w środku tygodnia może ich olśnić, Kurzawa z Żurkowskim znów będą wiązać nogami krawaty, a na Górny Śląsk znów zawita tytuł mistrzowski. To mało prawdopodobne, więc – jak to w Ekstraklasie – przede wszystkim niewykluczone.

Zawsze w Skarbach Kibica przepytywano w ankietach kapitanów bądź trenerów wszystkich drużyn, a jednym z krótkich pytań było: kto spadnie? Wszyscy kurtuazyjnie odpowiadali jak jeden mąż: nie życzymy nikomu, niestety ktoś musi, obyśmy to nie byli my, ale żadnej z drużyn nie chcemy wskazać… My wskażemy i to ze stanowczością: spaść muszą obie drużyny grające w Niecieczy. Ta wieś to fenomen, zapisała się na pewno w historii ligowej piłki w Polsce, ale już wystarczy.

Bez śmiechu, ironii i satyry ta liga nie byłaby taka sama. Gdzieś jednak jest tego wszystkiego umiar. Patrzymy na Derby Gminy Żabno, na frekwencje na meczach Sandecji, na to jak prezentowała się ekipa Kazimierza Moskala w meczu z Piastem (0:3) albo ta Jacka Zielińskiego w starciu z Arką (0:4) i mamy wrażenie, że linia mety dobrego smaku nie tyle została przekroczona, co obie drużyny już dublują okrążenie…