Idiotyczna kara dla Legii od Komisji Ligi i „szokujące oczywistości” Mioduskiego

Stan podniecenia i oburzenia w mediach społecznościowych po tym, jak część kibiców Legii wywiesiła pomazane sprejem prześcieradła podczas meczu z Łódzkim Klubem Sportowym, osiągnął apogeum w ostatni weekend. Dariusz Mioduski komentując tę aferę użył wielu banałów i oczywistości, których zrozumienie okazało się jednak nie do przeskoczenia przez część środowiska futbolowego.

Wielu dziennikarzy oraz kibiców wyraziło swoje (zrozumiałe) oburzenie po tym, jak na Łazienkowskiej zawisły transparenty dotyczące nowego właściciela Polonii Warszawa oraz 17-letniego piłkarza Legii Warszawa, który niedawno reprezentował barwy „Czarnych Koszul”. Można roztrząsać ich treść, ale to dużego sensu raczej nie ma. „Kisiel won z Legii” oraz „Panie Nitot, nie jest za późno, żeby się wycofać. Masz jeszcze klientów, przedsiębiorstwo jeszcze funkcjonuje” – nie będzie ryzykowne stwierdzenie, że z takimi hasłami zgadzają się głównie ci, którzy za nimi stali.

 Nie byłoby problemu, gdyby krytyka dotknęła autorów tych transparentów. Nie byłoby też… całej afery.

Jasne i klarowne załatwienie sprawy nie wchodzi w grę, bo proste rozwiązania się nie sprzedadzą. Co rozumiem przez takowe? Po pierwsze: należy ocenić, czy takowe transparenty są zgodne z prawem i nie przekraczają wolności słowa. Hasło „Kisiel won z Legii” można uznać za głupie lub prymitywne, ale z pewnością nie łamie prawa. Podobnie ze słowami w kierunku potencjalnego właściciela Polonii – uznanie tego za groźby to bardzo mocno naciągana nadinterpretacja. Raczej megalomania i uznanie, że jeśli kibice Legii zrobią firmie czarny PR (co już ma miejsce w internecie) i będą zniechęcać klientów do korzystania z usług firmy pana Nitot aż do momentu, w którym przedsiębiorstwo przestanie funkcjonować.

To, czy przy tym zniechęcaniu przekroczą prawo – to zupełnie inna sprawa. Oceniamy treść na prześcieradle, która na pierwszy rzut oka nie jest niezgodna z literą prawa. Jeśli jednak interpretacja prawnicza byłaby inna, a transparent miał zostać zdjęty – nie położylibyśmy się za nim Rejtanem, tylko przyjęli to do wiadomości. Prawo – to najważniejsze słowo w całej aferze transparentowej. Jeśli nie zostało przekroczone, to można oczywiście wyrażać swoje zdanie na temat zamieszczonych haseł, ale lamentowanie nad faktem ich obecności na stadionie i obrzucanie winą oraz krytyką wszystkich dookoła raczej nie jest poważne. Z takim zjawiskiem natomiast mieliśmy do czynienia w miniony weekend.

Najczęściej wybieraną ofiarą w atakach był oczywiście klub. I najprostszą, w którą najłatwiej uderzyć. Krzysztof Stanowski na Weszło ma pretensje do Legii Warszawa, że wydała miałkie oświadczenie i lepiej byłoby, gdyby nie pisała nic. „Można pisać te pierdy o wartościach, wycierać sobie gębę jakimiś frazesami o fair-play, jakieś dyrdymały o fundacji, a na koniec nabrać wody w usta (czytaj: zesrać się w gacie)„, pisze w felietonie i sugeruje, że można było… przeprowadzić akcję edukacyjną polegającą choćby na wywiadzie na oficjalnej stronie klubu z byłymi polonistami i tytułem „Jestem legionistą i jestem polonistą”.

Jacek Stańczyk idzie kilka kroków dalej w tekście „Legia Warszawa nie umie powiedzieć won”. „Klub pisze, że nie jest stroną w tej sprawie. A moim zdaniem zawsze jest moralną stroną w takiej sprawie. To na jego stadionie pojawił się transparent, to Legia wpuściła ludzi, którzy grozili biznesmenowi„, pisze. Michał Listkiewicz na Twitterze zaś apeluje, że ta akcja „wymaga odważnego stanowiska pana Dariusza Mioduskiego. Teraz jest czas na pokazanie swojej kultury i odpowiedzialności, panie Dariuszu„. Podobnych głosów pojawiło się znacznie więcej.

Najbardziej wygłupiła się natomiast Komisja Ligi, która nałożyła na Legię Warszawa karę 50 tysięcy złotych i ukarała zakazem stadionowym na jeden mecz wszystkich przebywających na „Żylecie”.

Dlaczego wygłupiła? Dlaczego, wbrew opiniom części dziennikarzy i kibiców, ani ukaranie klubu, ani zastosowanie odpowiedzialności zbiorowej nie jest właściwym rozwiązaniem? Dlaczego Dariusz Mioduski nie jest winowajcą, a jeśli w ogóle jest w to zamieszany – to raczej w roli ofiary, aniżeli sprawcy? W wywiadzie na portalu legia.net celnie wytłumaczył wiele spornych kwestii, którymi został obarczony.

Wyżej wyjaśniliśmy, że jeśli transparenty są niezgodne z prawem – powinny zainterweniować służby porządkowe, a jeśli prawa nie łamie – ocenianie go to tylko subiektywna opinia. Na szczęście w mediach też można było dotrzeć do głosu rozsądku. Dariusz Tuzimek na łamach SportowychFaktów WP celnie pisze: „Prezesi i właściciele klubów ligowych nie są w stanie rozprawić się z kibolstwem. Można w nich walić jak w bęben. To łatwe i wygodne – hałas jest duży, a wiadomo, że nie oddadzą. Bo przecież wiedzą, że mają u siebie problem. I każdy, kto się trochę interesuje polską piłką ligową, też o tym wie. Tyle tylko że kluby – bez wsparcia aparatu państwowego, czyli rzeczywistej woli rozwiązania problemu – same sobie nie poradzą”. Prawidłowa odpowiedź brzmi więc: nic.

I sam Mioduski tego nie ukrywa: – Nic mnie, ani klubu z tą akcją nie łączy, więc oczekiwanie, że będziemy za nią brali jakąś odpowiedzialność, jest co najmniej zaskakujące. Na tych samych transparentach nie raz pojawiały się napisy atakujące mnie bezpośrednio czy też pracowników klubu. Od tego też mam się odcinać? Kiedy transparenty wymierzone są w klub, wszyscy piszą, że taki jest głos trybun. Kiedy dotyczą spraw zewnętrznych, ja jestem wzywany do tłumaczenia się. Mam odpowiadać za działania każdego kibica Legii?  – odpowiedział Mioduski na łamach legia.net.

Niektórzy dziwią się, że stadion jest wyjęty spod prawa i można robić na nim rzeczy, które na ulicy nie przeszłyby na sucho – a jednocześnie nie przeszkadza im fakt, że zdejmuje się odpowiedzialność z ludzi i przerzuca ją na organizatora. Ten na dwie godziny ma być jak nauczycielka w szkole, która ma zapanować nie nad klasą 3C, tylko nad kilkunastotysięczną grupą dorosłych mężczyzn. Grzywna nałożona na warszawski klub to działanie pod publiczkę, która pragnie krwi i winnych. Szkoda, że w tym amoku nikt z Komisji Ligi nie zastanowił się, czy aby na pewno organizator meczu odpowiedzialny jest za absolutnie każde zachowanie swoich widzów. (I szkoda jeszcze większa, że tą samą miarą nie potraktowano PZPN, czyli organizatora finału tysiąca rac, to znaczy finału Pucharu Polski).

Załóżmy, że transparenty były niezgodne z prawem, a winni byli rzecz jasna kibice. Znów oddajmy głos Dariuszowi Tuzimkowi: „Jest policja, są odpowiednie służby i to jest ich robota, żeby zająć się takim tematem”. Kropka. Czy zamknięcie całej trybuny to odpowiednie rozwiązanie? Ukaranie wszystkich kibiców – także tych, którzy transparentu nawet nie widzieli na oczy bądź nie mieli o nim pojęcia! – to odpowiedzialność zbiorowa, której sens (a raczej: bezsens) dostrzegają już dzieci w przedszkolu. Nie działa, bo nie karze winnych.

Kolejny aspekt sprawy: aktywność medialna i podnoszenie irracjonalnego dla większości ludzi zdania grupy kibiców do rangi wielkiego wydarzenia.

Tematem zajęły się niemal wszystkie media. Michał Kołodziejczyk na Twitterze zdjęcia transparentów skwitował ironicznym stwierdzeniem „Mamy wyjatkowe rozgrywki”. Krzysztof Stanowski pisze o sterroryzowanej lidze szmat. Mioduski celnie skwitował temat: – Gdyby nie media, akcja byłaby niszowa i przeszłaby bez echa. (…) Gdy media nagłaśniają jakieś przekazy sprawiają, że ich nadawcy czują się ważni. To tylko umacnia ich w przekonaniu, że ich sposób działania jest skuteczny. Czasem lepszą metodą jest po prostu ignorowanie, bo inaczej aktywność zdecydowanej mniejszości wpływa na postrzeganie większości.

Pozytywy? Rozgłos wokół potrzebującej pomocy Polonii Warszawa czy przyjrzenie się sprawie 17-letniego piłkarza Legii. Mieszanie do tego oczywistego sporu klubu Legia, właściciela Mioduskiego czy ocenianie całej ligi przez pryzmat transparentów części kibiców jest irracjonalne, a jednak po raz kolejny uległa temu również Komisja Ligi. To tak, jakby mieć pretensje do właściciela sklepu za to, że został obrabowany. Jakby negatywnie oceniać poziom portalu sportowego, bo nie podobają nam się komentarze jego czytelników pod tekstami. Jakby zamykać ulice wszystkim kierowcom z powodu kilku piratów przekraczających przepisy. Bez sensu.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem