Hit Premier League nie zawiódł! Najlepszy dowód na to, że „to będzie ten rok”?

Na Anfield piłkarze Jurgena Kloppa i Pepa Guardioli zafundowali widzom świetny mecz. Czy było w nim wszystko? Nikt nie dostał czerwonej kartki, nie było gola samobójczego, rzutu karnego, nikt nikomu nie pociągnął „z bańki” ani nie biegał na golasa po murawie. Musielibyśmy jednak skłamać mówiąc, że czegoś nam przez te dziewięćdziesiąt minut z hakiem brakowało.

Liverpool na mistrzostwo Anglii czekać będzie trzy dekady – wiosną minie bowiem 30 lat od ostatniego trofeum na arenie krajowej. W tym czasie The Reds wygrywali Ligę Mistrzów (dwukrotnie!), a miana najlepszej w Premier League bywali bardzo blisko – jak wtedy, gdy ślizgał się Gerrard, albo w ubiegłym, fenomenalnym sezonie – ale znów ubiegał ich w wyścigu o tron Manchester City.

Kto wie, czy kibice LFC od lat mówiący o tym, że „to będzie nasz rok!”, wreszcie nie będą mieli racji? Bezpośredni mecz z największym rywalem był niezłym argumentem na poparcie tego stwierdzenia.

Piłkarze Liverpoolu wydają się być zdeterminowani jak nigdy, by wreszcie sięgnąć po najważniejsze trofeum na Wyspach Brytyjskich. Pokazują to od pierwszej kolejki – od 55 lat nikt nie zdobył więcej punktów w pierwszych 11. kolejkach sezonu niż The Reds (31 oczek). Mistrzowie Anglii z niebieskiej części Manchesteru mieli z kolei za sobą słabszy okres. W lidze wymęczyli zwycięstwo z Southampton, choć na pierwszy celny strzał kazali czekać kibicom aż do 70. minuty. W Lidze Mistrzów tylko zremisowali z Atalantą. Dyspozycja ostatnich dni przełożyła się na szlagier Premier League.

Chociaż nie ma sensu wyciągać daleko idących wniosków na podstawie jednego meczu, zwłaszcza Liverpoolu z Manchesterem City na Anfield. „Obywatele” nie wygrali w czerwonej części Merseyside od 2003 roku. Wtedy dublet na wagę zwycięstwa zdobył Nicolas Anelka, a w barwach The Reds bronił Jerzy Dudek. Wygrana w ostatnim meczu nie jest więc czymś wyjątkowym, chociaż potwierdza siłę drużyny Kloppa.

Pewne zwycięstwo, które dało dziewięciopunktową przewagę nad obecnym mistrzem Anglii, bardzo przybliża do przyjścia bardzo długo wyczekiwanego”tego sezonu”.

Choć to nie był najlepszy mecz Manchesteru City, mocno krzywdzące byłoby stwierdzenie, że byli dla gospodarzy tłem. Zwłaszcza w końcówce zdominowali spotkanie, zamknęli Liverpool na jego połowie, strzelili bramkę – okazało się jednak, że była tylko honorowa. Geniuszu The Reds z większości tego spotkania nie udało się nadrobić.

Hit Premier League oglądało się jak najlepszy na świecie spektakl. Zwłaszcza gospodarze pokazali, o co tak naprawdę chodzi w piłce nożnej, dlaczego setki milionów ludzi na całym świecie chłonie futbolowe mecze i wiadomości jak gąbkę i słono płaci za bilety czy pakiety telewizyjne. The Reds znów połączyli to, co kibicowskie tygryski lubią najbardziej: hektolitry wylanego potu i nie szczyptę, a pełną garść piłkarskiej magii.

Mogło być inaczej, gdyby wygwizdywany Sterling czy nieskuteczny dziś Aguero zagrali na poziomie Kevina de Bruyne, harującego niczym wół. Belg grał na fortepianie i próbował go nosić, ale to samo w Liverpoolu robili Salah, Mane, Fabinho, Robertson czy Wijnaldum. Nieco słabszy był Firmino, ale jego gorszą formę neutralizowała dyspozycja reszty. Na tyle dobra, by wygrać z Manchesterem City. Czy również na tyle, by wreszcie wygrać Premier League?

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem