Historia truskawkowego fenomenu

Zrobiłem z ciebie ikonę popkultury – zażartował Mateusz Borek, kiedy dowiedział się o zaproszeniu Tomasza Hajty do programu Kuby Wojewódzkiego. Powiedział to z przymrużeniem oka, ale nie pomylił się ani trochę. Zanim Hajto wypalił o „48 minutach przyjemności”, jakie zostały parze komentatorów w pracy z reprezentacją Polski, większość kibiców już zaczęła tęsknić.

Większość, a konkretnie 70 procent z 40 tysięcy osób, które wzięły udział w ankiecie Polsatu i przyznały, że komentarz byłego piłkarza Schalke im się podoba. Kamil Grosicki przyznał z kolei, że autor jego pseudonimu („TurboGrosik”) ma swoje pięć minut. Hajto oczywiście w swoim stylu odpowiedział, że jego pięć minut trwa już 25 lat. Programy rozrywkowe, kontrakty reklamowe, miliony memów – „Gianni” stał się kimś więcej, niż tylko telewizyjnym ekspertem.

Trzej przyjaciele z boiska: Hajto, Grosicki i Borek

Góral w drodze na szczyt

Niemal sześć tysięcy mieszkańców, trzy szlaki turystyczne, słynna szkoła krawiecka, kilka zabytków i hoteli – to spokojny Maków Podhalański, w którym urodził się i zaczynał Hajto. Młody Tomasz codziennie spoglądał na piękne, górskie widoki. Każdego dnia kierował wzrok na szczyty, które – już piłkarskie – chciał zdobyć ciężką pracą, determinacją i zawziętością. – Talent to miał Wojtek Kowalczyk. Mi Bóg dał serce i płuca, po czym powiedział: „zrób coś z tym”. Byłem wyrobnikiem, ale z ambicją i identyfikacją barw – powiedział już po zakończeniu kariery.

Kariery, bo choć wielu utożsamia ją z kompromitującym występem przeciwko Portugalii na Mistrzostwach Świata w Korei i Japonii, to „Gianniemu” odmówić jej nie można. Dwa puchary i wicemistrzostwo Niemiec, tytuł najlepszego zawodnika Schalke w Lidze Mistrzów, w sezonie 2000/2001, 35 bramek w reprezentacji oraz Bundeslidze, Championship i Ekstraklasie – takiego dorobku nie gromadzi się przez przypadek.

Hajto miał fantastyczne, dalekie wyrzuty z autu, jeszcze dalsze podania crossowe oraz atomowe uderzenie z dystansu. Cechy wolicjonalne, to również jego atut. A o tych i swoich osiągnięciach nigdy nie omieszka wspominać przy przeróżnych okazjach, także w czasie transmisji, zgodnie z zasadą: nikt cię nie pochwali, jeśli sam się nie pochwalisz. Skromnością nigdy nie grzeszył.

Przydomek „Gianni” zawdzięcza garniturom Gianniego Versace, w których często się pokazywał. Nadziewał się też na kontry. Jak podczas powrotu z jednego z meczów kadry, kiedy Michał Żewłakow nie wytrzymał przechwałek kolegi z szatni i wypalił: – Tomek, jak to jest być tak zajebistym i mieć takiego małego?

Hajto nigdy nie był bezbarwny. Jeszcze w czasie trwania kariery zawodnika miał dar do przyciągania negatywnych historii, które ciągnęły się za nim latami. Jak ze słynnym szmuglowaniem papierosów, z którym miał tyle wspólnego, co Mandaryna z Tiną Turner. Przemyt to legenda, która nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości, ale już kibice Legii skandujący “Hajto! Co? Omiń!” podczas meczu z ŁKS-em, czy też inne bardziej niecenzuralne przyśpiewki na ten temat, trafiały w czuły punkt. W lutym 2007 r. jechał za szybko i potrącił kobietę na pasach. Dla niej: śmierć na miejscu. Dla niego: grzywna, kara więzienia w zawieszeniu i roczne zawieszenie prawa jazdy.

Jako trener zasiadł na ławkach Jagiellonii i GKS Tychy łącznie 61 razy

Końcówkę kariery spędził na polskich boiskach. Miał przebłyski, jak piękny gol z 60 metrów, ale czas – jak dla wszystkich na świecie – był bezlitosny. Buty na kołek zawiesił jako grający trener, uwieńczając swój koniec awansem z A-Klasy do ligi okręgowej z zespołem LUKS Gomunice. Tuż po tym, na weselu Kamila Grosickiego jednak tak się spodobał właścicielowi Jagiellonii, że mimo niewielkiego doświadczenia na ławce trenerskiej, w Białymstoku postanowili dać mu szansę prowadzenia zespołu w Ekstraklasie. Długo ze stoperem na szyi nie zabawił. – Fakt, że w ekstraklasie trenerowi proponuje się pensję na poziomie 25 tysięcy złotych, to po prostu żart – skomentował ostatnie oferty i tak przygodę z trenowaniem zakończył.

Odpowiednie miejsce, odpowiedni czas

Ekspertem pozostał, w dodatku coraz bardziej nietuzinkowym.

Powiedzieć, że ktoś kopnął piłkę z lewej do prawej, to każdy debil umie. Staram się wykonywać to zadanie w nieszablonowy sposób, żeby się tego dobrze słuchało – przekonywał.

Jego skład Kaiserslautern z sezonu 97/98, który wymienił na antenie Eurosportu przy zupełnie innym meczu, czy przejechanie się po Mario Mandżukiciu „typowym Jugolu” podbiło Internet. Komentowanie meczów kadry było kwestią czasu.

Zaczął najlepiej, jak tylko się dało – od zwycięskiego, historycznego meczu z Niemcami (2:0). Po tym starciu para komentatorów Borek-Hajto, podobnie jak zakaz cofania autokaru kadry podczas jazdy, stała się jednym z przesądów selekcjonera Adama Nawałki. Tym samym były reprezentant rósł razem z kadrą. Jego głos zaczął się kojarzyć ze zwycięstwami i radością.

Para komentatorów Borek-Hajto, podobnie jak zakaz cofania autokaru kadry podczas jazdy, stała się jednym z przesądów selekcjonera Adama Nawałki

Dawniej Polska grała piach (także za sprawą nóg Hajty), który opisywał swoim głosem Dariusz Szpakowski. Dlatego każdy lapsus językowy i przekręcone nazwisko Szpaka było obiektem kpin, a nie sympatycznych żartów. Polacy mieli takie samo poczucie humoru jak teraz, ale powodów do jego okazywania nie było zbyt wiele.

Słyszysz: „Poszedł mu w sukurs”, „Wyłuskał!”, „Jak wyliczył Tygodnik Kibica…” i masz przed oczami 0:1 z Łotwą, klęskę z Ekwadorem na MŚ 2006, #KoniecPZPN i pusty stadion ze Słowacją, 0:6 z Hiszpanią, przegrane Euro2012…

Kiedyś brzydkie stadiony, które świeciły pustkami,  dziś Stadion Narodowy, biało-czerwona fala kibiców i zwycięstwo za zwycięstwem. Wszyscy, którzy oglądali komentowaną przez byłego piłkarza Schalke reprezentację, mieli szampańskie nastroje i uśmiech od ucha do ucha. Jeśli powiedział coś głupiego, był to tylko kolejny powód do żartów. Zdecydowanej większości, w tych okolicznościach „przyrody”, błędy i lapsusy językowe przestały przeszkadzać.

Krzywdzące byłoby jednak stwierdzenie, że Hajto swoją popularność zawdzięcza tylko i wyłącznie dobrym wynikom.

Wielu komentarz „Gianniego” kupuje dlatego, że pachnie on szatnią. Wszystkim, którzy kopali piłkę – choćby na najbardziej amatorskim poziomie – przypomina się magia dnia meczowego, w którym sami uczestniczyli. To „podejdź bliżej”, „graj z kija”, „nie bój się, kiwnij” działa jak widok gumy turbo, pegasusa czy walkmena dla dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków.

Jasne, językowo bywa źle. Lapsusy, z których Hajto robi znaki firmowe i udaje, że robi to specjalnie irytują jak żarty opowiedziane zbyt dużą ilość razy ale mają też swój urok. Ile osób, tyle opinii. Często ratuje go też genialny Mateusz Borek, który sam niedawno przyznał, że przed meczem zwraca uwagę Hajcie na wymowę pewnych słów, czy też akcent, ale trzeba przyznać, że tych wszystkich tekstów o 23% wzrostu jakości Kamila Glika, turboprzyspieszeniu Grosickiego, detalach, antizipieren i „jak ja to mówię, on to ma”, będzie zwyczajnie brakować. Choć sam Hajto tajemniczo zdradza, że jeszcze nic w sprawie Mundialu w Rosji nie jest przesądzone, a dochodzące plotki karzą podejrzewać, że w gabinetach szefów TVP i Polsatu trwają rozmowy, na temat przedłużenia tego „truskawkowego fenomenu”.

Bartłomiej Stańdo

Komentarze