Hernani: „Gdy pytają w Krakowie za kim jestem…”

288 spotkań ligowych i pucharowych w barwach Górnika Zabrze, Korony Kielce i Pogoni Szczecin to dorobek, którego nie gromadzi się przypadkowo. Hernaniego spotkaliśmy na meczu Wisły Kraków z Pogonią Szczecin. Jak sam przyznał – był to jego pierwszy mecz na żywo, odkąd zakończył piłkarską karierę. Futbol, który w jego rodzinnym kraju jest niemal religią, znów zaczął jednak Brazylijczyka z polskim paszportem przyciągać.

– Prowadzę też coś na kształt menedżerki z obcokrajowcami, którym pomagam w Polsce. Na co dzień trenują oni w Kalwarii Zebrzydowskiej, tam też mieszkają w hotelu. Zaprosiłem ich teraz na mecz Wisły z Pogonią – zawodnika z Korei Połudnowiej, Wenezuel, Kolumbii… – wymienia były obrońca klubu, który w ostatniej kolejce grał z Białą Gwiazda przy Reymonta 22. – Chłopaki chcieli zobaczyć, jak wygląda polska piłka. Pierwszy raz byli na stadionie. Oprócz tego, że wysyłam piłkarzy na testy, mamy też drużynę, która gra sparingi przeciwko drużynom z ekstraklasy – powiedział Hernani. Dwóch z jego podopiecznych wystąpiło w sparingu Wisły Kraków z Puszczą Niepołomice.

Siatka, piłka, tajski boks

Hernani pochodzi z Florianopolis, drugiego po Rio de Janeiro miasta z największymi i najładniejszymi plazami. W piłkę grał odkąd pamiętał, choć trenował też siatkówkę i tajski boks. Zaczynał w Gremio Porto Alegre – tym samym, z którego wywodzi się Ronaldinho. Ze słynnym Brazylijczykiem spotkał się w jednym z meczów juniorów z pierwszą drużyną, które organizował dwukrotny zdobywca Copa Libertadores. W Brazylii nie miał jednak tak dużych szans przebicia jak w Polsce, do której zaprosił go Marek Kośmicki, ówczesny prezes Górnika Zabrze.

Kośmicki był na trybunach, gdy Hernani grał mecz na turnieju stanowym ze swoim drugoligowym klubem Avai. Obrońca nad złożoną przez prezesa Górnika propozycją nie zastanawiał się nawet przez chwilę. Niemal natychmiast zaczął robić paszport i tydzień później poleciał do Włoch, gdzie KSG przebywał na obozie. Największym szokiem była oczywiście zima, której wcześniej nie znał. W piątkowy wieczór na trybunach przy Reymonta temperatura również nie była wysoka, ale Brazylijczyk zdawał się tym nie przejmować. – Spokojnie, teraz jest już OK. Przyzwyczaiłem się – przyznał z uśmiechem.

Hernaniego spotkaliśmy na meczu Wisły z Pogonią. Niedawno sam w takich meczach brał udział / fot. pressfocus

Rozmawialiśmy po polsku, bo Hernani nie był jednym z tych obcokrajowców, którzy przelatują nad ekstraklasą jak meteoryt. W kraju nad Wisłą osiadł na stałe, ożenił się z Polką, z którą ma dwójkę dzieci. Sześć lat temu otrzymał polskie obywatelstwo. – Jestem tu czternaście lat, a po polsku porozumiewam się od trzynastu. Chciałem się uczyć. Już w pierwszym miesiącu kupiłem słownik i oglądałem bajki, bo w bajkach mówią prostym językiem. Piłkarze, którzy tu przyjeżdżają muszą chcieć się uczyć. Bez własnej woli żadna lekcja nie pomoże – dodał. Były stoper Korony po pół roku łapał podstawy, zaś po roku – sam rejestrował samochód.

Wszędzie dobrze, ale w Koronie najlepiej

Z wysokości trybun oglądał poczynania swojego byłego klubu, w którym zakończył sportową karierę. – Niektóre mecze Pogoń w tym sezonie powinna wygrać, ale czegoś jej brakuje. Jest sporo nowych piłkarzy, była zmiana trenera i potrzeba czasu, by pokazać dobrą piłkę i wyjść z dołka, w jakim się znaleźli. Swój okres w Pogoni wspominam dobrze, była znakomita atmosfera, ale najlepszy mój czas to na pewno Kielce i Korona – wspomina obrońca. Latem 2005 roku zgłosiła się do niego Wisła Kraków, ale wybrał Koronę. Chociaż na samym początku doszło do skandalu z rasistowskimi okrzykami w jego kierunku, szybko zaskarbił sobie sympatię całej reszty, normalnych kibiców. Już w pierwszym meczu zagrał znakomicie, był wybrany do „jedenastki kolejki”.

W Kielcach szczęśliwie spędził niemal siedem lat, które nazywa najlepszym okresem w karierze. Później były trzy lata w Pogoni i kontuzja, która zakończyła karierę na najwyższym szczeblu rozgrywek. Na jakiś czas odciął się od piłki. – Po zakończeniu kariery trzymałem się z daleka od szatni i stadionu. Mecz Wisły z Pogonią to mój pierwszy raz od trzech lat, kiedy jestem na stadionie. Mam inne biznesy zagraniczne, które musiałem pilnować z bliska, poprawić niektóre rzeczy. To branża sportowa, dokładnie ze sprzętem.

Pobyt w Kielcach uważa za najbardziej udany w karierze / fot. pressfocus

Na co dzień pomaga również w akademii piłkarskiej Arkadiuszowi Radomskiemu i Andrzejowi Niedzielanowi. Ten pierwszy namówił go nawet na powrót do gry. – Miałem pomóc w utrzymaniu Kalwariance Kalwaria Zebrzydowska, z prezesem której zna się dobrze Arek Radomski. Zgodziłem się. Dla mnie było to hobby, weekendami pomagałem w meczach ligowych i udało się pozostać w lidze – przyznaje. Spodobało mu się na tyle, że latem został nawet zawodnikiem czwartoligowej Bielawianki Bielawa, w której występowali również jego podopieczni z Azji i Ameryki Południowej.

Pomaga innym zawodnikom, choć sam z menedżerami swego czasu nie chciał mieć nic wspólnego. Przez nich koło nosa przeszedł mu „transfer życia”, jakim mogłyby być przenosiny do West Hamu. Po udanych testach nie dogadały się kluby. Luis Boa Morte, którego wypytał o przyczyny niepowodzenia stwierdził, że 1.5 miliona funtów to za dużo dla „Młotów”, choć na faksie z Korony widniała kwota trzy razy mniejsza…

Historią jednak nie żyje. Wrócił na stadion po trosze w interesach, choć również dla przyjemności. – Dawno nie byłem na stadionie, ale podoba mi się. Z boiska nie czuje się tej atmosfery, jaką tworzą kibice. Zawsze skupiałem się tylko i wyłącznie na meczu. Teraz słyszysz śpiewy, brawa i to wszystko, co dookoła – przyznaje.

Na stadion Wisły nie miał daleko. – Do Krakowa sprowadziła mnie żona, która stąd pochodzi. Już gdy grałem w Kielcach, bardzo dużo czasu przebywałem właśnie w stolicy Małopolski. Znam Gród Kraka jak własną kieszeń. Gdy pytają mnie w przeróżnych okolicznościach w Krakowie: Wisła czy Cracovia? Zawsze odpowiadam, że Hutnik! – śmieje się Hernani. – Mieszkałem w Michałowicach koło Zielonki, ale teraz przeprowadzamy się do centrum. Syn chodzi do szkoły, córka ma przedszkole. Będzie nam po prostu bliżej.  

Komentarze