Guardiola przyszedł z nożem na strzelaninę

Znacie dowcip o Turku i Rosjaninie? Ten pierwszy tańczył z dziewczyną drugiego, co oczywiście się Turkowi nie spodobało. – Chcesz w dziób? – zapytał Rosjanina, a ten spokojnie na to: - To pierwszy z waszych problemów. Szukacie zwady nawet wtedy, gdy nie ma problemu – odpowiedział. Wyszli na zewnątrz, a tam Turek z grupą znajomych. – Drugi z waszych problemów jest taki, że nie potraficie załatwić spraw po męsku sam na sam, tylko zwołujecie wszystkich „swoich”.

Rywal Rosjanina się wściekł. – Zaraz to wszystko odszczekasz! – wykrzyczał Turek z groźną miną, pokazując coś do znajomych. Na ten znak cała zgraja ludzi spod czerwonej flagi z białą gwiazdą i półksiężycem wyciągnęła noże. – I to trzeci z waszych problemów – westchnął ciężko Rosjanin. – Zawsze na strzelaninę przychodzicie z nożami…

Manchester City przyjechał na Anfield z najwyższej klasy nożami i imponował umiejętnością posługiwania się nimi. Do 12 minuty robiło to wrażenie. Ale później gospodarze zaczęli strzelać. I w przenośni, i dosłownie.

Piłkarze Pepa Guardioli jak zwykle lepiej kontrolowali piłkę, potrafili się przy niej utrzymać i konstruować niesztampowe akcje. Wiemy jednak nie od dziś, że piłka nożna to taka dyscyplina, w której za wrażenia artystyczne nikt punktów nie przyznaje. Na wyrafinowany styl gry The Reds odpowiedzieli prostym zagraniem na wolne pole do Mohameda Salaha. Ten, który szybki kontratak zaczął, również go skończył.

Egipcjanin jest niesamowity w tym sezonie, ale na początku tego spotkania ciągle szukał swojego miejsca. Wystawiony na lewej obronie Laporte często zamykał mu korytarze, więc Salah szukał szczęścia także na lewym skrzydle. Wreszcie jednak odpalił rakietę tam, gdzie jest mu najwygodniej. Swoje przy pierwszej bramce zrobił Roberto Firmino. Ledwo piłkarze Guardioli zdążyli się otrząsnąć, a już dostali drugi strzał.

Tym razem z bazooki. Wycelował Alex Oxlade-Chamberlain. To ciekawe, że złożony z najlepszych piłkarzy ligi skład Manchesteru City padł na kolana przed piłkarzami… niechcianymi w innych klubach. Mo Salaha niemal ze Stamford Bridge wypędzono, bo i tak gnił na ławce rezerwowych. Oxa z Emirates nikt nie wygonił, a wręcz przeciwnie, ale Anglik chciał odgrywać ważniejszą rolę w ważniejszych meczach. Chciał czuć, że ktoś na niego postawi. I dzięki komu będzie mógł się rozwinąć.

https://twitter.com/DavidMichalski_/status/981611662917689344

W Arsenalu nie tylko on sprawiał wrażenie, jakby z Arsenem Wengerem doszedł do ściany, której nie przebiło przed nim wielu zawodników. By osiągnąć sukces, a takim bez wątpienia byłaby przepiękna bramka (być może) na wagę awansu do półfinału Ligi Mistrzów. Przed przerwą gości dobił Sadio Mane, kolejny z genialnych Trzech Muszkieterów w ataku drużyny Jurgena Kloppa.

Chyba w każdym innym klubie taka pierwsza połowa – kto wie, czy nie najlepsza w wykonaniu jakiejkolwiek drużyny w tej edycji Champions League – uspokoiłaby fanów. Ale o takim komforcie psychicznym kibice The Reds mogą tylko pomarzyć…

Jeśli ktoś miał stanąć, zacząć robić głupie błędy kosztujące utratę kolejnych bramek i wypuścić awans z rąk – to właśnie drużyna z czerwonej części Merseyside. Wszyscy mają w pamięci finał ze Stambułu z 2005 roku, kiedy to odrobiono trzy bramki z Milanem i Dudek Dance dał ostatni znaczący puchar na Anfield. Ostatnio jednak częściej to liverpoolczycy wcielają się w rolę Rossonerich, trwoniąc zwycięstwa chociażby z Arsenalem czy Sevillą. Jeśli nie w tym meczu, zupełnie inną drużynę możemy oglądać w rewanżu na Etihad.

Dlatego nikt z liverbirdem na piersi nie otwierał szampana, a czekał z niecierpliwością na drugą część gry. I miał całkowitą rację, bo ich ulubieńcy po przerwie zapomnieli, jak się gra w piłkę. Albo inaczej: Jurgen Klopp sprawił, by nie myśleli o tym, co wychodziło im tak świetnie przed przerwą. W pierwszej odsłonie piłkarze z Merseyside stworzyli sobie osiem sytuacji podbramkowych. W drugiej – okrągłe zero!

Klopp liczył na nieporadność piłkarzy Guardioli i się nie przeliczył, ale wystawił całą pracę drużyny na ogromne ryzyko. Bo czy Sane był na spalonym, kiedy Jesus strzelał bramkę? Nie. Czy Andrew Robertson zagrywał piłkę ręką, za co sędzia mógł dać gościom jedenastkę? Tak. Robi się 3:2. I jesteśmy wręcz przekonani, że na tym by się nie skończyło.

Liverpool schował pistolet do kabury, choć trzeba też przyznać, że dysponował gorszą amunicją.

Mohamed Salah to pocisk pierwszej klasy, bez którego strzela się dużo trudniej. Jednak nie aż tak, by po zejściu Egipcjanina dostać paraliżu. Gospodarze wyglądali tak, jakby Wijnaldum wcale się na boisku nie pojawił, a zejście strzelca pierwszej bramki oznaczało grę w osłabieniu.

Rafał Nahorny dobrze powiedział po trzeciej bramce, że najgorsze co może zrobić Liverpool, to zacząć się bronić. Piłkarze Kloppa… zrobili dokładnie to, przed czym ekspert Canal+ słusznie ostrzegał. The Reds nie wyszli z szatni. Zaczęli się bronić, zupełnie zapominając, że ich najlepszą obroną jest atak. Jeśli w drugim meczu wyjdą od pierwszej minuty z takim samym nastawieniem – to Manchester City będzie faworytem do awansu. Piłkarze Guardioli grający tak, jak nas do tego przyzwyczaili, będą w stanie wybijający na oślep i atakujący dwoma piłkarzami Liverpool zmieść tak, jak zrobili to z City piłkarze Kloppa. Jeśli jednak ci drudzy zagrają „swoje”, sen kibiców City o sukcesie w Lidze Mistrzów nadal snem pozostanie.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem