Legia dominuje, Legia gromi, Legia zwycięża i pozostaje liderem Ekstraklasy. Śląsk nie miał dzisiaj wiele do powiedzenia, a ich bojaźliwa gra nie miała prawa zaszkodzić pewnym siebie legionistom. Ten mecz został rozstrzygnięty w szatni. Romeo Jozak posłał do boju trzech napastników, a Jan Urban jednego. Już przedmeczowa rozpiska ze składem pokazała, kto będzie szedł jak po swoje, a kto czekał na „lucky punch” i bronienie wyniku.

To dziwne w kontekście Ekstraklasy, ale o żadnym szczęściu nie mogło być przy Łazienkowskiej mowy. Chociaż poprzedni mecz Sandecji Nowy Sącz z Koroną Kielce dostarczył sporej dawki przypadkowości, a pięć z sześciu bramek to nie była żadna mieszanka poezji, geniuszu i kunsztu tylko najzwyczajniejszy (i często spotykany w naszej lidze) fart. O ślepym losie w akcjach bramkowych w drugim piątkowym meczu już mowy nie było.

Eduardo w formie z Arsenalu

Pierwsza akcja, która przyniosła bramkę stołecznej drużynie, to był majstersztyk. Piszemy to po meczach naszej ligi na tyle rzadko, że aż się powtórzymy: to był majstersztyk. Mnogość podań przed zdobyciem bramki świadczy nie tylko o jej jakości, ale i pracy drużyny na treningach. Czasem oglądając Ekstraklasę oglądając skuteczniejsze od kołysanki senne widowisko zastanawiamy się, co ci zawodnicy i trenerzy robią na zajęciach?

Przyjęcie piłki? Problem. Dośrodkowanie w pełnym biegu? Problem. Nawet to ze stojącej piłki czasem graniczy z cudem i w porównaniu do innych ociera się wręcz o geniusz. Przerzut na 60 metrów? Problem. Prostopadła piłka? Problem. Dochodzimy do momentu, w którym nie udaje się środkowemu obrońcy dobrze zagrać do prawego defensora. Na 15 metrów.

Mówimy o piłkarzach i drużynach, które niemal codziennie trenują kopanie piłki. Nie wychodzą po trzech latach od ostatniej lekcji wychowania fizycznego, nie trenują po dziesięciu godzinach na budowie, nie zastanawiają się co do garnka włożyć. Tylko i wyłącznie pracują nad tym, by jak najlepiej grać w piłkę. Później wychodzą „dać pokaz”, a widzowie gapiąc się ślepo w dal łapią się na tym, że to ciekawsza rozrywka.

Dlatego takie wypracowane akcje, jak ta zakończona genialną asystą Brazylijczyka Eduardo i wykończona perfekcyjnie przez Kaspra Hamalainena to prawdziwa nagroda za godziny spędzone z naszą ligą. Mnogość absurdów, rzeczy śmiesznych i tragicznych, telefony odbierane po pijaku i wiele, wiele więcej – to jest coś, co przyciąga do interesowania się naszą ligą. Jest jak serial, w którym jesteś ciekaw następnego odcinka. Ale żeby wytrwać, ktoś od czasu do czasu musi w tej produkcji zagrać jak Al Pacino. Nie można wiecznie patrzeć na aktorów rodem z „Trudnych Spraw”.

Śląsk biegał za piłką, ale i tak mniej od Legii

Jan Urban mówił przed meczem, że musi przekazać swoim zawodnikom, iż każdą drużynę można ugryźć. Nawet grającą dobrze pod wodzą Romeo Jozaka warszawską Legię. Dla chorwackiego trenera Śląsk był ostatnim klubem, z którym mierzył się w Polsce. Biorąc pod uwagę to, jak był wyśmiewany w momencie przyjścia do Polski, bilans jest doprawy imponujący.

Sprawdzają się też jego transfery. Eduardo zagrał taką piłkę przy bramce na 1:0, na jaką pozwoliłoby sobie (i zrealizowało swoje zamiary) może trzech, czterech zawodników tej ligi. Na pewno doliczylibyśmy się ich na palcach rąk i nie musielibyśmy ściągać skarpetek, żeby liczyć też na tych u nóg. William Remy zachwycił już w meczu z Zagłębiem Lubin. Domagoj Antolić jest maszyną w środku, zasuwa jak opętany i jest wszędzie. Chris Philipps to kluczowy zawodnik ustawienia 4-3-3. Gdy zszedł z boiska, zabrakło pressingu , a i waleczność w środku pola spadła.

Wracając do Śląska: ich gra wyglądała tak, jak nowy tatuaż Jakuba Koseckiego, czyli dość przeciętnie. Dygresja odnośnie tatuaży „Kosy”, jeden z wywiadów rapera KęKę: – Niektórzy swoje lęki przykrywają złością. Często jest tak, że najmniejszy w ekipie najgłośniej szczeka. Swoje kompleksy musi przykryć agresją. Pitbull, pewny swojej pozycji, idzie spokojnie, a kundelek przeraźliwie ujada, wszystkich obskakuje, jakby wyszczekiwał swój lęk – powiedział w rozmowie z Weszło Piotr Siara. Koniec dygresji.

Śląsk się nie krył za przykrywką, w tym wypadku: ultraofensywnego ustawienia, ale otwarcie wydawał się być przestraszony. Co prawda oddał prawie tyle samo strzałów na bramkę (tyle samo celnych, cztery). Nie było jednak widać w ich postawie kiełkującej w głowach piłkarzy myśli: „panowie, na nich!”. Żeby wyszarpać jakikolwiek punkt z Legią na jej stadionie, trzeba jednak biegać.

Piłkarze Jana Urbana, chociaż rzadziej byli przy piłce, przebiegli o ponad trzy kilometry mniej od przeciwnika. Można wybaczyć pecha i porażkę po ostrzelaniu słupków i poprzeczki, można wybaczyć brak pomysłu na rozegranie akcji ale poparte ogromnym zaangażowaniem. Ale braku walki, „piany w pyskach i siekiery w oczach”, wybaczyć nie można. Niezadowolonym kibicom z Wrocławia nie dziwimy się ani trochę.

Bartłomiej Stańdo