Górnik mistrzem, Żurkowski reprezentantem? W Gdyni mogą pomyśleć, że to żart

Poznajcie stworzonego na potrzeby tego tekstu pana Krzysztofa z Gdyni. Pan Krzysztof mocno zabalował po wygraniu Pucharu i Superpucharu Polski, a także awansie do europejskich pucharów. Nikt nie wie, co się z nim działo. Przepadł. Wrócił na środowy mecz ukochanej Arki z Górnikiem, o którym wiedział tylko tyle, że niedawno rzutem na taśmę awansował do

Poznajcie stworzonego na potrzeby tego tekstu pana Krzysztofa z Gdyni. Pan Krzysztof mocno zabalował po wygraniu Pucharu i Superpucharu Polski, a także awansie do europejskich pucharów. Nikt nie wie, co się z nim działo. Przepadł. Wrócił na środowy mecz ukochanej Arki z Górnikiem, o którym wiedział tylko tyle, że niedawno rzutem na taśmę awansował do ekstraklasy. Obejrzał mecz w spokoju, ucieszył się z bramki w końcówce. Wrócił do domu, otworzył laptopa, odpalił ŁączyNasPasja.pl i przeczytał, że Górnik był sensacyjnym liderem, a w aspirującej do mistrzostwa drużynie gra kilku kandydatów do wyjazdu na mundial w Rosji. Pokręcił głową i uznał, że jego odlot i kilkumiesięczna absencja przy tych informacjach wygląda jak kwadrans spóźnienia nastolatki z imprezy.

Górnik był niedokładny, jego gra – szarpana, a najlepsi piłkarze zabłąkani. Zawodnicy Marcina Brosza nie stwarzali sobie sytuacji, a najgroźniej było wtedy, gdy z wolnego uderzył Kurzawa. Chociaż kopnięta przez niego piłka nie miała prawa zagrozić Steinborsowi, ostatecznie wylądowała na słupku bramki gospodarzy. Nie tak to miało wyglądać, a na gol w doliczonym czasie gry i porażkę nikt nie w Zabrzu kręcić głową. Górnik nie zasłużył na to, by przywieźć na Roosvelta jakiekolwiek punkty.

Bądźmy jednak uczciwi, bo obie drużyny zagrały to, czego w nadmorskim mieście nie brakuje – piach. Gdyby zawodników Arki i Górnika ubrać w inne stroje oraz ustawić ich na boisku w Chrząstawie, nikt nie wpadłby na myśl: „hej, przecież oni powinni grać w ekstraklasie!”. Jeśli ktoś wpadłby na pomysł przyznawania punktów za zasługi: Górnik nie powinien dostać żadnego, a Arka – jeden. Ale też tylko i wyłącznie dlatego, że do siatki trafił Damian Zbozień, bo niczym innym gdynianie się nie wyróżnili.

Niestety, na stadionie w Gdyni obserwowaliśmy typową kopaninę. Po pierwszej połowie celność podań to dramatyczne 61% do 59% celnych podań dla gości. W drugiej połowie się to poprawiło (60%-62%), ale nieznacznie. To znaczy, że mniej więcej co trzecie podanie było niedokładne. Celnie, celnie, strata. Celnie, celnie, strata. No i stały fragment gry, których było jak grzybów po solidnej, jesiennej ulewie.

To był mecz stałych fragmentów gry.

37 rzutów wolnych, 8 rzutów rożnych. 22 razy bramkarze wznawiali grę od bramki, pięciokrotnie zaś zaczynano grę po odgwizdaniu pozycji spalonej. Do tego trzeba dołożyć jakiś milion wyrzutów z autu. Chociaż po nich można było wytężać wzrok, bo szansa na zobaczenie czegoś ciekawego nagle wzrastała. Umówmy się, że to nie jest najlepsze świadectwo dla meczu najlepszej ligi piłkarskiej w Polsce.

Kiepskie wystawili sobie także kandydaci na reprezentantów Polski. Kądzior zaczął mecz na ławce rezerwowych, zaś dla Rafała Kurzawy to był mecz-marzenie. Pomocnik Górnika mógł sobie bowiem co chwilę posyłać dośrodkowania ze stojącej piłki. Żadne z nich nie zamieniło się na bramkę, choć wrzucał poprawie. Szkoda tylko, że to były jedyne momenty, z których wynikało jakiekolwiek zagrożenie z jego strony. Jeśli aspiruje do kadry, musi się wyróżniać także w grze. Starał się wybijać poza wszechobecny marazm i przeciętność Szymon Żurkowski. Ocena jego gry zależy jednak od tego, przez jaki pryzmat go postrzegamy. Jak na młodego ekstraklasowicza zagrał nieźle. Jak na reprezentanta – słabo. Zdecydowanie poniżej oczekiwań.

Arka wyszła zmotywowana, agresywna i była drużyną, która przede wszystkim działa, a dopiero później myśli. Od takiego Antoniego Łukasiewicza, który teoretycznie powinien swoim doświadczeniem dawać mnóstwo spokoju i jeszcze większej liczby pomysłów, oczekujemy więcej niż strzałów na wiwat, głupich fauli i kilku strat. Poprawnie zagrał w destrukcji, ale przeciwko tak dysponowanemu Górnikowi to nie było wyzwanie gwarantujące Złotą Piłkę.

Podobał się niezmordowany Siemaszko oraz Luca Zarandia, który może nie grał efektywnie, ale na pewno wiejący wiatr nie był tylko zasługą znajdującego się nieopodal morza. Gruzin wypadł naprawdę nieźle, choć brakowało jemu lub jego kolegom dokładności. Jeśli strzelał, to na wiwat. Plus jest jednak taki, że sytuacje strzeleckie sobie stwarzał. Często sam.

Siemaszko był osamotniony w ataku, ale robił co mógł, by zdobyć kolejną bramkę

W spotkaniu jedynych niezagrożonych (jeszcze) zmianą trenerów w tym sezonie Ekstraklasy górą Leszek Ojrzyński. Ekipa Marcina Brosza została tym samym strącona z fotelu lidera, ale po takim meczu to zasłużony spadek pozycji. Mogło być inaczej, ale Hiszpanie nie trafili w piłkę: najpierw Angulo mógł otworzyć wynik, a później przez błąd Suareza zrobił to Zbozień. Piłkarzowi Arki należało się to z jednego powodu: najwięcej ze wszystkich arkowców… biegał.

NBA, najpopularniejsza liga koszykarska na świcie, na swoim kanale YouTube umieszcza bardzo ciekawe skróty spotkań, złożone tylko i wyłącznie ze zdobytych koszów.

Podobnie mogłaby robić Ekstraklasa, tyle tylko, że pokazywałaby czas efektywny gry. Gdyby tak wyciąć obrazki, w których ktoś idzie po futbolówkę, ustawia ją, czeka na gwizdek albo wyciera piłkę o koszulkę i rzuca ją z autu – mogłoby to wyglądać ciekawie. I zmieścić się w 20. minutach, choć taki skrócony mecz z Gdyni mógłby mieć problem z nabiciem takiego wyniku.

Arka Gdynia – Górnik Zabrze 1:0 (0:0)
1:0 – Damian Zbozień (90+3′)

 

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem