Główka wygrywa podczas dożynek w Wałczu – kulisy KnockOut Boxing Night

Zwycięstwa faworytów i przy okazji pięściarzy, którzy powinni wygrać. Kameralna gala w Wałczu za nami, podczas której atmosfera panowała mniej więcej taka, jak u cioci na imieninach. Między śledzikiem, sałatką jarzynową a udkiem z kurczaka bokserzy grupy Sferis KnockOut Promotions wychodzili między liny i pokonywali swoich rywali. Patrząc na całokształt pod względem wrażeń stricte kibicowskich - bardzo pozytywny wieczór. Patrząc pod kątem redaktora raz za razem jeżdżącego na mniejsze lub większe wydarzenia sportowe - amatorka.

Wałcz. Rodzinne miasto Krzysztofa Głowackiego, czyli ostatniego polskiego mistrza świata. To właśnie tam Polak miał stanać na nogi i w końcu wyprowadzić swoją karierę na prostą. Mimo kilku zakrętów i wielu problemów w ostatnim czasie zdeterminowany jak chyba nigdy wcześniej Główka miał pokazać się z dobrej strony przed własnymi kibicami. Czy miał prawo czuć z tego tytułu presję? Chyba nie – sporo już w boksie widział. Na pewno jednak wszyscy do sali gimnastycznej Szkoły Podstawowej nr 5 w Wałczu przyszli specjalnie dla niego.

Napisałem „Szkoła Podstawowa”. Naprawdę – walka odbyła się w podstawówce. Małej, ciasnej hali, z wysuwanymi trybunami. Nawet gdy ktoś kupił najtańsze bilety i siedział w ostatnim rzędzie, to mógł zbić piątkę z wychodzącymi między liny zawodnikami. To oczywiście spora przesada, ale na słabą widoczność nikt nie miał prawa narzekać. Na trybunach było ciasno, ale na pewno jednak bardzo klimatycznie – to również miało swój urok.

Pierwsze odczucie po zajęciu miejsca siedzącego? Jest duszno. Potwornie duszno. Hala otwarta z każdej ze stron, gdyż nie dało się wysiedzieć w zamkniętym pomieszczeniu. Na dworzu pewnie z 23 stopnie, ale to i tak nic podług tego, co miało miejsce w środku. Ludzie wachlowali się, jak podczas zwiedzania piramid w Egipcie w połowie sierpnia. Pot leciał po skroni, każdy szukał miejsca, w którym można było kupić wodę do picia. Tego oczywiście nie było, bo nikt się nie spodziewal, że może nastać taka potrzeba. Opcje w takiej sytuacji były dwie – albo szukanie najbliższego sklepu poza obiektem (stacja paliw kilkaset metrów obok – wiem, bo byłem), albo szukanie kateringu w środku. Kateringu, który był… dla wszystkich.

Takie miałem przynajmniej wrażenie. Najpierw drzwi na pomieszczenie dla VIP było zamknięte. Mimo że stałem tuż obok już od jakiegoś czasu, to nie miałem pojęcia, że coś takiego tam się znajduje. Z czasem jednak coraz więcej osób zaczęło udawać się w kierunku tajemniczego pomieszczenia, z którego raz za razem wychodziły osoby właśnie ze szklaneczką czegoś schłodzonego. Sam bym się tematem przecież nie zainteresował, bo byłem już na wcześniej wspomnianej stacji. Tuż obok jednak znajdowała się ścianka do przeprowadzania wywiadów, przy której od kilkudziesieciu minut stałem z paroma redaktorami. Z ciekawości przeszedłem parę metrów wzdłuż korytarza, a tam… biesiada. Mnóstwo ludzi, ruch jak na Marszałkowskiej w Warszawie. Kolejka do wodopoju, jak w niedzielę handlową do sklepu z wyprzedażą. Kosmos. Od razu odpowiedziałem sobie na pytanie, dlaczego na sali jest wciąż sporo wolnych miejsc, mimo że hala jest mała, a w Wałczu prawdopodobnie raz od wielkiego dzwonu dzieje się coś związanego ze sportem. Po chwili obserwacji bankietowych poczynań karty miałem podstawione pod nos – tu jest zabawa i to nie tylko na trybunach.

Przemek Runowski miał problemy w ringu, ale ostatecznie pokonał swojego rywala

Początkowo na VIP-ie widziałem tylko osoby ze specjalnymi opaskami na rękach. „Przepraszam, mogę zobaczyć opaskę? Dziękuję, proszę bardzo”. Z czasem zaczęli wchodzić wszyscy, którzy mieli ochotę na coś mocniejszego. Czy Wałcz lubi się zabawić? Tak, to na pewno. Głuchy telefon szybko rozprzestrzenił się po sali i coraz więcej osób zaczęło zaglądać do skarbca. Ze stołów zaczęło znikać wszystko – tatar, śledzie, skrzydełka, deski serów i wędlin. Początkowo sympatyczna pani kelnerka zbierała ze stolików po jednej szklance i dbała o porządek. Około północy z pokoju wychodziła już zawalona naczyniami i wyraźnie zszokowana, jakich rozmiarów jest zabawa. Jej mina z czasem zaczynała wskazywać, że nie była przygotowana na aż takie oblężenie spragnionych dodatkowych atrakcji kibiców boksu.

Skąd to wszystko wiem? Bo też byłem na kawie pomiędzy pojedynkami, które trwały bardzo krótko. Początkowo kilka czterorundowych starć, następnie czasówki, a plan transmisji telewizyjnych został tak ułożony, aby każda walka zaczęła się konkretnie o tej godzinie, o której ma się rozpocząć. Nawet gdyby siedem walk skończyło się w pierwszej rundzie, to Głowacki między liny wszedłby kilka minut przed 1 w nocy. Nic z tym nie można było zrobić, bo organizatorzy czekali na otwartą antenę w TVP. Wcześniej na jedynce leciała finałowa rozgrywka „Eurowizji” i dopiero później był czas przewidziany na emocje sportowe.

To wszystko śmiechy – przecież pół Wałcza nie piło i nie jadło z moich pieniędzy – naprawdę wszyscy byli bardzo grzeczni, a atmosfera w kulluarach znakomita. Wrócę jednak na chwilę do tej ścianki dla mediów do przeprowadzania wywiadów, która została już wspomniana kilka akapitów temu. Znajdowała się ona pomiędzy wyjściem z hali, obok szatni, a w drodze do naszego sympatycznego pokoju z kateringiem. Ktoś, kto miał ochotę na drinka (miał na niego każdy) wychodził z sali, i przechodził tuż obok niej. Przeszkadzało to dziennikarzom – to w sumie nie jest aż tak bardzo istotne, bo każdy z nich w przeszłości pracował już w trudniejszych warunkach. Przechodził również koło zawodników, którzy zaraz mieli stoczyć swój pojedynek. Jak na złość, obok każdej z szatni była toaleta. Tak, tak – dobrze się domyślacie. Część osób na siku szła właśnie tam, a dostępu do WC rzecz jasna nikt nie pilnował. Skłamałbym mówiąc, że kolejka do toalety przy szatni Pawła Stępnia była dłuższa, niż do baru na VIP-ie, ale jacyś ludzie cały czas tam się kręcili. Ludzie, którzy NIE MIELI PRAWA TAM BYĆ.

Pawłowi Stępniowi bardzo nie podobał się nieporządek, który miał miejsce w Wałczu

Widziałem wszystko na tacy, byłem uprawniony do przebywania w strefie dla mediów. Zawodnicy przechodzili obok nas udając się do hali. Z czasem jednak zaczęli mijać dziesiątki kibiców, dla których zobaczenie zawodowego sportowca z bliska jest czymś nowym, czymś ekstra. Z jednej strony facet zaraz wyjdzie do ringu i ryzykuje swoim zdrowiem – musi się skoncentrować i skupić na swojej niełatwej pracy. Z drugiej widzi dookoła podchmielonych kibiców, którzy chcą sobie zrobić z nim zdjęcie, klepią go po plecach i życzą powodzenia. Niby nic takiego, każdy z pięściarzy z pewnością kocha doping fanów, ale to chyba nie o to chodzi.

Wejście zawodników do hali – proszę bardzo od przodu. Tymi samymi drzwiami co kibice. Nie od tyłu, nie od zaplecza. Głowacki przybywając do hali w Wałczu nie miał żadnej prywatności. Jak się pewnie domyślacie – to lokalny bohater tego małego miasta, który nie płaci za kawę w restauracjach i robi sobie z każdego dnia mnóstwo zdjęć z kibicami. Ten sam Główka nie jest ani przez ochroniarzy, ani tym bardziej przez organizatorów w żaden sposób pilnowany. Nie jestem pewny, czy nie musiał pokazać ważnego biletu, aby wejsć na teren obiektu.

Pięściarze reagują na to różnie. Nie wszyscy lubią, jak ktoś kręci im się pod nogami, gdy ci są pięć minut przed pojedynkiem i muszą zrobić walkę z cieniem. Niektórzy chcą mieć święty spokój, chcą patrzeć tylko na swojego trenera, a nawet zaprzyjaźniony dziennikarz nie jest wtedy mile widziany – to trzeba uszanować. W Wałczu Główkę na 3 minuty przed wejściem do ringu można było dotknąć, klepnąć po plecach, zrobić sobie z nim fotkę lub pogadać o planach na wakacje. Nikt nie widział w tym ani przez sekundę nic złego.

W Wałczu było swojsko. Momentami za bardzo

W Wałczu było bardzo przyjemnie i serdecznie. Dla dziennikarza, którzy pojechał na galę, popracował, porozmawiał z ludźmi i obejrzał walki spod ringu – bajka, wiele osób ma prawo zazdrościć takiej fuchy. Nie wszystko jednak od środka wyglądało profesjonalnie. Na pewno było bardzo miło, ciepło i rodzinnie – nikt nikomu krzywdy nie zrobił, polscy pięściarze powygrywali, lokalny bohater do środy będzie na ustach wszystkich ludzi w powiecie. Nad organizacją trzeba jednak jeszcze sporo popracować, bo to nie pierwsza kameralna gala, która będzie transmitowana na kanałach TVP w miastach o podobnym profilu, co Wałcz.

Miałem wrażenie, że zamiast boksu na poważnym poziomie oglądaliśmy dożynki. A że Wałcz potrafi się dobrze bawić to już zupełnie inna historia.

Wyniki gali w Wałczu:

Krzysztof Głowacki – Santander Silgado (junior ciężka, Głowacki przez KO w 1. rundzie)
Paweł Stępień – Michał Ludwiczak (półciężka, Stępień przez KO w 4. rundzie)
Przemysław Runowski – Sergiej Huliakiewicz (półśrednia, Runowski przez dyskwalifikację w 8. rundzie)
Fiodor Czerkaszyn – Daniel Urbański (super średnia, Czerkaszyn przez KO w 1. rundzie)
Marek Matyja – Giorgi Beroshvili (półciężka, Matyja przez TKO w 3. rundzie)
Timur Kuzachmedow – Krzysztof Rogowski (lekka, Kuzakhmedov przez TKO w 4. rundzie)
Konrad Dąbrowski – Tomasz Gołuch (super lekka, Dąbrowski na punkty 40:36, 40:36, 40:36)
Maksym Hardzeika – Daniela Przewieślik (super półśrednia, Hardzeika na punkty 40:36, 40:36, 40:36)