Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Głowacki: Chciałem rzucić to wszystko i zająć się czymś innym

- Tu nie chodzi o to, czy w sobotę wyjdziesz po meczu z całą drużyną, czy też nie - mówi Arkadiusz Głowacki, który w rozmowie z nami wspomina atmosferę w szatni Wisły sprzed lat. Kiedy chciał skończyć z piłką? Jak radził sobie z pechem, który długo go prześladował? Co sądzi o kibicach wśród piłkarzy? Jak ocenia potencjał pary stoperów Głowacki-Wasilewski? Co będzie robił po zakończeniu kariery i kiedy to nastąpi? 

Często ludzie się dziwią, że taki twardy i nieustępliwy obrońca prywatnie jest miłym, spokojnym i ułożonym człowiekiem?

Faktycznie, w trakcie meczu czy treningu jest sporo emocji, przez które nie można dostrzec mojego pozaboiskowego charakteru. Obserwuję siebie przez te wszystkie lata i myślę, że dla mnie piłka nożna to taki zawór bezpieczeństwa. Często dusisz w sobie emocje, których nie chcesz pokazywać w życiu codziennym. Przychodzi jednak trening i mecz, gdzie możesz je wyładować, oczyścić się z nich. Oczywiście bez zrobienia krzywdy innemu piłkarzowi. To zdrowe.

Innemu piłkarzowi krzywdy nie chciałeś nigdy zrobić, ale sobie bólu nie żałowałeś. Blizna na bliźnie. Przeczytałem kiedyś nawet taki wierszyk: Jeszcze się nie znalazł napastnik takowy, który by zaradził wślizgom Arka „Głowy”.

Miałem taki okres, że grałem mocno naiwnie. Praktycznie w ogóle nie chroniłem siebie. Jeśli chodzi o kącik poetycki, to trener Smuda miał zawsze najbarwniejsze określenia dotyczące mojej gry. Powiedział zresztą kiedyś na konferencji, że zagłówkuję nawet jak mi rzucisz cegłówkę. Trochę prawdy w tym jest.

Z trenerem Smudą współpracowałeś niejednokrotnie, chociaż początki nie były łatwe.

To mało powiedziane, że nie były łatwe. Pamiętam, że w pewnym momencie chciałem nawet rzucić to wszystko i zająć się czymś innym. Prawda jest taka, że było bardzo ciężko. Najgorzej u trenera Smudy mają młodzi, którzy na dodatek mają pewne braki. Najgorzej, jeśli są to braki techniczne. Po którymś treningu usiadłem i pomyślałem sobie: „Po co mi to wszystko?”. Dziś wiem, że to było głupie z mojej strony, należało przetrwać. Jakoś sobie poradziłem. Z czasem zacząłem odczuwać, że trener szanuje mnie za to, co robię, jak pracuję i jaki jestem. U Smudy często jest tak, że postrzeganie piłkarza niespodziewanie zmienia się o 180 stopni i tak już zostaje. U mnie też tak było, choć na zaufanie trenera trzeba sobie zapracować.

Jeśli już jesteśmy przy trenerze Smudzie – nie brakuje ci atmosfery dawnych, piłkarskich szatni?

Wydaje mi się, że tamte czasy były bardziej romantyczne. Teraz wszystko jest policzone. Futbol jest bardziej matematyką, niż po prostu grą w piłkę. Coraz mniej miejsca na improwizację. Wszystko da się policzyć. Możesz zobaczyć ile kilometrów przebiegłeś, ile wykonałeś sprintów, ile razy zagrałeś celnie. To jest znak czasów, trzeba się do tego dostosować. Ja już chyba się nie zmienię, bo to moja końcówka w roli piłkarza. Ale z drugiej strony to bardzo ciekawe – patrzysz na swoje statystyki i możesz nawet w tym wieku myśleć o tym, co da się poprawić.

Przez ten rozwój technologiczny i poprawę świadomości piłkarzy relacje między piłkarzami uległy pogorszeniu? Kiedyś wychodziło się na piwo, dziś częściej pewnie można spotkać, jak dwóch piłkarzy wychodzi do sklepu po coś bezglutenowego.

W każdej drużynie da się zrobić dobrą atmosferę, ale zawsze najkrótszą drogą jest osiąganie dobrych wyników. Zwycięstwa budują szatnie i tego nic nie zmieni. Czasami możesz sobie pomóc wspólnym wyjściem czy imprezą, która niekiedy jestpotrzebna do scalenia tego organizmu złożonego z wielu indywidualności.

W minionej rundzie taką kolację przygotował Maciej Sadlok. Pomogła?

Nie wiem czy mogę o tym mówić.

Przeczytałem o tym w jakiejś gazecie, sam Maciek bodajże o tym wspomniał.

Tak? To też nie mogę powiedzieć (śmiech). Nie no, była taka kolacja. I fajnie, o to chodzi. Mamy w drużynie wielu zawodników z różnych państw i różnych kultur, którzy wchodzą do naszej, polskiej szatni. Umówmy się – każda szatnia ma swoją specyfikę i przyzwyczajenia. Warto czasami gdzieś pójść i pokazać, że jest się otwartym na nowych zawodników.

Powiedziałeś mi przed tą rozmową, że każda szatnia jest inna. Jaka jest ta Wisły Kraków, której przewodzisz z opaską kapitańską na ramieniu?

Szatnia Wisły na przestrzeni lat na pewno się zmieniała. Ale jakbym miał spojrzeć od moich początków do czasów teraźniejszych to mogę stwierdzić, że ma taki swój sznyt. Na pewno łatwiej jest to zauważyć tym, którzy wchodzą do niej z zewnątrz, na przykład ze Śląska, Mazowsza czy Wielkopolski. Oni mają porównanie, ja takiego nie mam.

Chociaż też przyszedłeś do Wisły z Wielkopolski, a konkretnie: Lecha Poznań, którego jesteś wychowankiem.

Tak, ale to było dawno, dawno temu. Pamiętam, że były tam dwie szatnie – jedna na piętrze dla młodych piłkarzy, a druga – na parterze – dla tych doświadczonych, „starszyzny”. I pana Gienia magazyniera, który do tej pory jest w „Kolejorzu”. Dobrze się tam czuję, jak wracam z Wisłą na mecze przy Bułgarskiej.

Będąc dzieckiem chodziłeś na mecze Lecha, kibicowałeś mu. Teraz, po tylu latach w Krakowie, śmiało możesz nazwać się wiślakiem. Jak postrzegasz piłkarzy, którzy kibicują otwarcie jakiemuś klubowi? To powszechne i prawdziwe zjawisko, czy też trochę jest w tym chwytu marketingowego?

Komfortowo jest wtedy, gdy możesz całe życie grać w swoim klubie, jak Maldini czy Zanetti. Co jednak, jeśli życie rzuca cię do innego klubu?

Na przykład do Pogoni Szczecin, jak Patryka Małeckiego.

Do Pogoni to jeszcze nie tak źle.

No tak, przecież latem do Legii odszedł Krzysiek Mączyński.

No właśnie. Życie płata figle. Czasem nie masz wyjścia. No bo co możesz zrobić: masz skończyć grać czy znaleźć pracodawcę, który cię zatrudni? Dla mnie, dla klubu i dla kibiców to na pewno trudna sytuacja. Staram się jednak jakoś zrozumieć Krzyśka. Powtarzam od jakiegoś czasu, że obecnie Wisła jest w takim, a nie innym miejscu i takie rzeczy będą się zdarzały. Piłkarz kuszony lepszą propozycją zwykle będzie z niej korzystał. Możemy rozmawiać o różnych kwestiach pobocznych, ale staram się ten transfer zrozumieć, bo Wisła obecnie też żyje ze sprzedaży zawodników.

Wobec tego pewnie cieszysz się, że wracając z Turcji trafiłeś akurat do Krakowa. Dzięki tak długiemu okresowi w jednym klubie możesz nazwać się ikoną Wisły, choć wiem, że takich określeń unikasz.

Bardzo się cieszę. Tym bardziej, że mówiłem sobie, że po Turcji kończę granie. Później jednak to się zmieniło, pojawił się temat powrotu do Polski. Jeśli Polska, to oczywiście Wisła. Najpierw rozmawiałem na ten temat z trenerem Robertem Maaskantem, później pojawiła się propozycja Michała Probierza. Cóż innego mógłbym zrobić? Dla mnie to była najlepsza z możliwych decyzji. Jestem blisko domu i mogę nadal grać dla klubu, z którym jestem związany emocjonalnie.

Mówiliśmy technologii czy statystykach, które się pojawiły z biegiem lat. Młodzi piłkarze mają teraz łatwiej, niż ich odpowiednicy w czasach, gdy zaczynałeś grać w piłkę?

Czasem patrzę na niektóre liczby czy analizuję poszczególne elementy i wracam do dawnych czasów, myśląc co można byłoby poprawić. Jednak to, czy ktoś zostaje piłkarzem czy nie, zależy praktycznie w całości od spędzonych na treningu godzin. Nie ma talentów. Ktoś ma większe predyspozycje, a ktoś nie. Wszystko zależy od kopania piłki i tego, przez jak długi czas to za młodu ćwiczysz.

Wielu piłkarzy uznawanych za wielkie talenty zmarnowało się na twoich oczach, na przykład przez zbyt częste zaglądanie do kieliszka?

To też nie chodzi o to, że piłkarz gdzieś wyjdzie w sobotę i zabaluje do rana. Chodzi o to, by miał cel i poczucie misji. Czasami taki wieczór na mieście czy wśród znajomych pozwoli mu się uspokoić, wyczyścić głowę z niepotrzebnych i złych emocji, zresetować i napędzić na cały tydzień. Myślę, ze gorzej wpływa na młodego chłopaka liczba pochwał po jednym czy drugim prostym kopnięciu piłki. Być może źle działa też wysokość kwoty kontraktu, którą młodzi mają coraz bardziej wyśrubowaną. Taki chłopak myśli wtedy, że już podbił świat i w zasadzie nie musi już pracować. Dojść na pewien poziom jest łatwo, ale sztuką jest zrobienie następnego kroku.

Taki następny krok – a nawet kilka – zrobił Marcelo, z którym miałeś okazję grać. Pojawiły się pogłoski o zainteresowaniu Barcelony.

Słyszałem, byłbym w pozytywnym szoku. To świetny gość. Mocno mu kibicuję i widzę, jak ciekawie rozwija się jego kariera. U niego czuć było świadomość tego, co chce osiągnąć. To jest to, o czym wspominałem – nie chodzi o to, czy ktoś zabaluje raz czy nie, albo pomyli się i zawali bramkę. Liczy się cel, ciągłe dążenie do niego i świadomość, po co wstajesz codziennie rano i idziesz na trening. Marcelo taki cel miał już lata temu w Krakowie. Jeśli my możemy być zaskoczeni kolejnymi transferami – Hannover, PSV, Besiktas, Lyon, a teraz mówi się o Barcelonie, co już samo w sobie jest wielkim wyróżnieniem – to na pewno on podchodzi do tego spokojnie, bo od początku do tego zmierzał. Kariera dobrze się dla niego potoczyła, ale on sam na nią zapracował.


Tu i teraz Wisła plasuje się na ósmym miejscu w tabeli, a do drużyny dołączył twój dobry znajomy, z którym stworzysz – jak to ujęliśmy kilkukrotnie w naszych tekstach – tamę na Wiśle.

Z Wasylem znamy się jeszcze z młodzieżowych reprezentacji. Także na stopie koleżeńskiej i przez ten cały czas utrzymywaliśmy dobre relacje. Na pewno musimy lepiej ze sobą współpracować. Nie wiem oczywiście, czy wiosną będę grał, bo przyszedł nowy trener i może mieć inną wizję. Uważam jednak, że stoperzy i cała formacja obronna musi kilka meczów ze sobą rozegrać i parę bramek zawalić, żeby się na dobre poznać. Ze mną i z Wasylem, chociaż znamy się wiele lat, jest podobnie.

Twój kontrakt kończy się 30 czerwca. Co dalej?

Walczę o następny, bo na dobrą sprawę… nie mam nic lepszego do roboty, by o to nie walczyć. Jestem związany z klubem nie tylko kontraktem, ale i emocjonalnie. Każdy na moim miejscu chciałby robić to dalej. Mam plany na czas po zawieszeniu butów na kołku, już otworzyłem Akademię. Na pewno nie chciałbym zostać trenerem patrząc na to, jak bardzo są nieszanowani za to co robią. Nie chciałbym być rzucany z miejsca na miejsce i obarczany winą za wszystko, co się dzieje. Przyjdzie jednak czas, że postrzeganie szkoleniowców w naszym kraju się zmieni. Będąc na kursach, przyglądając się ich pracy czy rozmawiając z Radkiem Sobolewskim wiem, jak trudny to zawód. Na razie się jednak tym nie martwię, bo wiosną jest robota do wykonania.

Rozmawiał BARTŁOMIEJ STAŃDO