Glik dostał w mordę, tak jak i kibice. Budowla Nawałki runęła wszystkim na głowy

Wbrew pozorom, po takim meczu tekst pisze się bardzo łatwo. Nieważne kogo pojedziesz, nieważne na kim się wyżyjesz - i tak zostaniesz rozgrzeszony. Nie mamy zamiaru kogokolwiek głaskać. Zawalili wszyscy. Jedni odrobinę bardziej, drudzy odrobinę mniej, ale to była kompromitacja polskiej reprezentacji przede wszystkim jako drużyny.

Odpalamy grilla. Na początek na ruszt trafia architekt tej drużyny, czyli selekcjoner Adam Nawałka. Architekt, którego budowla zawaliła się wszystkim na głowy. To, jak przygotował tę drużynę, to, jak ona wyglądała, jak reprezentowała nasz kraj, jest – niestety – jego osobistą kompromitacją. Jeśli architekt popełniłby aż tak rażące błędy, prawdopodobnie trafiłby do kryminału. Przekładając to na futbol – dymisja byłaby dla niego najbardziej odpowiednią drogą. Po meczu powiedział, że „wykorzystaliśmy nasz potencjał na maksa”. Przecież to jakiś żart. Dziękujemy za przeszłość, ale przyszłość tego selekcjonera spłonęła równo z końcowym gwizdkiem meczu z Kolumbią.

Składem na drugi mecz postawił wszystko na jedną kartę. Skreślił wszystko to, co budował przez ostatnie miesiące. Zrobił eksperyment, który – przekładając to na chemię – albo skończyłby się odkryciem nowego pierwiastka, albo wysadzeniem w powietrze całego laboratorium. Ba, całej dzielnicy. Jak wyszło – chyba nie musimy tłumaczyć. To zakrawało na sabotaż.

Następny w kolejce, czyli Robert Lewandowski i jego wypowiedź po meczu, w której nasz kapitan i prawdopodobnie najlepszy piłkarz w historii mówi: to wszystko, na co było nas stać. Czyli reprezentację Polski było stać na kompromitującą porażkę z Senegalem i równie – albo nawet bardziej – upokarzającą przegraną z Kolumbią. Naprawdę? Jeśli takie było nastawienie, to po co w ogóle wychodzić na boisko? Zagrał beznadziejnie w obu meczach. To on, jako lider, powinien krzyknąć, kopnąć w tyłek. Zrobić cokolwiek. Nie podołał. To kolejny – po Nawałce – wielki przegrany tego mundialu.

Cała reszta? Szkoda czasu, bo każdego można byłoby zjechać po równo. Chyba jedynymi, którzy wyszli z twarzą, są Michał Pazdan i Maciej Rybus. Przynajmniej niczego nie zepsuli. Nad całą resztą nie chce nam się znęcać, bo i tak zrobią to inne redakcje i pozostali eksperci.

Co teraz? Rewolucja. Nawałka straci pracę, kilku piłkarzy pewnie na dobre pożegna się z reprezentacją, bo albo zrezygnują sami, albo zostaną odpaleni. Naszą drużynę czeka kompletna rewolucja.

I na koniec Kamil Glik. Gość, który znaczył dla tej drużyny znacznie więcej niż sobie wyobrażaliśmy. Nie będzie Glika? Jest Bednarek! No przecież… Gdyby Glik był zdrowy… ale nie ma co gdybać. Na koniec i tak dostał w mordę od losu. Walczył o powrót, walczył o grę, ścigał się z czasem. Został wpuszczony na boisko przy stanie 0:3. Został wypchnięty na scenę ze świadomością tego, że ta za moment się zawali. Wiadomo – kontuzja Pazdana, czyli konieczność – ale to wszystko było chyba jeszcze smutniejsze od samego wyniku.

Sen się skończył. Czas wrócić do normalności. Do świadomości, że nasza reprezentacja jest zwyczajnym średniakiem.