Gigant z Premier League zje najbardziej łakomy kąsek na rynku trenerskim?

Podczas ostatniej pracy na ławce trenerskiej dokonał niemal niemożliwego, a po trzech wygranych z rzędu najważniejszych rozgrywkach w klubowym futbolu zszedł ze sceny niepokonany. Nic dziwnego, że Zinedine'a Zidane'a chcą u siebie najlepsze kluby świata, które wpadły w kryzys. "The Sun" informuje o tym, że Zizou ma zastąpić w Chelsea Maurizio Sarriego.

Trzy razy Liga Mistrzów, dwa Klubowe Mistrzostwa Świata i Superpuchary Europy, po jednym triumfie w lidze i krajowym superpucharze. Niewiarygodne liczby biorąc pod uwagę głosy, jakie obiegły świat po tym, jak Zinedine Zidane przejął drużynę Realu Madryt. Jego szkoleniowe CV było nie tylko pozbawione sukcesów, ale i jakiegokolwiek poważnego doświadczenia w tej roli. Mimo to zagrał wszystkim sceptykom na nosie. Po trzech latach odszedł z podniesionym czołem, w blasku chwały i zalewie ogromnego szacunku. Niczym Adam Małysz, zgodnie z piosenką zespołu Perfect o schodzeniu ze sceny, identycznie jak tytuł jednej z książek Ernesta Hemingwaya:

Niepokonany.

Nigdy nie jest tak dobrze, by nie mogło być lepiej. Zidane sam zdawał sobie sprawę, że wpadki w Pucharze Króla chwały nikomu w Madrycie nie przyniosły, a w lidze porażką była tak dominacja znienawidzonej w stolicy FC Barcelony, jak i oglądanie pleców lokalnego rywala, Atletico. Pomimo tego nikt nie miał wątpliwości, jaka drużyna była ostatnio najlepsza na świecie i kto ją prowadził.

Piekielnie trudna grupa z Tottenhamem i Borussią Dortmund, następnie przedwczesne finały z Paris Saint-Germain, Juventusem i Bayernem Monachium, aż wreszcie ten prawdziwy z Liverpoolem. Trudno wyobrazić sobie bardziej wyboistą drogę do chwały, a mimo to Real pokonał ją już trzeci raz z rzędu. Czytając tę zbitkę słów można być znudzonym, a jednocześnie przemilczenie jej byłoby nietaktowne i niesprawiedliwe.

Rozmawiamy o futbolu, a w jego wydaniu klubowym dawno nikt nie dokonał bardziej spektakularnej rzeczy. Pep Guardiola w Barcelonie wygrał sześć trofeów w jednym roku, ale nawet jego fantastyczna Barcelona i jej tiki-taka nie obroniła trofeum na Starym Kontynencie. Ostatnia taka dominacja jednego klubu, która przełożyła się na serię wygrywanych trofeów, to Ajax i Bayern w latach 70., a wcześniej również Real Madryt w latach 50. To, co osiągnął totalny debiutant Zidane jako trener Królewskich, jest czymś wielkim w całej historii futbolu.

Trudno nie odnieść jednak wrażenia, że nie mówi się o tym aż tak wiele. Może dlatego, że nie próbował wymyślić prochu na nowo? Real pod jego wodzą był do bólu skuteczny, nie narzekał na brak szczęścia, potrafił się spiąć na najważniejsze spotkania. Nie przewrócił do góry nogami futbolowych prawd i piłkarskiej filozofii. Po prostu osiągnął wynik, a to on jest w piłce najważniejszy. Tym różni się choćby od jazdy figurowej na lodzie. Styl i noty nie mają znaczenia. Liczy się fakt umieszczenia piłki w bramce, a nie sposób, w jaki się to zrobiło. Kto pamięta, jak grał Real w 1960 roku? Niewielu. To, że wygrał wtedy piąty raz z rzędu Puchar Mistrzów, wie prawie każdy.

Z piłką nożną jest trochę jak z tym fragmentem kultowego „Kilerów 2-óch”. Do gabloty. Powtórz. Do gabloty. Powtórz. Do gabloty…

Nic więc dziwnego, że kluby, które ostatnio nic do gabloty nie włożyły, zaczynają robić maślane oczy w kierunku Zinedine’a Zidane’a – najgorętszego obecnie nazwiska na transferowym rynku. Solskjaer wynikami zapracował sobie na szansę w Manchesterze United, do którego trafić miał ZZ, więc z okazji chce skorzystać z Chelsea.

The Blues są w rozsypce. 0:4 z Bournemouth na wyjeździe to klęska, 0:6 z Manchesterem City – deklasacja. Posada Maurizio Sarriego wisi na włosku i to raczej z gatunku tych, które ma na głowie Zidane. Pytanie tylko, czy Francuz zaryzykuje wyrobioną markę gaszeniem pożaru w Londynie?