Futbol w totalnej ruinie. Prezentują byli mistrzowie Europy

Piłkarze publicznie żądają zmiany selekcjonera. Reprezentacja przegrywa z kim popadnie, ostatnio z Armenią. Na stadionie łatwiej policzyć krzesełka zajęte niż puste. Mistrzowie Europy 2004, równo 15 lat po historycznym sukcesie, osiągnęli dno i nie mają pojęcia, gdzie szukać drogi odwrotu.

12 czerwca 2004 roku Grecy rozpoczęli swój sensacyjny marsz po mistrzostwo Europy. Nikopolidis, Seitaridis, Zagorakis, Dellas, Basinas, Charisteas, Karagounis, Katsouranis, Giannakopoulos – kto z fanów futbolu nie potrafi do dziś na jednym wdechu wymienić największych nazwisk z tamtej ekipy? Nigdy nie byli to wirtuozi futbolu, czasem ten futbol wręcz mordowali, ale zaskakująco skutecznie i dobrze opanowali – za pomocą tych niewyrafinowanych środków – dochodzenie do celu.

Piętnaście lat to w piłce szmat czasu. Więcej niż cała generacja piłkarzy. Czasem wystarczy pięć lat – i Grecy udowadniają to bardzo dobitnie, by zrujnować wszystko do zera. Tak żeby nie było niczego.

Reprezentacja Grecji jest właśnie na najlepszej drodze, by trzeci raz z rzędu nie awansować na mistrzowską imprezę. Położyła eliminacje do Euro 2016, przegrywając między innymi dwukrotnie z Wyspami Owczymi. Nie wywalczyła prawa wyjazdu na mundial do Rosji. Teraz coraz bardziej mgliście wygląda perspektywa kolejnych mistrzostw Europy. Jedyny pewnik, to że wyprzedzą w grupie Liechtenstein.

Greccy kibice i dziennikarze są zdania, że po latach porażek ich drużyna osiągnęła historyczne dno. Tak źle jeszcze nie było i nie wyobrażają sobie, że może być gorzej.

W tym roku Grecy wygrali tylko jedno spotkanie – z Liechtensteinem, dalej notując tylko gorsze wyniki:

​​2:2 z Bośnią na wyjeździe
​​1:2 z Turcją na wyjeździe
​​0:3 z Włochami u siebie
​​2:3 z Armenią u siebie

Już w 2018 było fatalnie. Obrazu nędzy i rozpaczy dopełniały porażki z Estonią, Finlandią, Węgrami czy Arabią Saudyjską, jednak wczorajsza domowa przegrana z Armenią prawdopodobnie przelała czarę goryczy. Selekcjoner Angelos Anastasidis, choć od poprzedniego spotkania minęły zaledwie trzy dni, w panicznym ruchu wymienił w wyjściowej jedenastce pięciu piłkarzy. Znów przegrał. Jego posada wisi na włosku, starszyzna drużyny otwarcie żąda od działaczy federacji jego zwolnienia.

Atmosfera konferencji prasowej i telewizyjnych wywiadów po meczu przypominała sceny z najgorszych koszmarów polskiego kibica.

– Wierzę, że będą zmiany. Jeśli chcemy poprawy, muszą być zmiany – wypalił Sokratis Papastathopoulos, który razem z Kostasem Manolasem chwilę po końcowym gwizdku miał postawić greckim działaczom wręcz ultimatum. Albo my, albo on. Otwarta wojna, pożywka dla mediów.

Jeśli nie wierzy w awans na Euro, nie ma tu dla niego miejsca. Jeśli chce odchodzić, niech idzie – wypalił selekcjoner Anastasidis, gdy powtórzono mu słowa piłkarza.

Grek poszedł w swojej tyradzie naprawdę daleko. Ogłosił, że nie widzi powodu do swojej rezygnacji, bo błędy boiskowe się zdarzają i nie są winą trenera. Po czym ruszył z odwołaniami do Boga, twierdząc, że być może niektórym (czytaj: nie greckim piłkarzom) los sprzyja, bo są lepszymi ludźmi.

Czy cokolwiek jest w stanie jeszcze go uratować? Na rynku pojawiają się już nazwiska potencjalnych następców. Numerem jeden na giełdzie jest Marinos Ouzounidis, menedżer m.in. Panathinaikosu i AEK Ateny. Numerem dwa: Traianos Dellas, a więc tęsknota za sukcesami z 2004 roku wśród Greków wciąż żywa. Pytanie, czy problem można spłycać wyłącznie do posady selekcjonera? Grecka piłka wydaje się w rekordowym kryzysie. W składzie coraz trudniej o duże nazwiska. Panuje opinia, że jedynym, który nie zawodzi, jest gracz Olympiakosu – Konstantinos Fortounis. Stadiony również świecą pustkami. Wtorkową porażkę z Armenią w Atenach oglądały głównie… puste krzesełka.

Na kolejny mecz eliminacji do Euro Grecy pojadą do Helsinek. I na dziś mamy wszelkie argumenty, by sądzić, że z tą Finlandią przegrają.