Fundamentalne zmiany w postrzeganiu futbolu

Poprzedni tydzień przyniósł kilka fundamentalnych zmian, jeśli chodzi o postrzeganie futbolu nie tylko przez nas, ale chyba przez wszystkich miłośników najpopularniejszej dyscypliny sportu na świecie. Przy czym po raz kolejny okazało się, że u nas w kraju lubimy iść pod prąd i robimy wszystko na przekór nowym, europejskim trendom.

Piękno sportu polega na tym, że faworyt może przegrać z teoretycznie słabszym, biedny może pokonać bogatego, a Dawid podbić oko Goliatowi. Miniony tydzień na nowo zdefiniował polską i europejską piłkę.

Kto pisze te scenariusze ?

Historia futbolu pamięta mecze, których losy odwróciły się w zaledwie kilka chwil. Chociażby finał Ligi Mistrzów pomiędzy Bayernem i Manchesterem United czy mecz Liverpoolu z Milanem w Stambule. Świetną robotę w zmianie percepcji piłki nożnej na najwyższym światowym poziomie wykonała zeszłoroczna remontada Barcelony, która potrafiła awansować do dalszej rundy startując od wyniku 0:4. Takie rzeczy po prostu nie zdarzają się co dzień. Przede wszystkim barierę w takich przypadkach stanowi głowa. „To niemożliwe” myśli większość z jedenastu piłkarzy wychodzących na murawę. Często uważa tak też trener i normalnie „odpuszcza” spotkanie, daje odpocząć liderowi zespołu, myśli już o walce na innych frontach.

Ale skoro już ktoś kiedyś dokonał niemożliwego, skoro ktoś pokazał, że można, że się da – można postarać się powtórzyć jego wyczyn. Na najwyższym poziomie, przy zbliżonych umiejętnościach oraz podobnym poziomie przygotowania fizycznego decyduje psychika. Przykład Barcelony pokazał, że – jak głosi slogan reklamowy – „impossible is nothing”. Co ciekawe – Blaugrana sama rok później padła ofiarą tego, że otworzyła innym oczy na świat.

To co zrobiła Roma w meczu z Barceloną może zredefiniować piłkę nożną na najwyższym poziomie / fot. PressFocus

O tym, że można puknąć tę samą Barceloną u siebie 3:0 i awansować, chociaż w pierwszym meczu poniosło się porażkę 1:4 pokazała Roma. Mało tego. Krok dalej o mało nie zaszedł dzień później Juventus, który u siebie przegrał 0:3 z Realem Madryt, a w rewanżu jak gdyby nigdy nic, rzucił się najlepszej klubowej drużynie w historii futbolu do gardła na jego własnym stadionie i doprowadził do remisu w dwumeczu. Piłkarze Starej Damy, mimo że ostatecznie odpadli z rozgrywek Champions League zagrali w stolicy Hiszpanii z taką wiarą, że można Królewskich wyeliminować, że aż na nowo rozgorzała debata nad sensem premiowania bramek strzelonych na wyjeździe. Zagrali tak, jakby to nie robiło absolutnie żadnej różnicy.

Zmiany światopoglądu piłkarskiego dopełnił dzień później Salzburg, który najpierw uległ w Rzymie  Lazio 2:4, a w 55 minucie rewanżowego spotkania przegrywał 0:1. Mistrz Austrii potrafił jednak zdobyć jeszcze cztery potrzebne do awansu gole i zameldować się w półfinale Ligi Europy. Trzy z nich w odstępie zaledwie ośmiu minut.

Jeszcze do niedawna spektakularne odwrócenie losów rywalizacji sportowej zdarzało się od święta, od wielkiego dzwonu. Ale być może ostatnie wydarzenia sprawią, że zmieni się myślenie i teraz częściej będziemy świadkami takich spektakularnych wydarzeń. Jeszcze do niedawna w analogicznych przypadkach zazwyczaj wywieszano białą flagę. Proszono o jak najniższy wymiar kary. Myślano już o kolejnym meczu, spekulowano, oszczędzano siły piłkarzy. No bo po co narażać ich na szwank, skoro sprawa jest przegrana?

Tym czasem w Ekstraklasie

Tym czasem na rodzimych boiskach w poprzedni weekend zobaczyliśmy coś, co także nam się w głowie po prostu nie mieści. Niestety, w ewidentnie negatywny sposób…Przed inauguracją rozgrywek grupy mistrzowskiej, gdy zaczynała się finałowa walka o tytuł, pisaliśmy tak:

Nie trzeba być specjalnie biegłym znawcą Ekstraklasy, żeby stwierdzić, że podium w zasadzie mamy już ustalone i tylko jakieś niezrozumiałe załamanie formy któregoś z zespołów mogłoby sprawić, że Lech, Legia lub Jagiellonia nie zdobędą medalu i nie zakwalifikują się do europejskich pucharów. Niewiadomą pozostaje tylko kolejność na mecie.

No i musimy posypać głowę popiołem, bo wszyscy trzej faworyci solidarnie przegrali. Przerżnęli wręcz. Na własnym stadionie. Z zespołami o nic nie walczącymi. Stało się właśnie to niezrozumiałe coś.

Romeo Jozak pożegnał się z pracą w Legii, bo drużyna grała…sami wiecie jak… /fot. Cyfrasport

Można by powiedzieć, że Korona, Górnik i Zagłębie zachowali się tak, jak tych trzech wspomnianych „underdogów” z europejskich pucharów, którzy rzucili się do gardła faworytom. Ale tutaj nie ma żadnej analogii. Tam byliśmy świadkami równania w górę, braku respektu do teoretycznego faworyta. Tutaj mamy do czynienia z rozgrywkami Ekstraklasy, które sięgnęły dna. W którym nic zasadniczo nie odróżnia lidera od spadkowicza. W którym nie da się nic przewidzieć, bo brakuje jakości. Brakuje powtarzalności jeśli chodzi o umiejętności i taktykę. W tym sezonie nie będziemy mieli wygranego. W tym sezonie nikt nie zdobędzie mistrza Polski. W tym sezonie będziemy mieli piętnastu przegranych. Będzie jeden słabeusz i piętnaście zespołów jeszcze słabszych. Czegoś takiego doprawdy nie pamiętam. Poniższe wyliczenia już obiegły cały kraj…

Powoli przestaję mieć w ogóle nadzieję, że tą naszą piłkę na poziomie ligowym w ogóle można jeszcze uratować. Że coś dobrego może się z tego urodzić.

Z jednej strony zobaczyliśmy w poprzednim tygodniu, że piłka nie zna granic, że każdy może ograć każdego, jeśli tylko w to uwierzy. Po czym – w pozornie analogicznej sytuacji – zobaczyliśmy, jak przypadkowa, losowa, beznadziejnie słaba jest nasza liga. I że, chociaż wydawało nam się to już niemożliwe – znów mistrz Polski będzie jeszcze słabszy, niż rok wcześniej. Żal dupę ściska.