Euro 2016: Niesamowicie emocjonujące nudy!

Ten finał miał dwa oblicza. Z jednej strony były momenty, zwłaszcza w drugiej części spotkania, w których wynudziliśmy się jak mopsy. Z drugiej strony nie brakowało chwil gdzie emocje sięgały szczytu. Raz oglądaliśmy mecz na stojąco, żeby po chwili modlić się o dotrwanie do ostatniego gwizdka i obejrzeć rzuty karne.

Portugalia Mistrzem Europy. I to już samo w sobie jest ciekawe. Zespół, który w regulaminowym czasie gry wygrał tylko jedno spotkanie, półfinał z Walią. Zespół, który remisował wszystko jak leci, nie powalał swoją grą na kolana, nie czarował rozwiązaniami taktycznymi, wygrał z ofensywnie usposobioną, naszpikowaną gwiazdami Francją.

Chociaż właściwie nasz pierwszy po meczu komentarz był taki, że to nie Portugalia wygrała, a gospodarze przegrali. Na własne życzenie, kiedy szczęście im nie sprzyjało, nie potrafili ugryźć zespołu, który kulturą gry był wczoraj półkę niżej. Zespołu, który po dziesięciu minutach gry został pozbawiony swojej największej gwiazdy. Zawodnika, który miał w pojedynkę przeciwstawić się całemu arsenałowi Francuzów.

Ale po kolei. Początek wyglądał dokładnie tak, jak w scenariuszu, który chyba wszyscy zakładali. Francja atakuje, Portugalia się broni.

I pewnie o pierwszym kwadransie meczu szybko wszyscy by zapomnieli, gdyby nie Dimitri Payet. Nie, nie strzelił bramki, zrobił coś, co nie udaje się zazwyczaj żadnej drużynie, która gra przeciwko Ronaldo – zneutralizował przeciwnika.

Jak wyłączyć Cristiano z gry? Kolokwialnie mówiąc – urwać mu nogę. I tak zrobił Payet.

Zderzenie z Portugalczykiem w ósmej minucie wyglądało groźnie, a gwiazdor Realu zwijał się z bólu. Opuścił boisko na noszach, ale wrócił na murawę. Drżały jednak serca wszystkich ubranych w czerwone koszulki kibiców, bo ich idol wyraźnie utykał. Leki przeciwbólowe nie pomogły, nie pomógł upór i siła charakteru Ronaldo. Musiał zejść podczas finałowego spotkania już w dwudziestej piątej minucie.

portugalia-final-francja-laczy-nas-pasja-1

Dramat piłkarza, ale przede wszystkim dramat człowieka. Łzy Portugalczyka spływające po wykrzywionej w grymasie bólu twarzy będą symbolem tego finału. Moment autentycznie wzruszający. Cristiano zarzuca się, że zbyt często płacze, ale wczoraj chyba nikt na jego miejscu nie byłby w stanie się powstrzymać. Trybuny nie gwizdały, opuszczał plac gry przy gromkich brawach.

Kiedy schodził z boiska większość widzów pomyślała pewnie “po meczu”. Bo jak ta brzydko grająca Portugalia, która teraz straciła swój największy atut, ma wygrać z napędzoną Francją? Prędzej uwierzylibyśmy, że mecz skończy się pogromem, jak w finałowym spotkaniu cztery lata temu, kiedy Hiszpanie rozbili Włochów.

A Francja ruszyła do ataków ze zdwojoną siłą. Próbowali Griezmann, Giroud, Pogba czy Sissoko, ale ewidentnie to nie był ich wieczór. Trójkolorowi nie mieli szczęścia. Albo bronił Patricio, albo bramka była jak zaczarowana. I tak mecz wlókł się minuta po minucie, a my czekaliśmy na dogrywkę, bo dziwnie dało się wyczuć, że nic nie wpadnie. I nawet kiedy Gignac, który zmienił Giroud, w drugiej minucie doliczonego czasu gry wkręcił portugalską obronę w ziemię i uderzył obok Patricio, to piłka tylko trafiła w słupek. Francja nie mogła tego wygrać, zbyt wielkie szczęście dopisywało wczoraj podopiecznym Santosa. Los oddawał im to, co zabrał kiedy z boiska musiał zejść Ronaldo.

A ten wrócił w nowej roli. Z opatrunkiem na nodze zasiadł obok trenera i dyrygował drużyną. Wykrzykiwał instrukcje do kolegów, motywował, kłócił się z sędziami, gestykulował. Prawdziwy kapitan. Nie wiadomo, czy jego koledzy wytrzymaliby do końca gdyby nie on. Każdy z nich patrząc w stronę ławki musiał dostawać takiego energetycznego kopa, że sił starczyłoby pewnie i na kolejny mecz.

Nie był jednak jedynym bohaterem meczu. Tym został również Eder, facet, który wcześniej rozegrał na turnieju tylko trzynaście minut i niczym szczególnym się nie wyróżniał. Wcześniej w kadrze miał tylko dwadzieścia osiem spotkań i trzy strzelone w sparingach bramki. Nie była to statystyka, która powala i która może przestraszyć Francuzów. To on jednak, w sto dziewiątej minucie spotkania, kiedy nie miał z kim zagrać przed szesnastką rywala, zdecydował się na strzał. Mocny, niesygnalizowany i precyzyjny. Strzał, który wpadł do siatki i dał prowadzenie, a w konsekwencji tytuł Mistrza Europy.

Wczoraj ten tytuł rodził się w mękach – kosztował mnóstwo sił, a Ronaldo okupił go kontuzją, która prawdopodobnie wykluczy go na miesiąc z gry.

Pepe, który został zresztą wybrany zawodnikiem meczu, po końcowym gwizdku zwymiotował ze zmęczenia. Nie miał początkowo nawet sił by się cieszyć.

portugalia-final-ronaldo-francja-laczy-nas-pasja-2

Portugalia wygrała tak, jak kiedyś ograli ich Grecy. Brzydko, ale do bólu skutecznie. Francja może pluć sobie w brodę. Na złotej tacy mieli podanego zranionego przeciwnika, wystarczyło go tylko dobić.

Ronaldo w końcu zdobył trofeum z reprezentacją i właściwie jest już piłkarzem spełnionym. Znając jednak jego ambicje, to ciągle za mało. Złota Piłka już może zostać mu wysłana pocztą. Eder w ciągu jednego wieczora został bohaterem, a Santos okrzyknięty czarodziejem. Portugalia od wczoraj świętuje!

Komentarze