Ekstraklasa: Plus i minus trzynastej kolejki

Za nami trzynasta kolejka Ekstraklasy, jedna z tych, po których wybór bohatera i antybohatera weekendu nie należy do najprostszych. O tej serii gier pisaliśmy przed jej startem, że może być pechowa – nic z tych rzeczy. Ani jednego spotkania zakończonego bezbramkowym remisem, grad goli, w tym kilka z najwyższej półki.

No i jak tu wybrać? Pogoń Szczecin i Ruch Chorzów gromiące swoich rywali, Lechia i Piast serwujące nam rewelacyjne widowisko, cztery minuty Zagłębia, które sprowadza Jagiellonię na ziemię. W tym tygodniu postanowiliśmy wyróżnić jednego z zawodników, który miał ogromny wpływ na zwycięstwo swojej ekipy.

Pół – człowiek, pół – litra, potrafiący wykończyć każdą setkę, Sławomir Peszko! Jego Lechia Gdańsk w imponującym stylu pokonała Piasta Gliwice, a nasz kadrowicz był jednym z lepszych zawodników swojej drużyny. Zapracował na to wywalczeniem rzutu karnego, a wcześniej akcją bramkową dającą prowadzenie 1:0, po której Hebert do dzisiaj nie może dojść do siebie.

peszko-celebracja-bramki-laczy-nas-pasja

Nasz plus kolejki wsadził obrońcę Piasta na taką karuzelę, że temu do końca meczu kręciło się w głowie. Peszko w końcu pokazuje dlaczego jest powoływany do reprezentacji i ile może dać drużynie. Lechia naszpikowana jest indywidualnościami, a on ewidentnie jest jedną z nich. W ostatnich czasach bardziej znany z alkoholowych memów niż z boiskowych osiągnieć, w końcu udowadnia, że na polską ligę jest graczem może nie wybitnym, ale dużo więcej niż solidnym. Trzymamy kciuki za utrzymanie tej formy na mecze eliminacyjne do mundialu w Rosji.

Myśląc o minusie przychodzą nam do głowy ekipy Arki Gdynia i Korony Kielce czy wspomniany Hebert, który dał się skręcić Peszce jak junior. Jednak to, co najbardziej nie spodobało nam się w trzynastej serii ekstraklasowych gier, to ogólnie mówiąc – wszystko co złe w meczu Legii Warszawa z Lechem Poznań.

Począwszy od awantury między zawodnikami i członkami sztabów, aż do sędziowskiego błędu, który wypaczył wynik spotkania. Ktoś powie, że przynajmniej były emocje. Fakt, ale jakoś nie możemy zrozumieć napadu furii Arka Malarza, który prawie udusił Kownackiego, czy debilnego zachowania Buricia, który wbiegł z ławki na murawę i prowokował golkipera gospodarzy.

O całym incydencie zapomnieliśmy na chwilę, kiedy to w doliczonym czasie gry zwycięską bramkę dla Legii strzelił Hamalainen, jak się okazało będąc na „kilometrowym spalonym”. Błędy się zdarzają, raz na korzyść, innym razem na niekorzyść każdej z drużyn, ale w takim spotkaniu, w takim momencie, sędzia powinien zachować jednak trochę większą koncentrację. Oby w najbliższym czasie takie wypadki się nie zdarzały, bo zamiast mówić o meczu mówi się tylko o kontrowersjach i pomyłkach.

Komentarze