Dziwne zastosowanie kaloryfera przez kibica Cracovii. Derbowa frustracja

Grali lepiej? Oddali więcej strzałów? Mieli większe posiadanie piłki? Więcej rzutów rożnych? Nie poddali się po stracie trzeciej bramki i zanotowali widowiskowy zryw w końcówce meczu? Wciąż są wyżej w tabeli? Nic, co dobrego można powiedzieć o Cracovii, nie przeważy jednak najważniejszego: wyniku. Czwarte przegrane derby z rzędu stały się faktem. Nie wszyscy byli w stanie się z tym pogodzić.

Wiele osób po wyjściu ze stadionu przy ulicy Reymonta mogło pomyśleć, że to były jedne z najlepszych derbów Krakowa od lat – zarówno na boisku, jak i na trybunach. Wypełniony po brzegi obiekt Wisły, reagujący na wydarzenia boiskowe i śpiewający kibice gospodarzy, głośny sektor gości. Natłok wulgaryzmów był akceptowalny, do większych ekscesów nie doszło, choć bez incydentów się nie obyło.

Pirotechnika jest zakazana, ale nie wzbudza zażenowania. Wyrywanie kaloryferów i przegrana walka z ogrodzeniem, w dodatku kompletnie bezsensowna i bezcelowa, już tak.

Sensu w tym nie ma żadnego. Gość nie tyle nie wzbudza respektu, co uśmiech politowania. Spalone szaliki, flaga z przekreśloną Białą Gwiazdą, przyśpiewki obrażające Wisłę Kraków – to można jakoś wpisać w derbowy obraz. Uderzenie kaloryferem w pleksę, która oddziela kibiców Cracovii od… kibiców Cracovii – już nie.

Czysta frustracja.

Tego zachowania usprawiedliwić się nie da, ale można znaleźć jego przyczynę. Wynik 0:3, nieuchronnie zbliżający się moment przegrania czwartych derbów z rzędu i zapowiedzianego przez spikera Wisły „Time to say goodbye”, fani znienawidzonego klubu wiwatujący na cześć drużyny i swojego kapitana oraz legendy, który strzela trzecią bramkę… Akcja z kaloryferem wciąż jest niewytłumaczalna, ale wiadomo przynajmniej, skąd wzięła się złość i bezsilność.

Piłkarze po meczu też nie udawali choć w małym procencie zadowolonych z dobrej końcówki. – Jesteśmy źli po tym meczu, bo nie tak to sobie układaliśmy w głowach – powiedział Damian Dąbrowski. – Mogę tylko przeprosić kibiców Cracovii – stwierdził zaś trener „Pasów”, Michał Probierz. 
„Mogę tylko przeprosić kibiców” – Michał Probierz

Przyczyn porażki szukać daleko nie trzeba. Mecz ustawiły dwa wstrząsy: najpierw piękny gol Drzazgi, później podwyższenie prowadzenia przez Kolara. – Pierwsze 20 minut spotkania przespaliśmy. Za wolno wychodziliśmy z pressingu, mieliśmy za dużo strat własnych. Bramka na 1:0 napędziła Wisłę – powiedział szkoleniowiec Cracovii.

Bramka otwierająca „Świętą Wojnę” nie tylko napędziła gospodarzy, ale i sporo kontrowersji. Sytuację rozstrzygał VAR, a kwestią sporną było to, czy Kolar przed strzałem swojego kolegi z ataku dopuścił się faulu. – Nie jestem od oceniania sędziów. Co to zmieni? Po meczu możemy już patrzeć tylko przed siebie. Nie mam ukończonego kursu sędziowskiego, by się na tym znać. Po to jest VAR, żeby podejmował takie decyzje.

Innego zdania był Dąbrowski, który skomentował sytuację przy pierwszej bramce: – Dowiedzieliśmy się po meczu na chłodno, że był faul. Nawet pan Sławek w Lidze+ Extra tak powiedział, a przecież on zwykle stara bronić się sędziów. Szkoda, le to nie VAR zawinił tylko nasz przespany początek. 

Środkowy pomocnik i trener „Pasów” byli jednak zgodni, że wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby to Cracovia strzeliła trzecią bramkę w tym meczu, a nie Kuba Błaszczykowski. – Kluczowy był moment, kiedy Wdowiak wyszedł sam na sam. Strzelając bramkę na 2:1 wrócilibyśmy do gry. Mieliśmy później momenty, w których dominowaliśmy i zepchnęliśmy Wisłę do defensywy. Indywidualność Kuby, która pozwoliła mu wykończyć bardzo trudną sytuację i strzelić na 3:0, sprawiła, że było bardzo trudno odwrócić losy spotkania. Wierzyłem jednak do końca. Miałem przeczucie, że będziemy walczyć.

Cracovia odrobiła dwie bramki, ale ostatecznie trzy punkty i tak zostały na Reymonta.

Faktycznie, można zespół Michała Probierza – niezbyt przychylnie przyjętego przez kibiców swojego byłego klubu, co w sumie jest zrozumiałe – pochwalić za to, że się nie poddał w niemal beznadziejnej sytuacji. – Nie weszliśmy dobrze w spotkanie, choć chcieliśmy odbudować grę i poniekąd nam się to udawało. Mieliśmy dobre sytuacje. Może gdybyśmy wrócili do meczu przy stanie 2:0, strzelając na 2:1, to udałoby się wywieźć stąd korzystny rezultat? – zastanawia się Dąbrowski.

– Dwa strzały Wisły przed przerwą i gol Kuby nas nie dobiły, bo wzięliśmy się w garść i prowadziliśmy grę, dochodziliśmy do okazji. Brakowało nam wykończenia – mówi pomocnik, choć dla kibiców to marne pocieszenie. Kolejne derby, kolejna porażka – już czwarta. Choć Dąbrowski przyznał, że ta seria nie miała znaczenia, kibice klubu z ul. Kałuży mają pewnie odmienne zdanie.

– Czwarty przegrany mecz derbowy? Nie liczę tego, średnio mnie to interesuje. Ten mecz był dla mnie najważniejszy. Przegrywamy i to się liczy. To, że czwarty raz to nie jest ważne. Może się jednak okazać, że za chwilę znów się z Wisłą spotkamy – stwierdził Dąbrowski.

– Szkoda, że nie wpadł strzał Cabrery z głowy. Może zaczęlibyśmy come-back trochę wcześniej i wtedy by się udał. Zdobyliśmy później dwie bramki, ale nie udało się choćby zremisować. W piłce trzeba mieć pokorę i czasami przyjąć to, nie szukając winy gdzieś indziej – przytomnie zauważył Probierz.

Dąbrowski: – Dobrze, że przed nami przerwa reprezentacyjna. Jeśli chodzi o samą grę – uważam, że nie jesteśmy w złej dyspozycji. Musimy na pewno przeanalizować ten mecz, wyłapać niuanse, mamy na to czas. Jesteśmy źli, ale musimy tą złość wyrzucić. Różnice dzielące zespoły walczące o ósemkę są niewielkie, więc trzeba wygrać następne mecze i w niej zostać, a jeśli oba zespoły znajdą się w grupie mistrzowskiej – czekać na rewanż i wtedy zwyciężyć.