Dwie dekady ateizmu

Równo dwadzieścia lat temu „pas” powiedział Diego Armando Maradona. Nie był najskuteczniejszy, najszybszy, najbardziej wytrzymały, a złośliwi dorzucą, że najmądrzejszy też nie. Nie przeszkadzało to jednak „boskiemu” w byciu najlepszym z najlepszych. Książek na jego temat napisano tyle, ile powinien zgarnąć Złotych Piłek. Tekstów biograficznych w najróżniejszych gazetach i portalach powstało więcej, niż Diego strzelił bramek w całej swojej karierze. To nie będzie kolejny z nich.

Chociaż warto przypominać fantastyczny rajd z Anglią, zdobyty niemal w pojedynkę tytuł mistrza świata, Puchar UEFA i pierwsze po 60 latach mistrzostwo Włoch z Napoli, trzykrotną koronę króla strzelców w lidze hiszpańskiej, tytuł w Argentynie z Boca Juniors – to wszystko już wiemy. Dlaczego natomiast przypominać warto? W czym tkwi fenomen tego chłopaka z argentyńskich slumsów, który stał się najwybitniejszym futbolistą w historii?

Jak jeden z nas, a jednak lepszy

Gdyby ktoś w Hollywood spróbował wymyślić podobną historię, napisany przez niego scenariusz wylądowałby w pierwszym lepszym koszu. Życie Diego Armando Maradony to rollercoaster ze zbyt wieloma zakrętami, momentami chwały i sięganiem dna nawet dla typowego filmu rodem z kalifornijskiej wytwórni. Wyciągnięty ze slumsów chłopak, który wyborną grą w piłkę podbija świat? To jeszcze jest do przyjęcia, ale mityczna opowieść o Maradonie wykracza daleko poza ten dość popularny schemat.

Grał i wygrywał z największymi futbolowego świata. Tu z Franco Baresim.

Wszystko zaczęło się na… wojnie. Należące do Brytyjczyków wyspy na południowym Atlantyku zostały zaatakowane przez wojska argentyńskie wiosną 1982 roku. Po tym konflikcie zbrojnym Falklandy pozostały jednak we władaniu Wielkiej Brytanii, a rządząca Argentyną wojskowa junta upadła. Świeża argentyńska rana została rozdrapana, kiedy to zwaśnione kraje spotkały się ze sobą w ćwierćfinale Mistrzostw Świata w Meksyku. Przebieg tamtego spotkania zna każdy, kto choćby w minimalnym stopniu interesuje się futbolem. Rajd przez 60 metrów zakończony golem, o którym świat zapomni jako ostatnim, poprzedziła „Ręka Boga”.

Maradona doskonale wiedział, co oznaczało to zwycięstwo i rozbudowywał swoją legendę grając na patriotycznych nutach. Wprowadził w życie narrację: Bóg wstawił się za biednymi Argentyńczykami, którzy za pomocą sprytu swojej „dziesiątki” oszukali znienawidzonych Anglików.

W kraju przyjęto haniebny dla reszty świata czyn z zachwytem, a nie potępieniem. Maradonę porównywano nawet do José de San Martína, XIX-wiecznego generała, który wyzwolił państwo spod kolonialnego ucisku.

Cały świat we łzach

Maradona miał to coś, że pociągał za sobą miliony. Upadał wiele razy, niemal cały piłkarski świat upadał razem z nim. Gdy świętował zdobycie ważnego trofeum, huk strzelających od szampana korków słychać było od Grenlandii po Australię. Gdy płakał, nawet deszcz wydawał się być łzami Najwyższego.

Tak, jak w 1990 roku. Obronę tytułu na Mundialu we Włoszech uniemożliwił mu w finale sędzia Codesal, o którym powie później, że gdyby zobaczył tego arbitra na pustyni proszącego o wodę, rzuciłby mu sardelę (wyjątkowo słona ryba) i kontynuował podróż.

Podczas siedmioletniego pobytu we Włoszech przeszedł aż 25 kontroli antydopingowych. Dopiero w 1991 dała ona wynik pozytywny, choć podobno wcześniej do zmylenia włoskich komisji używał… plastikowego penisa. Nie zażywał jednak czegoś, co miało mu pomóc. Wykryto kokainę, która dziewięć lat później mogła go zabić. W jego organizmie wykryto takie ilości białego proszku, jakie mogłyby posłać do piachu każdego przeciętnego człowieka. Ale nie Diego.

Warto dodać, że w odnoszeniu tych sukcesów nie pomagali mu Xavi, Iniesta, Puyol, Henry, Mascherano, Aguero czy di Maria. Liczył się tylko on, oczy wszystkich skierowane były właśnie w jego stronę. Maradona dźwigał presję i zwyciężał. Nawet wtedy, gdy został celem numer jeden rzeźników z Bilbao, a kilka lat później kochająca go wówczas włoska publiczność wygwizdała argentyński hymn.

Boskim czyni pierwiastek ludzki

Było jednak w Maradonie coś więcej, niż tylko nieziemskie umiejętności. Jakby nad nim unosiła się jakaś aura, która hipnotyzowała ludzi. Założyli oni nawet Kościół Maradoński, zrzeszający setki tysięcy fanatyków z całego świata – oszalałych na punkcie swojego boga na tyle, że w dziewiątym przykazaniu kościoła Iglesia Maradoniana zobowiązują się do nadawania swoim synom drugiego imienia „Diego”. Kontrowersyjny i skandaliczny „El Pelusa” to zupełne przeciwieństwo nijakiego poza boiskiem Messiego. Z jednej strony założony na jego cześć kościół, z drugiej – wybór przez “La Repubblica” na najbardziej znienawidzonego człowieka świata w 1990 roku (drugie miejsce zajął Saddam Husajn).

Swego czasu był 2. najbardziej znienawidzonym człowiekiem świata. W Brazylii nigdy jednak nie oddał pierwszego miejsca w tej kategorii.

Ludzie w Argentynie Maradonę jednak kochają bezgranicznie. Także z czysto ludzkiego powodu. Były gwiazdor Napoli ma ten pierwiastek człowieczeństwa, który objawiał się w zagraniach ręką, kokainie, kontaktach z mafią, więzieniem czy nieprzyzwoitej otyłości. Jednocześnie był wielki i mały. Nieprawdopodobnie uzdolniony człowiek, który jednak jest zbudowany z krwi i kości.

Leo Messi kilka lat temu mówił, że porównania z boskim Diego są nie na miejscu, a sam byłby szczęśliwy, gdyby mógł zostać jego… butem, czy nawet sznurowadłem.

Porównań gwiazdor Barcelony jednak nie uniknie. Być może obecny bohater Albicelestes strzela więcej, jest bardziej regularny, ale nie ma „tego czegoś”. Jest bezbarwny. W przeciwieństwie do Diego Armando, który o sobie mówił, że może być biały albo czarny, ale nigdy nie będzie szary.

Książki o Messim: tu trzy gole, tam dwa, tu pięć, później kontuzja, powrót, Złota Piłka, kilka hat-tricków, Złota Piłka, mistrzostwo, Złota Piłka, tu trzy gole…

Książki o Maradonie: seks, skandale, kokaina, własny kościół, neapolitańska mafia, Che Guevara na ramieniu, spotkania z Fidelem Castro, strzelanie z wiatrówki do dziennikarzy, bójki na boisku, konflikty z FIFA, zawały i mocno przesadzone pogłoski o śmierci, własny reality show, operacje zmniejszenia żołądka, żółtaczka, depresja, nadużywanie alkoholu, zmartwychwstanie, objęcie reprezentacji i nie musimy chyba mówić, że to nie wszystko.

Najlepszy? Bezapelacyjnie

Pele? Wygrywał mundial nie raz i nastrzelał 1000 bramek, ale amerykańskim i brazylijskim golkiperom. W Europie nic nie osiągnął, żadnego ważnego klubowego trofeum nie podniósł. Ronaldo? Ma wszystko oprócz Mistrzostwa Świata, ale to genialny, pracowity, ale jednak – robot. Piłkarska wersja Kena. Best? Sam przyznał, że wiele swojej kariery przepił, inaczej nie usłyszelibyśmy o Pele. Dobrze, że Maradona swojej nie zdążył przećpać.

Z prezesem PZPN, Zbigniewem Bońkiem (źródło: twitter.com/BoniekZibi)

Żeby było jasne: wszyscy wymienieni wyżej, ale też wielu innych pominiętych to fantastyczni piłkarze. Mają swoje argumenty, by być numerem jeden w historii największej dyscypliny na świecie. Maradona miał jednak coś więcej. Nieuchwytny dla innych bonus. Żeby odpowiedzieć na pytanie, kto najlepiej piłkę kopał, trzeba odpowiedzieć na pytanie: na czym ona tak naprawdę polega? Na trafieniu w biały prostokąt, odpowiecie. Prawda, ale gdyby tak spłycić futbol, nie różniłby się on wiele od snookera czy curlingu.

Odpowiedź brzmi: emocje. Tu chodzi o to, by komuś chciało się wystać w kolejce po bilet, zmarznąć i zmoknąć na trybunach, a i tak wyjść zadowolonym. Tak, by przez kilka kolejnych dni przeskakiwać z nogi na nogę w oczekiwaniu kolejnego pierwszego gwizdka, ewentualnie: włączyć nie Taniec z Gwiazdami czy wybrać się do kina, a przełączyć na kanał telewizyjny transmitujący 22 facetów biegających po trawie za piłką. Krzyczeć „gol” gdy idzie albo nazwę najstarszego zawodu świata gdy idzie gorzej.

Maradona to gwarantował. Wszystko: od kontrowersji i skandali, po boiskową magię, piłkarski artyzm i futbolowe czary, aż po bramki, zwycięstwa i trofea.  Miał swoje wady, ale były one budulcowymi tej argentyńskiej legendy.

Dwadzieścia lat temu odszedł najlepiej, jak mógł: na swoim ukochanym La Bombonera, wygrywając derby ze znienawidzonym River Plate, zastąpiony przez Juana Romana Riquelme – piłkarza z mniejszego formatu, ale również niebanalnego. I tylko nie pasuje to, że mistrzem koniec końców w tamtym sezonie został River. Chociaż gdyby tytuł święciło Boca, byłoby zbyt cukierkowo. Zupełnie nie po maradońsku…

Komentarze