Dość populizmów. Obalamy mit złych obcokrajowców i czerwonego dywanu dla młodych

Gdyby zapytać piłkarzy, trenerów, działaczy, dziennikarzy i kibiców: "Co z polską Ekstraklasą jest nie tak?", większość odpowiedzi oscylowałaby wokół haseł o tym, by zmniejszyć liczbę obcokrajowców i wreszcie dać szansę gry młodym Polakom. Populizm, podchwycony przez włodarzy polskiej piłki, nie ma jednak wiele wspólnego z faktami.

Wracamy z meczu, przed stadionem korek. Jeden z pasażerów, któremu zaczęła doskwierać nuda, wypalił: „Proszę cię, rusz chociaż metr – żeby było, że jedziemy!”. To tak jak w polskiej piłce: zmieńmy jakiś przepis żeby nie było, że nic nie robimy! Chociaż w korkach stoimy od dawna, a reszta aut zdaje się coraz bardziej odjeżdżać…

Zmiana dla zmiany. Sztuka dla sztuki.

Tak popularna w wielu przecież dziedzinach. Każdy chce zaznaczyć swoją obecność, wprowadzając w życie słynne zdanie Marka Hłaski: „Czasem nie chodzi o to, by zmieniło się na lepsze. Czasem chodzi o to, by zmieniło się cokolwiek”. I zmieniają cokolwiek, w polskiej piłce również. Zwykle pod publiczkę, która w większości zmianami się cieszy.

Przepis o limicie obcokrajowców? „Świetny! Dlaczego ma grać ten zagraniczny szrot? To u nas piłkarzy nie ma?”.

Jak widać – nie ma. Pal licho, że obcokrajowców u Ekstraklasie i tak jest znacznie mniejszy odsetek (33%) niż w najlepszych ligach świata (Anglia 67%, Niemcy 51%, Francja 41%, Hiszpania 40%). Nic to, że to właśnie obcokrajowcy ciągną ten wózek – chociaż Zbigniew Boniek niedawno upierał się, że tak nie jest i pytał o piłkarzy z zagranicznym obywatelstwem, którzy faktycznie podnoszą poziom.

Znacznie trudniej byłoby wymienić tych z polskim. Najlepszym strzelcem w poprzednim sezonie wśród Polaków był 36-letni Marcin Robak, drugim – środkowy pomocnik Filip Starzyński. Na 15 piłkarzy z największym dorobkiem strzeleckim było zaledwie trzech zawodników urodzonych nad Wisłą. Na 11 asystentów – również tylko trzech Polaków, chociaż jest ich w Ekstraklasie dwie trzecie.

Przepis o limicie graczy spoza Unii został na szczęście zniesiony – pewnie dlatego, że był zbyt absurdalny. Dopuszczał sytuacje, w której drużyna mogła wystawić do gry jedenastu Słowaków i Czechów, ale już zespół z ośmioma Polakami i trzema Brazylijczykami grać nie mógł. Z promowaniem Polaków nie miało to nic wspólnego. Przed wprowadzeniem limitu było ich 72.4%, trzy lata później – zaledwie 56%. W żadnej lidze świata nie było takiego spadku punktów procentowych krajowych zawodników w tym okresie. Co ciekawe, po zniesieniu limitu liczba piłkarzy z polskim paszportem… wzrosła do 66.3%.

W sezonie 2018/19 grało ich niemal dwustu (dokładnie 198). W obecnym ich liczba, mimo uwolnienia rynku na piłkarzy spoza Europy, zmniejszyła się o trzydziestu. W większości klubów Ekstraklasy (Piast, Arka, Śląsk, Raków, Lechia, ŁKS, Wisła Płock, Wisła Kraków, Zagłębie) Polacy spędzają na boisku więcej czasu niż obcokrajowcy.

Przepis o młodzieżowcu? „Genialny, bo jak można być przeciwko temu, by grali młodzi Polacy? Teraz odpadamy z pucharów bez młodych, więc co to za różnica, jeśli zrobimy to z nimi?”.

Frédéric Bastiat napisał lata temu świetną książkę: „Co widać i czego nie widać”, w której pochylił się nad dwunastoma problemami ekonomicznymi. Jednym z nich był przykład „rozbitej szyby”. Chuligan rozbił piekarzowi szybę wartą 300 złotych. Tłum zebrany pod piekarnią szepcze jednak o pozytywnych skutkach tego zdarzenia: w końcu dzięki temu piekarz da zatrudnienie szklarzowi, który zarobi 300 złotych. To widzimy. Czego nie widzimy? Tego, że pieniądze wydane na szybę mogły być wydane na coś innego. Piekarz mógł za nie kupić buty i dać zarobić 300 złotych szewcowi. Miałby dzięki temu i buty, i szybę. Tych pierwszych mieć nie będzie, a strata szewca jest niewidoczna i zapominana. Gospodarka nie się rozwinęła o nowe buty – bo ktoś zbił szybę…

Co widzimy w Ekstraklasie? Minimum szesnastu młodych Polaków w każdej kolejce, którzy spędzają na boisku co najmniej po 90 minut. Czego nie widzimy? Po pierwsze tego, że wielu z nich i tak grało w Ekstraklasie bez tego przepisu, bowiem albo było to opłacalne dla klubów w kontekście ich sprzedaży do zagranicznego klubu, albo wiek nie miał żadnego znaczenia, bo młody piłkarz i tak był lepszy od swojego konkurenta. Łatwo dojść do wniosku, że przepis promuje nierówną konkurencję, z której korzystają słabsi od rywali.

Po drugie, nie widzimy trzech lub czterech młodych piłkarzy w kadrach drużyn Ekstraklasowych, którzy przezornie zatrzymali ich u siebie w słusznej obawie przed kartkami czy kontuzjami podstawowych młodzieżowców. Dotychczas młodzi, którzy nie mieli szans na grę wypożyczani byli do klubów pierwszej i drugiej ligi, zbierali doświadczenie i wracali jako lepsi piłkarze, już zdolni wygryźć konkurentów na swojej pozycji. Tak było z Gumnym, Bednarkiem, Bidą i wieloma innymi.

Gdy młodzieżowcy strzelają bramki, słyszymy, że to „dzięki przepisowi!”. Nie widzimy tego, że właśnie przez to, że go kiedyś nie było – mogli się naturalnie rozwijać, bez rzucania na głęboką wodę. Może dzięki temu teraz strzelają? Być może przez przepis następni młodzieżowcy strzelać już nie będą? Teraz, w kluczowym wieku dla piłkarza, wielu młodych albo się na głębokiej wodzie topi, albo na grę liczyć nie może – zamiast tego czeka, aż podstawowy młodzieżowiec z jakiegoś powodu wypadnie z gry.

Nie widzimy też zmian w psychice tych młodych piłkarzy, którzy grali nie dlatego, że byli lepsi – tylko ze względu na przepis. Tych, przed którymi zostaje rozkładany czerwony dywan do wyjściowej jedenastki ze względu na numer PESEL, a gdy skończy im się status młodzieżowca – ktoś dywan zwija, wyprasza z imprezy i zostawia samych sobie. Często z podniesionym ego, a jednocześnie ze stępioną od darmowej gry ambicją. Swojego miejsca nie musieli przecież wyszarpać, nie musieli robić wszystkiego, by być lepszym od doświadczonych kolegów i wywalczyć plac. Musieli być młodzi. Niższe ligi, w których ten przepis od jakiegoś czasu obowiązuje, są pełne takich przypadków.

„Słyszę takie zdania, które mnie bardzo irytują. Na przykład takie, że młodzi piłkarze będą mieli miejsca w składzie za darmo. To absurd. Żaden gracz, który wchodzi do Ekstraklasy, nie dostaje nic za darmo. Inaczej jest z obcokrajowcami, którzy to miejsce dostają za darmo” – mówił Boniek w „Prawdzie Futbolu”, zupełnie mijając się z faktami.

Fakty są takie, że przepisu o przymusie gry obcokrajowcem nie ma – o młodzieżowcu jest. Młodzieżowiec dostaje miejsce za darmo, bo tak mówią przepisy – że nawet jeśli jest słabszy, to musi grać i już. Obcokrajowiec, gdy jest słabszy od innych, po prostu nie gra. Nie dostaje miejsca za darmo, tylko po prostu na nie zasługuje.

Jevtić, Ramirez, Mladenović, Paixao, Carlitos, Angulo, Gytkjaer, Gwilia, Imaz, Haraslin, Tiba, Kozulj, Felix i wielu innych nie grają dlatego, że są obcokrajowcami – tylko dlatego, że nie ma od nich lepszych Polaków na tych pozycjach. I to jest problem.

To tak jak z bezdomnym, przykrytym łachmanami, od którego cuchnie na kilkanaście metrów. Czy jego problemy zostałyby rozwiązane przez przepis, zgodnie z którym musiałby założyć nowe ciuchy? Nie, bo nie ma na nie pieniędzy. Moglibyśmy mu je dać, ale to tylko przykryłoby skutek, nie robiąc nic z przyczyną kłopotów. Co mogłoby poprawić jego sytuację? Znalezienie pracy, regularna pensja i możliwość kupowania ubrań za własne pieniądze. Te, które otrzymał w prezencie za chwilę znów stałyby się brudne i stare. Nawet w „Karierze Nikosia Dyzmy” tytułowy bohater mówił, żeby nie dawać rybakowi ryby, którą zje i dalej będzie głodny – tylko wędkę, żeby sam mógł łowić.

Polska piłka próbuje stworzyć iluzję ładnego wyglądu i stawia na rybę zamiast wędki. Wprowadzimy obowiązek grania młodzieżowcem – zamiast tak wyszkolić młodzieżowców, by żaden przepis nie był im potrzebny. Ponarzekamy na obcokrajowców, zaczniemy im kłaść kłody pod nogi limitami (na szczęście już zniesionymi) – zamiast sprawić, by Polacy byli od nich lepsi i naturalnie wypierali ich ze składu.

Herbata nie robi się słodsza od mieszania, ustawą nie zniesie się ubóstwa, a przepisami – nie naprawi polskiej piłki. Te sztuczne zaostrzenia nie działają, natomiast bałagan przez nie wywoływany wręcz szkodzi. Trudniej prowadzić długofalową politykę transferową, skoro co chwilę ktoś wyskakuje z nowymi „zbawiennymi” pomysłami.

Zamiast kombinować, jak pstryknięciem palcami i odpowiednimi zapisami w regulaminach wprowadzić nasz futbol na salony – lepiej byłoby mozolnie pracować od podstaw. Nad tym, by piłką nożna zarazić jak najwięcej dzieciaków, by dbać o poziom infrastruktury, o jak najlepsze wyszkolenie trenerów, którzy z tej ilości – na odpowiednich boiskach – wydobędą jakość. Bez fajerwerków, ale konsekwentnie i najlepiej, jak można, cierpliwie czekając na efekty. Nawet jeśli dobry wizerunek można osiągnąć szybszymi, populistycznymi metodami…

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem