Dlaczego seria Probierza i Cracovii może cieszyć (prawie) wszystkich?

Prawdopodobnie nie ma takiego argumentu, który sprawiłby, że seria siedmiu wygranych meczów Cracovii zadowoliłaby kibica Wisły Kraków. Szanujemy taką postawę i nie zamierzamy z nią dyskutować. Istnieją jednak co najmniej dwa powody, dla których powodzenie misji Michała Probierza w klubie z ul. Kałuży może być przyjęte z zadowoleniem przez przeciętnego kibica piłki nożnej w Polsce.

Sześć kolejek, dwa punkty, mizerna gra i wyrzucenie na trybuny za próbkę umiejętności rodem z MMA – tak wyglądał Probierz i jego Cracovia na starcie sezonu. Wylało się prawdziwe szambo, a trenera „Pasów” wyszydzano za słowa, którymi zaskoczył wszystkich przed sezonem o tym, że jego zespół będzie walczył o mistrzostwo Polski.

– Mnie interesuje mistrzostwo Polski. Na starcie wszyscy mają zero punktów, więc nie ma powodu, byśmy nie walczyli o pierwsze miejsce. A życie to zweryfikuje – powiedział Probierz w Przeglądzie Sportowym przed startem ligi.

Banał? W polskiej piłce – ewenement. Takie słowa to rzadkość, towar nie tyle deficytowy, co niemal niedostępny na rynku. Z braku laku o tytuł zawsze walczy Legia, bo wśród niewidomych często tylko ona coś widzi, choć także tylko w okularach. Reszta bezpiecznie: górna ósemka, spokojne utrzymanie, czyste kapcie. Ziew.

Legia zgarniała co roku tytuł, bo nawet gdy zawodziła to wciąż aktualne było pytanie – jeśli nie ona: to kto? Nikt, bo nikt oprócz niej głośno sobie takich celów nie stawiał. Bał się o tym nawet pomyśleć, bo zaraz go – tak, jak Michała Probierza – wyśmieją, zaczną szydzić, ironizować, wbijać szpilki. Banda tchórzy terroryzująca tych, którzy ośmielają się wychylić głowę. Ściągająca za nogi i sprowadzająca na ziemię tych, którzy choćby pomyśleli o lataniu. O nic nie walczyć, nic nie osiągnąć – jakże genialne w swojej prostocie, prawda?

Szkoda tylko, że nieefektywne. To droga donikąd, którą dostrzegają kibice. W każdym klubie, który jest uwięziony przez „bezpieczny środek tabeli”, frekwencja raczej rozczarowuje niż zaskakuje. Nawet na – liderującą przecież! – Lechię Gdańsk nie przychodzą tłumy. Powód? Bardzo prosty. Kibice chcą dopingować zespół w realizacji… czegoś. Nie niczego. Nie beznamiętnego trwania. Marazmu. Kibic musi czuć kierunek i cel, do którego wraz z drużyną zmierza. Dlatego na odradzający się w czwarto-, trzecio- i drugoligowych realiach Widzew chodzi 17 tysięcy kibiców, a na wegetujący kilka lat wcześniej pod wodzami Sylwestra Cacka sześć czy siedem. Dlatego Wisła Kraków odbudowująca się, walcząca o przetrwanie i każdy kolejny punkt zanotowała klubowy rekord sprzedaży karnetów.

Jeśli mielibyśmy kupić bilet na mecz którejś z drużyn, to wybralibyśmy taką, która nie boi się wygrywać i chce wygrywać. Nawet, jeśli się nie uda, bo przecież taki jest sport – przynajmniej ma taką ambicję i głośno mówi oczywistość, która jest u nas uznawana za przejaw szaleństwa. Dlatego cieszymy się, że odważnemu Probierzowi nie tylko udało się wygrzebać z ogromnego dołka, ale też wygrywać. I to regularnie! Siedem zwycięstw z rzędu w Ekstraklasie – lidze dość przypadkowej – to naprawdę nie lada wyczyn. Dlaczego to robi? Może dlatego, że konsekwentnie w coś wierzy? Że nie wychodzi na kolejny mecz tylko po to, by go odbębnić?

Po pierwsze: bezkompromisowość. Po drugie: „Pasy” to dobry przykład wszystkich klubów, że warto trenerowi zaufać, wyjść z kryzysu i pokazać zawodnikom, że mają szefa który rządzi, a nie którego można zwolnić.

W czasach, gdy ogon macha psem, a piłkarze nawet takich gigantów jak Manchester United potrafią grać przeciwko przełożonemu – to dobre zjawisko. Dzięki temu, a także odpowiedniemu podejściu Cracovia gra by wygrać każdy kolejny mecz. No bo przecież nie położyć się, pospacerować, dostać trójkę, spuścić głowy i zejść z boiska? Wygranie wszystkich meczów da mistrzostwo Polski. Po co grać, jeśli nie chce się wygrać? Nie mamy pojęcia. Przy tej beznamiętnej, żeby nie powiedzieć bezjajecznej konkurencji „Pasy” pod batutą Probierza jawią się jako drużyna, która nie boi się marzyć. Może to nie przypadek, że akurat stamtąd na podbój wielkiego świata ruszył Krzysztof Piątek?