Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Dlaczego rozumiem kibiców Lecha Poznań?

Wypędzić kiboli! Zamykać stadiony! Rozwiązać ligę! – to tylko niektóre postulaty po tym, jak kibice Lecha Poznań doprowadzili do przerwania gry w końcówce meczu z Legią Warszawa. Choć niewielu używało słowa „kibice”. Pojawiali się raczej troglodyci, debile, bandyci, głupcy, sabotażyści. Hołota, patologia, margines, dno? Tutaj tego nie przeczytacie, bo może nie popieram, ale doskonale ich rozumiem.

Wiadomo było, że ten sezon zakończy się wielką porażką, ale w ostatniej kolejce można było jeszcze uniknąć kompromitacji. Wystarczyło pokonać w ostatniej kolejce największego wroga i liczyć, że Jagiellonia Białystok wygra u siebie z Wisłą Płock, by przynajmniej otrzeć lecące od dobrych kilku dni kibicowskie łzy. Piłkarze „Kolejorza” w ostatnim roku przegrali finał Pucharu Polski, nie zdobyli tytułu mistrzowskiego, odpadli szybko z europejskich pucharów, znów musieli się obejść smakiem w krajowym pucharze, a także ponownie w polskiej Ekstraklasie. Po raz 23. w ostatnich 25 latach Lech Poznań był niżej w ligowej tabeli od największego wroga.

Marnym, ale jednak pocieszeniem byłoby utarcie mu nosa na ostatniej prostej. Wytrącenie pucharu za 13. mistrzostwo Polski z rąk w ostatniej chwili.

Nie udało się. Legia Warszawa w 77. minucie prowadziła 2:0 i nic nie wskazywało na to, by „Kolejorz” miał zaliczyć fenomenalną końcówkę i strzelić trzy bramki. Kibice zdjęli wszystkie flagi z płotu i wywiesili jeden, za to bardzo wymowny transparent: „Mamy k*rwa dość”. Dość minimalizmu, dość Zarządu, dość piłkarzy, dość trenerów, dość wieloletniego upokarzania. W ciągu ostatnich ośmiu lat tylko raz cieszyli się z poważnego trofeum. Frustracja zbierała się w nich od dawna, a w momencie beznadziejnym eksplodowała.

Można mieć pretensje, że ktoś uszkodził płot (słuszne). Że wrzucił racę na murawę, że pokazał dupę kibicom Legii, że zaczął wykrzykiwać wulgaryzmy. „Dałoby się to załatwić lepiej”, głoszą niektórzy kibice. Niestety, nie dając w zamian żadnych rozwiązań. Co mieli zrobić fani Lecha, by ich sprzeciw wobec zaistniałej sytuacji został pokazany i odbił się szerokim echem?

Zmienić zdjęcie profilowe na Facebooku? Wywiesić transparent, który zobaczyliby tylko ci, którzy i tak są organizacyjno-sportową sytuacją w stolicy Wielkopolski zażenowani? Bo przecież nikt nie pokazałby go w telewizji, a działacze zgrabnie patrzyliby w każdym innym kierunku. Mieli napisać list otwarty do władz? Przyjść z białymi chusteczkami? Tupnąć nogą na trybunie? Zaspamować skrzynki mailowe klubu?

Idealnie byłoby, gdyby wystarczyło kilka twittów i sprawa zostałaby wyjaśniona. Rzeczywistość jednak brutalnie weryfikuje utopijne idee. Świat idealny to świat bez wojen, ale jednocześnie każdy kraj wydaje mnóstwo pieniędzy na zbrojenia. Niektóre rzeczy są nie tyle dobre, co konieczne. Kibice Lecha pewnie woleliby pić szampana i cieszyć się z mistrzostwa, ale niestety – byli zmuszeni zareagować. Wybrali taką, a nie inną formę? Widocznie uznali, że koniec z półśrodkami. Nie robili nic dobrego, ale w ich mniemaniu: koniecznego. I można tego nie popierać, ale wypada zrozumieć.

Gdy górnicy protestują – nie robią tego w łazience między prysznicem a umywalką, tylko na ulicy. Palą opony, blokują ruch drogowy, wytwarzają spore zamieszanie i dużo hałasu. Pokazuje ich telewizja, mówi się o tym w internecie. O to im przecież chodzi: o rozgłos, bez którego nie udałoby im się wywalczyć tego, czego oczekują. Nie obchodzi ich to, co myślą nie-górnicy i czy gdzieś w mediach trąbią o tym, że to „szkodzi wizerunkowi Polski”.

Swoją drogą, ciekawe jest też to, że gdy dochodzi do czegoś takiego na ulicach – nikt nie wpada na pomysł ukarania właściciela ulicy (czyli samorządu). Gdy dochodzi do masakry w szkole, w której uczeń strzela do innych uczniów, nie zamyka się placówki ani nie karze jej finansowo. Gdy na dyskotece dwóch pijanych gości zaczyna się szarpać – wyprowadza się ich z lokalu, a nie ogłasza, że przez najbliższe 3 miesiące klub będzie nieczynny. Dlaczego więc za chuligaństwo na stadionie karze się zarówno kluby (kary finansowe), jak i wszystkich kibiców (zakazy wyjazdowe, zamknięcie stadionu)?

Wracając do sedna: czy z problemem chuligańskim mieliśmy do czynienia w Poznaniu?

Pewnie olbrzymia większość czytających ten tekst będzie zszokowana, ale uważam, że… nie. Nikomu nic się nie stało, nikt nie ucierpiał. Jedyna zmiana to ta wyniku, z 0:2 na 0:3, choć umówmy się: to kosmetyka. Tej niedzieli przy Bułgarskiej nikt nie wbiegł na murawę po to, by urozmaicić sobie codzienność uderzeniem kogoś w twarz. Nie rzucił świecy dymnej czy racy na murawę, bo akurat go zaswędziała ręka.

To był protest. Zaplanowany, świadomy oraz – jakkolwiek dziwnie to zabrzmi – uzasadniony.

Na murawę nie wbiegli ludzie o krystalicznie czystej przeszłości. Pewnie wielu z nich ma sporo na sumieniu, ale gdy przerywali mecz – niemal cały stadion przyglądał się temu ze zrozumieniem, a oklaskami wręcz wyrażał poparcie. Zarówno ci, którzy utożsamiają się z ruchem ultras czy hools, jak i ci, którzy z kibolstwem mają tyle wspólnego, co Mariusz Pudzianowski z baletem. To był sprzeciw jeśli nie wszystkich, to na pewno większości fanów Kolejorza.

Lepszego momentu do jego przeprowadzenia nie było. Lech właśnie był upokarzany przez największego wroga, a o tym, co czuli wówczas zakochani w niebiesko-białych barwach kibice, wszyscy dziennikarze, influenserzy, maveni i opinioniści mogą sobie tylko wyobrazić. Nie było szans na mistrzostwo, nie było szans na odebranie tytułu rywalowi, nie było już nic do stracenia. Poza tym, mecz pokazywała Telewizja Polska, więc o rozgłos (jedną z dwóch podstaw protestu) fani mogli być spokojni.

Nikt nie zastanawia się jednak: dlaczego ci ludzie wyrazili sprzeciw? Z miejsca nazywa się ich bandziorami, stawia odważne tezy na temat rozwiązania całej ligi i futbolu w Polsce, przywołuje władze do ostrej reakcji. Histeria w polskich mediach jest zdecydowanie przesadzona, bo na dobrą sprawę naprawdę niewiele się stało.

Przerwano mecz, zweryfikowany później jako walkower. Na kilka sekund kilkadziesiąt osób wbiegło na murawę, by rzucić świece dymne trochę dalej od sektora. Wkroczyła policja, ale nikt się z nią nie bił, tylko w biegu wrócił na miejsce. W porównaniu do wyrzutni rac na derbach Krakowa, w Poznaniu odbył się piknik, w którym rozlał się sok i ubrudził kocyk. Dlaczego?

Załóżmy, że kibice Lecha to mąż, a klub jest jego miłością, czyli żoną.

Wiedział, że ukochana nie jest sobą od jakiegoś czasu i coś podejrzewał, aż pewnego dnia nakrył ją z kochankiem we własnym domu, w małżeńskim łożu. Jak mógł zareagować? Pewnie lepiej, gdyby podał jej rękę, przytulił, wybaczył. Ma prawo czuć niesmak, więc może nawet przelać na papier swoje myśli i wręczyć jej list? Być może starać się z nią porozmawiać, znaleźć konsensus, a może zakolegować z nowym partnerem żony?

Kibic to jednak nie jest mięczak, a mężczyzna. Wkurzył się, poniosły go emocje. Przewrócił stół, potłukł talerze, skopał drzwi. Media przedstawiają go tak, jakby skatował żonę i pobił na śmierć kochanka, ale on tylko kazał im się wynieść. Nie używał parlamentarnego języka, może popchnął ich w kierunku drzwi, ale w całej beznadziejnej sytuacji zachował odrobinę rozsądku. Można płakać, że się nie pogodził z decyzją, delikatnie zdewastował własne mieszkanie, ale… miał do tego prawo.

To jego dom, tak jak domem kibiców Lecha jest ich stadion. Miał prawo wyrazić swoją dezaprobatę w konkretny sposób, jeśli nie przekroczył pewnych granic. Sąsiedzi mogą się wymądrzać, że było trochę za głośno, że złamana została cisza nocna, a w ogóle to gość zaszkodził wizerunkowi okolicy i już nikt nowy nie będzie chciał tu mieszkać. Nigdy jednak w jego sytuacji nie byli, a poza tym – nie powinni się wtrącać w nie swoje sprawy. Tym bardziej, że nic im się nie stało, nikt ich nie skrzywdził ani niczego nie zabrał. Może oprócz kilku minut ciszy i spokoju, które są niczym w porównaniu do poważnych problemów niebiesko-białego małżeństwa.