Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Dlaczego Polacy lżej trenują? Szczery i mocny wywiad o szkoleniu!

Radosław Wasiak w ubiegłym sezonie awansował z juniorami młodszymi na centralny szczebel rozgrywek, a obecnie trenuje drużynę Widzewa U-19. Z nami w szczerej rozmowie opowiedział o szkoleniu młodzieży w Polsce, relacjach z rodzicami piłkarzy i pozostałymi trenerami w Akademii, a także o przyszłości juniorskiej piłki na Widzewie. Dlaczego polscy juniorzy są gorzej przygotowani od tych z Anglii, Włoch czy Hiszpanii? Kto najlepiej szkoli w Polsce? Którzy trenerzy na konferencjach się rozwijają, a którzy przyjeżdżają na wódkę? Dlaczego lepiej szlifować diamenty niż rzeźbić w gównie? 

*

Jak wygląda temat szkolenia młodzieży w Polsce? Wielu uważa, że coś się ruszyło, ale tylko marketingowo.

Do Zachodu sporo nam brakuje, ale też dużo się zmieniło na dobre. Widzę, ile teraz trenerzy akademii poświęcają czasu na doszkalanie się, na rozwój, uzupełnienie warsztatu. Ale widzę też niektórych trenerów – często z mniejszych miejscowości – którzy wiele aspektów zaniedbują, bo zatrzymali się na starych jak świat materiałach. Szkoda, bo to właśnie w tych małych ośrodkach, małych wsiach trafiają się największe perełki. Jasne, wiele z tych talentów jest wyciąganych później do większych klubów, ale ten „złoty okres” dla juniora – czyli wiek 11-14 lat, gdzie powinno się mu najwięcej czasu poświęcić – jest przespany. Jak już trafia gdzieś dalej, to często jest za późno, by doprowadzić go na najwyższy poziom.

Odnośnie tego rozwoju trenerów: po Lech Conference napisaliśmy tekst o tym, że wielu trenerów nie do końca traktuje poważnie kwestię swojego samodoskonalenia. Gdy tematem wykładu były sprawy kluczowe, ale i bardzo merytoryczne – jak dbanie o dobrą koordynację – sala świeciła pustkami, a ci co zostali, byli zajęci grzebaniem w smartfonach.

Jeden płaci za konferencję po to, żeby coś z niej wynieść, a drugi – żeby się napić wódki. Wszędzie jest tak, że jest grupa ludzi świadomych i dążących do inwestowania w siebie, a jest grupa, która ma to gdzieś, bo myśli że wszystko potrafi. Często taka konferencja to tylko spełnienie wymogu odbębnienia jednej konferencji w roku, by przedłużono im licencje. Wiem doskonale, jak wyglądają takie konferencje. Sam byłem w tamtym roku na sześciu, chociaż mógłbym położyć nogi na stole po jednej. Inna sprawa, że na wielu konferencjach niczego się nie nauczyłem i nic z nich nie wyniosłem, chociaż słuchałem dość dobrze.

Lech Conference na niektórych wykładał świecił pustkami. #Nikogo, bo za pół godziny przerwa na obiad.

Z czego wynika to, że nawet ci od początku dobrze prowadzeni w Polsce i zagranicą to dwaj różni piłkarze? Nasi odpalają na dobre dopiero, jak wyjadą. Pal licho to, jak grają. Różnicę widać nawet w przygotowaniu i sylwetce. Wystarczy spojrzeć choćby na to, jak wyglądał Kownacki w Lechu, a jak wygląda Kownacki w Sampdorii.

W Anglii, Włoszech czy Niemczech jest trochę inaczej. Tam zawodnicy trenują trzy razy ciężej niż my. Poniedziałek – ciężkie zajęcia, wtorek – ciężkie, środa, czwartek, piątek to samo, a w sobotę grają mecz.

Dlaczego tak nie jest u nas?

U nas rodzice myślą o tym, że zawodnik musi i grać, i się uczyć. Słuchaj, nie mogę dać w dupę młodemu chłopakowi, który o 6 wstaje, jedzie godzinę tramwajem do szkoły, gdzie ma osiem godzin lekcyjnych. Nie opłaca mu się wracać do domu, więc czeka na trening. Po zajęciach umyje się, wsiądzie w tramwaj i jest po 21 w domu, a przecież musi odrobić lekcje i się pouczyć czy pomóc rodzicom w domowych obowiązkach. Czasu na rozrywkę nie ma żadnego, a i tak śpi sześć godzin. To wypala. Więc jak ja mam mu dać tak w kość, by się odkręcał dwa dni? Przecież on tego nie wytrzyma.

Dlatego w Polsce, 40-milionowym kraju mamy dziesięć tysięcy dzieciaków grających juniorsko w piłkę, a w dwa razy większych Niemczech jest ich 15 razy więcej?

– Jeśli chcesz grać na najwyższym poziomie – musisz jako dzieciak postawić na piłkę. To duże ryzyko, ale jeszcze większa nagroda. Coś za coś. Trzeba mieć mega zawzięcie i ogromny charakter. Taki nastolatek, jeśli oprócz treningów piłkarskich i szkoły będzie chodził jeszcze na hiszpański, szachy, szydełkowanie, wędkarstwo i historię Somalii Południowej, to piłkarza z niego nie będzie. Fajnie mieć szerokie horyzonty, ale brutalna prawda jest taka, że temu chłopakowi braknie czasu na piłkę, której musi się poświęcić w 100% by osiągnąć sukces. I mam tu na myśli poważne granie, a nie kwadrans w trzeciej lidze, bo akurat takie są przepisy i dwóch młodzieżowców musi grać.

Ciężko się poświęcić, jak z tych dziesięciu tysięcy młodych zawodników do kadry dostanie się w przyszłości góra pięćdziesięciu.

Ale pokaż mi tych, którzy się dostali do kadry, a wcześniej nie zaryzykowali. Musisz postawić wszystko na jedną kartę. Jasne, że jest ryzyko. Może zabraknąć szczęścia, mogą pojawić się kontuzje. Ale kontuzje to też zwykle kwestia zaniedbania. Przykład? Rozmawialiście niedawno z Damianem Radowiczem, opowiedział dla portalu o swojej historii. Ostatnio też z nim zamieniłem kilka słów. Był w 99% przekonany o tym, że za kontuzje odpowiadały w jego przypadku nieodpowiednia dieta i złe przygotowanie z lat wcześniejszych. Gdyby wszyscy byli bardziej świadomi tego, co trzeba robić, by osiągnąć wielki sukces – tych kontuzji być może dałoby się uniknąć? I tu wracamy do sedna: musisz w dość młodym wieku uświadomić sobie, co chcesz osiągnąć i do tego dążyć. Im wcześniej, tym lepiej.

Jak wiele brakuje nam do innych krajów pod względem szkolenia młodzieży?

– My zrobiliśmy dwa kroki do przodu, ale cały świat też nie stoi w miejscu. Nie zgodzę się na pewno z tym, że mamy gorszą młodzież. Najbardziej mnie denerwuje to, że niemal w całej Polsce na 30 piłkarzy w akademii dziesięciu gra, bo ma mega talent, a pozostałych 20 – bo tak chcą rodzice. Dlaczego, jeśli sam zainteresowany przyszłości nie maluje w futbolowych barwach? Znam przykłady, że rodzice wożą swoje dzieci przez dziesięć lat, a później ten 18-latek im mówi, że on to jednak woli malować obrazy.

Widzew U-19 – drużyna, którą prowadzi obecnie Radosław Wasiak.

To jak się powinni zachowywać rodzice? Znam teorię i trochę się do niej przychylam, że najważniejsze to nie przeszkadzać. Czesław Michniewicz sugeruje, żeby nie przypominać dziecku o tym, że ma trening. Jak będzie naprawdę chciał grać – to będzie pamiętał.

Nie powinien zagłaskać syna, ale też nie wyobrażam sobie, że pada, wieje, komunikacja miejska już nie jeździ, a ja nie zawiozę dzieciaka na trening. Jasne, Rivaldo chodził dziesięć kilometrów na trening boso, trzymając buty w ręku, by dłużej wytrzymały. To na pewno kształtuje charakter, ale myślę, że warto dziecku pomóc. Pokazać, że się w niego wierzy. „Synu, trzeba cię zawieźć do lekarza, kupić leki, zrobić drugie śniadanie, zawieźć na trening? No to cię zawiozę, będzie ci lżej”. Komu masz pomóc, jeśli nie własnemu dziecku? Jeśli nie będziesz przesadzał, to tę pomoc doceni.

Jak powinny wyglądać relacje na linii rodzice-trener? Możesz powiedzieć obiektywnie, bo jesteś i jednym, i drugim.

– Na pewno rodzic nie powinien być kolejnym trenerem. W Anglii dzieciak przekracza bramę ośrodka treningowego i już nie ma kontaktu z rodzicem. To dobra droga, bo nie oszukujmy się: rodzice patrzą na swoje dzieci nieobiektywnie. „Syn źle podał? No tak, ale tylko dlatego, że kolega mu się źle wysunął”. Mogą porozmawiać ze szkoleniowcem, przekazać swoje uwagi, ale na pewno nie w obecności dziecka.

Któryś z nich zarzucił ci kiedyś, że jesteś niesprawiedliwy? Że ich dziecka nie wystawiasz, a innego faworyzujesz?

Ponad dziesięć lat pracuje z juniorami i w tym roku po raz pierwszy mi się coś takiego zdarzyło. Jeden z rodziców zarzucił mi, że się uwziąłem na jego syna. Odpowiedziałem lakonicznie, że na jego pozycję mam dwóch lepiej grających zawodników i uciąłem rozmowę, bo wchodzenie w takie dyskusje nie ma sensu. Ten chłopak nie był zły, ale akurat przegrywał rywalizację. Co miałem zrobić? Słucham rodziców, analizuję ich uwagi, ale mam też swoje zdanie, którego nie zmienię pod wpływem nacisku. Wystawię piłkarza, który ma słabszą formę, to tych dwóch o lepszej dyspozycji będzie miało do mnie zasłużone pretensje, a cały zespół zareaguje jednomyślnie: ten trener jest nieuczciwy. I będą mieli rację. A nie ma nic gorszego dla trenera, niż łatka nieuczciwego.

Powiedziałeś, że z piłkarzem trzeba pracować najsolidniej w wieku 11-14. Na który okres przypada natomiast swoista trampolina, od której może się odbić, by wskoczyć na najwyższy poziom?

Bez wątpienia jest to przejście z juniorskiej piłki do seniorskiej. Często wrzucamy zawodników na głęboką wodę. „Umie pływać? To się nie utopi”. A ilu było dobrych chłopaków, którzy dostali jakiś ogon w meczu, powiedzmy dziesięć minut, wypali przeciętnie i już nie mieli czego szukać? Tak to często wygląda. I odwrotnie: jakiemuś słabszemu wyszedł debiut, udało mu się prosto kopnąć piłkę i robimy z niego gwiazdę. Ciągnie później na opinii przez kilka sezonów, blokując miejsce wielu mega utalentowanym, którzy na przykład musieli się zaaklimatyzować. Taki Lewandowski odpalił od razu? Nie. Potrzebował czasu. Gdyby w Zniczu pomyśleli: „Legia go wyrzuciła, musi być słaby”, to byśmy nie mieli najlepszego piłkarza od czasów Bońka.

Uważasz, że „trener juniorów” to zbyt szerokie rocznikowo pojęcie? Prowadzenie sześciolatków i szesnastolatków to dwie zupełnie inne prace.

Tak, bo sam – znając swój charakter – nie mógłbym pracować np. z U-7, U-8. Ale znam też wielu takich, którzy są stworzeni dla takich roczników. Jeden trener ma odpowiedni żart dla szesnastolatka, drugi trafi do siedmiolatka. Sam balansuje na ten moment między juniorami i seniorami. Na pewno niedługo chciałbym w dorosłej piłce spróbować swoich sił. Mam już doświadczenie w pracy z presją, bo taka na pewno jest w Widzewie. Juniorzy starsi to też już niemal seniorzy, z którymi pracując nie możesz być miękki, bo zawodnicy to wyczują. Myślę, że jaj do pracy z seniorami mi nie zabraknie.

Radosław Wasiak od kilku lat pracuje w Akademii Widzewa.

Kylian Mbappe ma tyle lat, co twoi podopieczni, a zdążył już podbić świat i kosztować 180 milionów euro. Piotr Koźmiński mówił kiedyś w Cafe Futbol, że nie ma obiecujących 19-latków, bo 19-latek to powinien grać już w piłkę. Nie czujesz, że dla twoich zawodników jest już za późno? Jaki powinien być piłkarz, który gra w drużynie U-19?

Przede wszystkim to musi być gość, który już wie, czego chce i że jest to gra w piłkę. Nie ugania się za dupami, nie chodzi co tydzień na imprezy, tylko ma swój cel i ja pomagam mu go zrealizować. Nie powinienem dostawać chłopaka, który myśli: trenuje już tyle lat, to dociągnę do końca. Nie lubię pracować z ludźmi, którzy chcą przyjść, odwalić półtorej godziny, a potem iść na miasto, nażreć się byle czego i baletować ze znajomymi. To nie ma sensu. Szkoda czasu – i jego, i mojego. Dlatego w mojej drużynie nie ma dla takich osób miejsca. Jeden z moich dawnych trenerów powtarzał, że woli szlifować diamenty niż rzeźbić w gównie. Może zbyt dosadnie, ale trudno nie przyznać mu racji. Jak masz chłopaków, po których widać błysk w oku i wolę rozwoju, to aż chce się wstać rano i jechać do nich przez całe miasto. Jeśli miałbym do dyspozycji ludzi, którzy trenują na siłę, to i ja bym się męczył.

Mówisz o Mbappe i myślisz: co ten Wasiak może zrobić z tymi chłopakami? Przede wszystkim: popracować nad mentalnością, nauczyć taktyki i lekko dopracować motorykę, bo z resztą powinien już do mnie przyjść. Przynajmniej teoretycznie.

Zmieniamy temat. Drużyny juniorskie powinny grać tak samo, jak pierwsza drużyna?

Każda akademia powinna mieć swój styl. Kiedyś byłem na stażu w Hannoverze 96 i tam każdy rocznik ma grać takim samym ustawieniem. Podobnie jest w wielu innych akademiach na świecie. To ma swoje plusy. Te najbardziej oczywiste: trener z jednego rocznika zabiera np. „dziewiątkę” do siebie i nie musi chłopakowi tłumaczyć, jak grać i się ustawiać, bo ten chłopak doskonale to wie – identycznie gra w swoim roczniku. Gdy w Legii był Henning Berg, to cała Akademia grała tak, jak pierwsza drużyna i fajnie to działało.

Jeśli już jesteśmy przy Legii, nie wypada nie zapytać: gdzie obecnie najlepiej szkoli się w Polsce?

– Zaskoczę cię, bo nie powiem, że Legia, Lech czy Zagłebie. Moim zdaniem to Pogoń Szczecin. Bo nie stać ich na to, by łowić chłopaków z całej Polski, jak to jest w przypadku tej trójki, o której wspomniałem. Bazują na chłopakach wyszukanych w okolicy, których później szkolą u siebie. I zajmują wysokie miejsca w różnych ligach, przy okazji grając fajną piłkę i dostarczając pierwszej drużynie sporo materiału ludzkiego.

W Widzewie jest łatwiej dostarczyć młodych piłkarzy, bo dwóch zawodników ze statusem młodzieżowca musi przebywać na boisku. Ten przepis, o którym mówi się, że miałby obowiązywać również w ekstraklasie, to dobry pomysł czy nie?  

Idea jest piękna, bo przecież nikt o zdrowych zmysłach nie jest zły na to, że gra młody chłopak. Pytanie: czy on to doceni? Czy to go rozwinie, czy wprost przeciwnie – pomyśli sobie, że jest w klubie trzech juniorów, więc wystarczy być lepszym od jednego z nich i już jest wyjściowy skład. Tak jest ze wszystkim. Wielu wygrało pieniądze w Lotto, a za kilka lat nie mieli już nic. Ci, którzy na majątek ciężko zapracowali, znacznie rzadziej rozpieprzali pieniądze. Za moich czasów nie było czegoś takiego, że ktoś ma miejsce za darmo. Inna sprawa, że zdrowsze jest nagradzanie klubu za stawianie na młodych Polaków od zakazów czy nakazów. Każdy klub jest inny, za każdym stoi odrębna historia i tradycja. Nie każdy musi chcieć grać młodymi. To tak, jakby ktoś w ramach politycznej poprawności czy walki z dyskryminacją nagle nakazał Atheltikowi Bilbao wystawianie nie tylko Basków, ale i np. przynajmniej jednego zawodnika z Katalonii czy Andaluzji.

Pracujesz w juniorach starszych Widzewa, ale pewnie zderzyłeś się z wieloma innymi szkółkami. Jak wygląda współpraca między trenerami w akademiach?

Rozmawiam z kolegami z całego kraju i nigdzie nie wygląda to kolorowo. Różnie bywa. Są ludzie zawistni, zazdrośni, którzy chcą, by ci było jak najgorzej. Są też tacy, którzy oddadzą ci swojego wyróżniającego zawodnika do starszego rocznika, bo wiedzą, że ci się przyda. Chociaż sami mają ważny mecz, patrzą na dobro chłopaka i pomagają mu się często w ten sposób rozwijać. To świetni trenerzy, prawdziwa przyjemność z nimi współpracować. Ale są też takie sytuacje, że trener innego rocznika zabiera ci chłopaka do siebie – chociaż ty masz na tej pozycji dwie kontuzje i pauzę za kartki – tylko po to, by ten przesiedział całe spotkanie na ławce. Spotkałem w swoim życiu taką osobę, chociaż nie chcę mówić o nazwiskach. To jest chore.

Najbardziej absurdalna sytuacja?

Kontuzjowany, a przynajmniej tak się wydawało, zawodnik przychodzi i mówi: trenerze, nie było mnie ostatnio, bo tamten trener powiedział żebym przysymulował i zagrał dzień później u niego w drużynie. Jeszcze jako 15-latek to trenera słucha jak mamę, tatę, księdza czy nie wiem kogo. Ale 17-latek zastanawia się: co on mi powiedział? Kazał mi nie grać? Przecież ja to kocham! Jeśli trener sugeruje symulowanie kontuzji takiemu chłopakowi, to nie chce dla niego dobrze. Chce dobrze dla siebie, na ten jeden, konkretny mecz.

No właśnie: w juniorach powinno się grać na wynik czy nie?

Myślę, że od wieku 15 lat powinno się grać na wynik. Często trenerzy mówią, że dla nich ważniejsze jest szkolenie umiejętności niż końcowy rezultat. Ale czy umiejętność wygrywania, radzenia sobie z presją wyniku, odnajdywanie się w różnych – dobrych i złych – scenariuszach w meczu to nie są umiejętności? Przykry jest widok, jak trener siedmiolatków gra na wynik. Muruje bramkę, gra lagę do przodu i każe swoim dzieciakom tylko biegać, zabijając w nich całą radość z gry.

W poprzednim sezonie w Makroregionalnej Lidze Juniorów Młodszych mierzył się m.in. z Legią Warszawa.

Za co powinien odpowiadać trener juniorów? Bo jeśli ustaliliśmy, że wyniki są ważne dla młodych jeśli chodzi o radzenie sobie z presją, tak nie mogą być jedynym wyznacznikiem pracy trenera.

To proste. Działacze powinni odpowiedzieć sobie na pytanie, czy prowadzony przez niego rocznik faktycznie się rozwija. Jeśli tego progresu nie ma, a także nie ma ani jednego zawodnika, który w przyszłości mógłby zasilić pierwszą drużynę – to niestety, ale taką pracę trzeba ocenić negatywnie. Także wtedy, jeśli w tej drużynie nie ma rywalizacji. Jeśli co roku nie dołączasz trzech nowych ludzi i nie wypieprzysz trzech najsłabszych. Jeśli ten przysłowiowy Kowalski był u ciebie trzy lata temu najsłabszy, a teraz ten Kowalski nadal gra i nadal jest najsłabszy – to jest dramat. Zarzucono mi raz, że jestem selekcjonerem. Pojechałem na jedną wieś, przekonałem chłopaka, żeby u nas grał. Pojechałem na inną, przekonałem drugiego. „O, Wasiak selekcjoner”. Nie, nie selekcjoner. Biorę chłopaka, nad którym trzeba pracować. Może on w tej wsi jest najlepszy, ale u mnie jeszcze nie i muszę tak go prowadzić, by wchodził po kolejnych schodach. Biorę jego, a w zamian odpalam swojego dwudziestego. Na tym to polega.

Wróćmy do tematu trenerów. Jak powinna wyglądać wzorowa współpraca między nimi?

– W Akademiach powinno być tak, że jeden trener do drugiego dzwoni z gratulacjami, a nie robi pod górkę. Staram się tak robić: dzwonić i mówić: słuchaj, stary, dobrą robotę wykonałeś. Wszyscy gramy do tej samej bramki, budujemy piłkarzy do tej samej – pierwszej – drużyny. W Polsce nie do końca tak wygląda. Odniosłeś sukces? Awansowałeś? No to teraz najlepiej, jakbyś przegrywał.

Tomek Hajto powiedziałby: to takie typowo polskie.

Trochę tak. Jest taka zazdrość, zawiść. Usłyszałem ostatnio coś, co mnie nie tyle zdenerwowało, a bardziej rozśmieszyło, bo nadal mam nadzieję, że to tylko nieudany żart. Pojechaliśmy z juniorami starszymi na Jagiellonię, która gra w Centralnej Lidze Juniorów i ma jedną z najlepszych akademii w Polsce. Pojechaliśmy trochę zdziesiątkowani kontuzjami, bo tylko w czternastu, a oni zagrali pierwszym zespołem. Mimo tego przegraliśmy tylko 1:2, a śmiało mogliśmy zremisować. Wracamy do Łodzi, a ja słyszę głosy: „Tylko 2:1? To co, graliście chyba z szóstą drużyną?”. Nie przyjdzie nikt i nie powie: kurde, na wyjeździe w Białymstoku i byliście blisko dobrego wyniku? No to super, tak dalej! Nie, tu trzeba wbić szpilkę. Na szczęście robi to zdecydowana mniejszość, bo jest wielu takich trenerów, z którymi wspólna praca to przyjemność. Wszędzie zdarzają się nieprzyjemni ludzie, w dosłownie każdej grupie społecznej i zawodowej, ale nie mogą zaciemniać całościowego obrazu. Obraz Akademii Widzewa jest na pewno jasny, coraz jaśniejszy.

Czyli przyszłość będzie świetlana? Władze Murapolu zapowiadają, że chcą postawić na młodzież.

Myślę, że od momentu przyjścia Tomasza Łapińskiego i Zdzisława Kapki te kontakty na linii my-klub się mocno usprawniły, czego efektem jest sprawdzenie naszych, młodych zawodników na sparingach czy treningach. Dobrze wygląda też współpraca między mną, a np. asystentem trenera Smudy, Marcinem Broniszewskim. Jako Akademia dopiero raczkujemy, jeszcze nie mamy bazy. Być może Łodzianka będzie nowym rozdziałem w historii młodzieżowej piłki na Widzewie. Dajmy sobie z pięć lat, a efekty w postaci naszych wychowanków na al. Piłsudskiego będą widoczne.

Rozmawiał: Bartłomiej STAŃDO

*

fot. widzew.com