Nie, nie chodzi o Cristino Ronaldo. Nie chodzi o ostatnie triumfy w Lidze Mistrzów, nie chodzi o Galacticos i erę Florentiono Pereza. To wszystko zaczęło się w moim przypadku jeszcze w poprzednim milenium, prawie ćwierć wieku temu. Był sezon 1994/95. Miałem 13 lat.

To były inne czasy. W Polsce rodził się kapitalizm, kraj przechodził transformację i powoli wychodził z poprzedniego ustroju. Nie było internetu, mało kto miał komputer w domu. W telewizji oknem na sportowy świat była brytyjska stacja Eurosport. Jeszcze bez polskiej wersji językowej. A w niej mój ulubiony program, Eurogole.

Raul Gonzalez Blanco i Fernando Redondo

Pamiętam, jak w Realu zaczął grać Raul, wówczas 17-letni chłopak. Niewiele starszy ode mnie. W swoim drugim meczu zdobył bramkę w derbach przeciwko Atletico. To była ekipa! Dla mnie chyba na zawsze pozostanie tą najlepszą. W bramce Canizares, w obronie Fernando Hierro. W pomocy genialny Fernando Redondo, który fantastycznie wykonywał stałe fragmenty gry, ale też czarował takimi zagraniami…

Przed nim, jeszcze, Luis Enrique, który kilka sezonów później przeniósł się do największego wroga, Barcelony. Z boku pomocy doświadczony Michel. Po skrzydle hasał Jose Amavisca. W ataku rodziła się gwiazda, czyli Raul właśnie, ale trzeba przyznać, że miał się od kogo uczyć, bo w zespole byli też Ivan Zamorano, król strzelców tamtego sezonu, oraz Emilio „Sęp” Butragueno. Jak można było się nie zakochać w tej ekipie? Sezon został zwieńczony mistrzostwem Hiszpanii. Zacząłem zgłębiać historię klubu i dotarłem do drugiego dna.

Historia europejskiego futbolu

Przypominam, że nie było internetu, nie można było wpisać sobie „Real Madryt” w google… Żeby dokopać się do historii trzeba było włożyć sporo wysiłku, ale dzięki temu sukces „smakował” jeszcze lepiej. A były w przeszłości klubu rozdziały zarówno jasne jak i ciemne. Do tych ostatnich należy przecież zaliczyć reżim generała Franco, który faworyzował Królewskich. Z tego mało chlubnego powodu Real nie jest przecież najbardziej kochanym z hiszpańskich klubów…

Ale znacznie bardziej interesowały mnie historyczne sukcesy i gwiazdy dawnych lat. Cudowne lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte, z genialnymi Alfredo di Stefano, Ferencem Puskasem i Francisco Gento, zdobywane seryjnie mistrzostwa kraju oraz sześć Pucharów Mistrzów. To lata późniejsze, to przewrotki Hugo Sancheza, to wszystkie te zwycięstwa, które z Realu tworzyły klub legendarny, wyjątkowy, niepowtarzalny. To białe barwy, to korona w herbie. Dla nastolatka, który sam musiał dotrzeć do tych wszystkich informacji, wszystko to tworzyło wokół klubu z Madrytu magiczną otoczkę.

Aż do dziś

Poznałem przeszłość klubu, interesowałem się też teraźniejszością. A ta na bieżąco się zmieniała. Jak w kalejdoskopie. Za sterami drużyny zasiadali Fabio Capello, Jupp Heynckes czy Vicente del  Bosque, potem nadeszła era Florentino Pereza i Galacticos  oraz transfery Figo, Zidane’a czy Brazylijczyka Ronaldo. Pamiętam jak do Madrytu przychodził zaledwie 19-letniego Sergio Ramos, niewypał z Robinio w roli głównej i wiele innych, mniejszych i większych sukcesów i porażek. Wieczną walkę z Barceloną, sezony tłuste i sezony chude.  Lepszych i gorszych trenerów.

Nie inaczej było w latach ostatnich. Kaka i Jose Mourinho po stronie niewypałów, Cristino Ronaldo jako kolejny Galaktyczny. No i oczywiście wygrywana trzykrotnie w ostatnich czterech sezonach Liga Mistrzów. W sobotę będę trzymał kciuki za kolejne trofeum.

Czy tych dwóch Panów znowu sięgnie po Puchar Mistrzów?

Nie oglądam każdego meczu ligowego królewskich, nie wytatuowałem sobie klubowego herbu na plecach, nie robię corocznych pielgrzymek na Estadio Santiago Bernabeu. Nie śpiewam, że za Real „pójdę aż po życia kres”, nie pałam nienawiścią do Barcelony, nie mówię, że Real był lepszy podczas Gran Derbi, podczas gdy akurat był słabszy. I odwrotnie. Po porażkach nie rwę sobie włosów z głowy. Co więcej – uważam, że CR7 to świetny piłkarz, ale też facet, który ma nie do końca po kolei w głowie… Ja po prostu kibicuję temu klubowi, jego historii i pięknej grze, którą reprezentuje. Po finale Champions League oczekuję przede wszystkim futbolu na wysokim poziomie i wielu goli. A jeśli ktoś mnie spyta, za kogo trzymam kciuki, odpowiem, że za Real.
*

Stawki LV BET na finał Ligi Mistrzów:

Real Madryt – Liverpool FC | Sobota, 26.05.2018| 20:45

Wygra Real: 2.19
Remis: 3.75
Wygra Liverpool: 3.05
Gol Ronaldo: 1.65
Gol Salaha: 1.8

Pełna oferta LV BET na rozgrywki Ligi Mistrzów po kliknięciu w baner

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem