Derby Rzymu jak cała kolejka Serie A

Wbrew obiegowym opiniom dotyczącym Serie A, w lidze włoskiej naprawdę pada mnóstwo bramek. Zawód musiał jednak przeżyć każdy miłośnik piłkarskich emocji, który w ten weekend zdecydował się na śledzenie rozgrywek na Półwyspie Apenińskim. Pięć spotkań zakończyło się bezbramkowym remisem. Niestety, w tym również hit kolejki, czyli derby Rzymu.

Piłkarze Lazio w roli umownych gospodarzy, podłamani czwartkowym odpadnięciem z rozgrywek Ligi Europejskiej. Po przeciwnej stronie Roma, uskrzydlona wtorkowym zwycięstwem z Barceloną i awansem do półfinału Champions League. W dodatku ta sama liczba punktów i ex aequo trzecie miejsce w tabeli obu drużyn. Derby Rzymu, jak zwykle gorące, po raz kolejny miały wiele dodatkowych smaczków. Zespoły ze stolicy Włoch zmierzyły się ze sobą po raz 150!

Ponieważ obie rzymskie ekipy preferują ustawienia z trójką środkowych obrońców oraz osamotnionym, wysuniętym napastnikiem, na Stadionie Olimpijskim bardzo gęsto było w środkowej części boiska. Po rozpoczęciu gry na bardziej zdeterminowanych wyglądali gracze Lazio, jakby chcąc jak najszybciej zmazać pucharową plamę z meczu z Salzburgiem. Rywale natomiast byli dziwnie apatyczni i nie kwapili się do ataków. Piłka odzyskiwana w środku pola przez Lazio szybko wędrowała do Ciro Immobile. Napastnik w pierwszych sześciu minutach został jednak aż trzykrotnie złapany w pułapkę ofsajdową, a do końca spotkania jeszcze znacznie tę niechlubną statystykę poprawił.

Eusebio Di Francesco miał wiele powodów do zadowolenia we wtorek, w meczu Ligi Mistrzów z Barceloną. W derbach nie było już tak kolorowo/ fot. PressFocus

Agresywna postawa pomocników i obrońców formalnych gospodarzy spotkania pomagała im raz po raz odzyskiwać futbolówkę, ale też skutkowała upomnieniami od sędziego i żółtymi kartkami. Podopieczni Simone Inzaghiego przed przerwą obejrzeli trzy kartoniki tego koloru, przy zaledwie jednym „gości”. A ponieważ Derby della Capitale słyną z tego, że drużyny często kończą je w niekompletnych składach, można było się spodziewać, że w drugiej połowie niektórzy piłkarze będą musieli się bardziej pilnować.

W zasadzie jedyną sytuacją bramkową przed przerwą był błąd obrony Lazio, po którym do krzyżowego podania doszedł Bruno Peres. Wahadłowy znalazł się w sytuacji sam na sam ze Strakoshą, ale posłał piłkę w słupek. To była 35 minuta gry i od tego momentu już do końca pierwszej połowy Roma przejęła inicjatywę. Gole jednak nie padły, więc na emocje i ewentualne trafienia trzeba było czekać do drugiej odsłony.

Walki może i nie brakowało, ale nie zrekompensowała ona braku goli i niedostatecznej dawki piłkarskiej jakości/ fot. PressFocus

Właśnie w wykluczeniach, a także w zmęczeniu spotkaniami rozegranymi w tygodniu można było upatrywać szansy na ciekawszy spektakl po zmianie stron. I rzeczywiście, w pewnym momencie skurcze zaczęły łapać bohatera meczu z Barceloną, Konstantinosa Manolasa i trener Romy Eusebio Di Francesco musiał dokonać przymusowej korekty w składzie. Także drugi z wymienionych czynników mogących uatrakcyjnić spotkanie dał o sobie znać, ponieważ w 79 minucie gry z boiska za drugą żółtą kartkę wyleciał Rumun Stefan Radu i Lazio w końcówce musiało radzić sobie w dziesiątkę. Giallorossi rzeczywiście w ostatnich minutach przycisnęli, a w doliczonym czasie gry Edin Dzeko miał trzy (!) szanse na zdobycie gola. Niestety, to było więcej dogodnych sytuacji, niż obejrzeli kibice na Stadionie Olimpijskim w całym spotkaniu. Najgroźniejszy z owych strzałów wylądował jednak na poprzeczce bramki Strakoshy, a mecz zakończył się bezbramkowym remisem.

Edin Dzeko w doliczonym czasie gry oddał trzy groźne strzały, ale żaden z nich nie znalazł drogi do bramki Strakoshy/ fot. PressFocus

Gdy po boisku biegają tej klasy snajperzy, jak wspomniany Bośniak, bądź lider klasyfikacji strzelców Serie A Ciro Immobile, autor 27 trafień, można oczekiwać efektownych bramek. Tym czasem głównymi bohaterami tego spotkania nie okazali się nawet bramkarze, a szkoda, bo to oznaczałoby przynajmniej wiele sytuacji podbramkowych. Tym czasem derby Rzymu wyglądały trochę tak, jakby obie drużyny limit piłkarskich umiejętności wyczerpały już w tygodniu, w spotkaniach rozgrywek europejskich, a w lidze zaprezentowały jedynie okrojoną wersję demo. Szkoda.