Czy sam awans na mundial jest sukcesem?

Nie oszukujmy się – na mundial awansujemy. I to nie po barażach, w męczarniach, ostatkiem siły. Pokonamy w niedzielę Czarnogórę i wygramy grupę. Po raz pierwszy od 2006 roku zameldujemy się na mistrzostwach świata.

Zawsze podczas końcówki eliminacji do wielkiego turnieju zastanawiam się, jak dużym sukcesem dla naszej drużyny jest sama kwalifikacja na imprezę mistrzowską. Wygramy grupę, pokonamy teoretycznie słabsze od siebie zespoły podczas eliminacji, zapewnimy sobie bilety do Rosji i będziemy jedną z 32 najlepszych drużyn globu.

Biję się wtedy z myślami, stawiam na szali nasz sukces, oglądam obrazki z celebracji, która zawsze w takich momentach się odbywa i zastanawiam się, czy my faktycznie już coś osiągnęliśmy.

Rozumiem sam zamysł świętowania. Rozumiem, że skoro przez 10 spotkań walczyło się o bilet na mundial, to wywalczenie tej przepustki jest spełnieniem stawianego przed sobą celu. Zdaję sobie sprawę, że nie zawsze w polskiej piłce było dobrze, nie za każdym razem były medale, ba!, nie zawsze był wyjazd na mundial. Mimo wszystko jednak, doceniając to, że udało się zakwalifikować na imprezę mistrzowską, wziąć udział w czymś absolutnie wyjątkowym, pojechać na duży turniej do innego państwa i przeżywać atmosferę największego piłkarskiego święta, nie wiem, czy opijanie, a w zasadzie upajanie się szampanem ze szczęścia jest na miejscu.

Nie zerkam w ranking FIFA. Nie wykorzystuję go zestawiając typy u bukmachera przed meczami reprezentacji, nie kieruję się nimi jako wyrocznią, gdy zastanawiam się, kto z kim może wygrać. Jest jednak w naszym kraju wiele osób, które otwierają fifowskie zestawienie i czerpią garściami szczęście, które ono przedstawia. Widzą Polskę przed Hiszpanią, Włochami, a tuż za Brazylią czy Niemcami i naprawdę wierzą, że my jesteśmy już tak dobrzy, jak cała światowa elita. Utrwala sobie Kowalski z Nowakiem w głowie jak jest faktycznie, kogo rozkładamy na łopatki, a kto ogląda nasze plecy z bardzo daleka, a na końcu ten sam Kowalski z tym samym Nowakiem upaja się tym, że Polska uplasowała się wśród 32 najlepszych drużyn na świecie.

„Panowie, jeszcze nie czas na lizanie się po fiutach” – napisał niegdyś na łamach Przeglądu Sportowego nasz były redakcyjny kolega Paweł Zarzeczny. Wulgarne, brzydkie, ale jakże prawdziwe – jutro będziemy obserwować radość w narodzie po osiągnięciu czegoś, co u czołowej drużyny w rankingu FIFA powinno zostać odnotowane jak kasowanie biletu w komunikacji miejskiej. Po prostu – wchodzisz, kasujesz. U nas – jesteś w czołówce na świecie, dysponujesz gigantycznym potencjałem, to na mundial jedziesz, gdyż tam jest twoje miejsce.

Tak, wiem – nasz sukces będzie tym bardziej uwypuklany, jeśli przypomnimy, że na ostatnich dwóch mundialach nas nie było. Przed spotkaniem w Erywaniu kilka portali wrzuciło nagłówki, że po raz pierwszy nasza kadra ma szansę wygrać z Armenią i jeszcze nigdy ta sztuka nam się nie udała. Prawda jest jednak taka, że graliśmy tam dwukrotnie i… dwukrotnie zawiedliśmy na całej linii. To, że nie było nas na mundialu w Brazylii i RPA, to też nie zasługa tego, że dostać się na MŚ jest bardzo trudno. W 2010 i 2014 roku graliśmy po prostu bardzo słabo w piłkę, zajmowaliśmy miejsce w rankingu FIFA w piątej dziesiątce i byliśmy zbyt ciency, aby znaleźć się w gronie 32 zespołów, które walczyły o główne trofeum.

Teraz mogę zostać odebrany źle przez czytelników, którzy mogą próbować mi zarzucić, że specjalnie podgryzam za nogawkę i na siłę staram się być złośliwy. Nic z tych rzeczy! Staram się po prostu patrzeć na sport realnie i nie uwypuklać sukcesu tam, gdzie go nie ma. Joanna Jóźwik, która zajęła na igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro 5. miejsce, nie upijała się ze szczęścia, gdy udało się jej zakwalifikować na tegoroczne mistrzostwa świata w  Londynie. Przyjęła to coś normalnego, coś, co na jej poziomie  jest czymś naturalnym. Wymaga od siebie dużo, ociera się o medale największych imprez, więc nie pompuje swojej obecności na światowym czempionacie do granic możliwości. Po prostu – przywykła do tego, że na jakimś poziomie już jest i samo bycie w elicie średnio ją kręci. Zachęcam zatem, aby cieszyć się w niedzielę wieczorem z naszego awansu na mundial, bo sam będę miał uśmiech od ucha do ucha i z przyjemnością napiszę po meczu artykuł, w którym pochwały naszej kadrze będą się należały. Na pewno jednak nie będę wieszczył sukcesu ponad stan, piłkarskiej reprezentacji nie będę plasował wśród najlepszych polskich drużyn w corocznych plebiscytach, a z Adama Nawałki nie zrobię trenera ćwierćwiecza, który wprowadził naszą drużynę na mundial.

Gdyby się tak głębiej zastanowić, to my samym wyjazdem do Rosji niczego nie osiągnęliśmy. Klepnęliśmy coś, co jest absolutnym planem minimum dla takiej drużyny jak Polska. Tylko nasze braki w poprzednich latach spowodowały, że szampan będzie aż tak wyśmienicie smakował. Trochę się za nim polscy kibice po prostu w ostatnich latach stęsknili.

Czy Polska pokona Czarnogórę? Pełna oferta na to spotkanie znajduje się TUTAJ.

 

 

Jakub Borowicz

Komentarze