Czy leci z nami pilot? Analiza gry Widzewa

Przeciwnicy Widzewa piją krew przed meczem z łodzianami? Jeśli tak, to z dużą pomocą samych piłkarzy czerwono-biało-czerwonych. Podopieczni Franciszka Smudy nadal grają tak, jakby podstawiali rywalom wypełniony czerwonym płynem dzbanek pod usta i mówili: „nie krępuj się, pij”. Sytuacja zrobiła się jednak poważna, bo Huragan wziął nie tylko łyka, ale i punkty.

Zanim jednak o samym spotkaniu, podkreślić trzeba jedną rzecz: „Taniec Eleny” stał się praktycznie hymnem łódzkiego klubu. Michał Lorenc, który skomponował ten utwór do filmu „Bandyta”, przekazał na meczu otwarcia nowego stadionu prawa do swojego dzieła klubowi, co skrzętnie i dobrze się przy Piłsudskiego wykorzystuje. „Taniec…” towarzyszy kibicom RTS od 2005 roku, czyli ma już 13 lat i na stałe wbił się w widzewską rzeczywistość. Gdy cały stadion przed meczem równo klaszcze, niektórzy fani mają ciarki porównywalne z tymi, gdy na Anfield wybrzmiewa „You’ll Never Walk Alone”, na Łazienkowskiej „Sen o Warszawie”, a w Krakowie – „Jak długo na Wawelu…”.

Ten piękny, przedmeczowy moment został zagłuszony przez spikera klubu, Marcina Tarocińskiego. Nie pierwszy raz.

Gdy odgłos rytmicznego klaskania rósł wraz z pieśnią, „Tarot” zaczął wyczytywać składy, mówić coś o nagrodzie Młodego Piłkarza Miesiąca, słowem: przeszkadzał. Nie śmielibyśmy zakładać złej woli, ale czas zacząć zwracać na to uwagę. Brak klasycznego hymnu doskwierał wielu kibicom przez lata, a teraz – gdy już jest, piękny i nietuzinkowy, a cały stadion rytualnie zaczyna ten moment celebrować – jedyne, co powinno płynąć z głośników to cisza. Wyobrażacie sobie, by ktoś na Santiago Bernabeu odczytywał skład, gdy rozbrzmiewają pierwsze dźwięki „Hala Madrid”?

*

Mecz zaczął się więc dla kibiców z czerwonej części miasta włókniarzy niedobrze – zarówno tuż przed pierwszym gwizdkiem, jak i tuż po. Huragan usiadł na Widzewie od pierwszej minuty. To przyniosło oczekiwany efekt. Najszybciej zdobyty przez rywali łodzian na nowym stadionie gol nie był przypadkowy, bo poprzedzony groźnym dośrodkowaniem oraz rzutem rożnym, po którym piłka nie została dobrze wybita. Wróciła bardzo szybko, prosto do bramki strzeżonej przez Macieja Humerskiego. Zawiodła komunikacja między nim a Marcinem Kozłowskim, ale takie rzeczy raz na jakiś czas się zdarzają. Widzewiacy mieli 89 minut na to, by losy meczu nie tyle odwrócić, co pisać je na nowo.

Niestety, łodzianie nie sprawiają wrażenia, by już od pierwszego momentu spotkania chcieli odwrócić niekorzystny wynik remisowy i przechylić za wszelką cenę, jak najszybciej, szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Wyglądają i grają tak, jakby trzy punkty mieli w kieszeni, a przez półtorej godziny wystarczyło jedynie ową kieszeń zasunąć. Mijają mecze, tygodnie, miesiące i nadal nikt w Widzewie nie wpadł na to, by zaatakować zdecydowanie od pierwszej minuty. Rzucić się na rywala, ugryźć i trzymać zaciśnięte zęby do samego końca, bo inaczej właśnie w końcówce może zabraknąć czasu.

W sobotni wieczór czasu zabrakło wiosną przy Piłusdskiego po raz pierwszy, ale absolutnie zasłużony. Gdyby nie gra na czas w ostatnich minutach piłkarzy gości nie moglibyśmy chyba wskazać drużynę, która na ostatnim gwizdku straciła, bo mogła pokusić się o zwycięstwo. Konkretniejszą, pewniejszą siebie, mającą dobry pomysł i tylko przeciętne wykonanie drużyną byli goście. To Huragan był bliżej zdobycia zwycięskiej bramki, o czym świadczą trzy stuprocentowe sytuacje w drugiej połowie spotkania.

Gdyby było 1:4, nikt właściwie nie mógłby mieć przy Piłsudskiego pretensji do losu, bo to oczywiście nie wszystkie sytuacje gości. Zatrważająca jest wielkość okręgów narysowana wokół niektórych piłkarzy Huraganu. Tylko nieporadności drużyny przeciwnej oraz jednej instynktownej obronie Macieja Humerskiego piłkarze Smudy mogą zawdzięczać to, że nie przegrali.

Warto zwrócić uwagę na to, że wszystkie te akcje piłkarzy z Morąga nie były indywidualnym zrywem. Na takie musi liczyć Widzew, bo o drużynowe kombinacje zakończone golem – najczęstszy sposób na zdobycie bramki – to zjawisko dość rzadko spotykane.

Teraz indywidualną akcję zrobił Pieńkowski i dał remis, podobną w Zambrowie zrobił Michalski i dał zwycięstwo. Z Sokołem był strzał z dystansu i rajd Pieńkowskiego, z Legią II – błąd bramkarza, rzut rożny oraz wykończenie Michalskiego. W Ełku rzut rożny i gol Stanka. Na ostatnie dziewięć bramek tylko dwie były naprawdę wypracowane w ataku pozycyjnym lub kontrze. Akcji, w której wzięły udział minimum trzy osoby. To pokazuje, w jakim miejscu jeśli chodzi o grę jest Widzew i dlaczego zremisował z Huraganem.

Gdzie jeszcze upatrywalibyśmy przyczyn porażki, jak nazywają (i mają do tego prawo) ten remis kibice Widzewa?

Po pierwsze, w zachowawczym sposobie wyprowadzania akcji. Były momenty, w których piłkę rozgrywał napastnik. Problem pierwszy: na własnej połowie. Problem drugi: na tej samej połowie znajdowało się także DZIEWIĘCIU innych zawodników Widzewa. Trudno w takich warunkach przenieść akcję do przodu, co okazało się bardzo szybko, bo po kilku sekundach od zrobienia tego screena niedokładne podanie jednego z obrońców wylądowało na aucie.

Po drugie, w tchórzliwym i bezmyślnym sposobie rozpoczęcia akcji. Narzekaliśmy na to w ostatnim meczu drużyny Widzewa z Olimpią Zambrów na wyjeździe, pisząc po meczu o osobach, które pomyliły Widzew z B-Klasą i przez lwią część spotkania wybijała piłkę „byle do góry i byle do przodu”. Teraz również mnóstwo było momentów, w których można było pograć piłką.

Sebastian Zieleniecki ma piłkę, z którą biegnie w stronę bramkarza. Widzewiacy defensorzy powinni się rozsunąć, Humerski wyjść do gry, środkowi pomocnicy podejść bliżej zawodnika aktualnie posiadającego piłkę. Sytuacja 7 na 4. Wydaje się banalna, ale Widzew „gra lagę”.

Zieleniecki niezbyt dobrze zagrał do Humerskiego, ale ten nadal miał kilka opcji na rozegranie. Nie musiał wybijać, co oznaczało niemal zawsze stratę. Im dalej w połowę rywala, tym tych opcji było coraz mniej do rozegrania. Winni oczywiście byli piłkarze z herbem RTS na piersi, którzy albo grali jak bułgarski piłkarz Stojanow, albo chowali się za plecami rywali.

Brakowało mobilności, brakowało odwagi. Z takową problemu nie mieli piłkarze Czesława Żukowskiego. Przeanalizujmy dwa momenty tego spotkania, które miały miejsce w końcówce meczu i zostały rozegrane w niemal tym samym czasie, jedno po drugim.

Zbliża się koniec meczu, wynik dla gości korzystny, ale to nie przeszkadza niemal całej drużynie gości spróbowania swojej szansy. Aż ośmiu zawodników na 30 (lub bliżej) metrów do bramki! Ostatni jest przodem do kierunku akcji. Może zagrać po prostej, może ominąć trzech widzewiaków jednym zagraniem do dwóch niepilnowanych piłkarzy, akcję oskrzydla na dodatek lewy obrońca.  Ma mnóstwo możliwości do zagrania piłki, bo takową stworzyli mu poruszający się żwawo i szukający wolnych przestrzeni koledzy. Co na to Widzew?

Michał Miller nie dość, że wszedł na boisko późno, a i tak dwukrotnie zmieniono mu pozycje (najpierw skrzydło, później środek pola), to jeszcze koledzy nie ułatwiali mu roboty. W tej sytuacji, która w innych minutach i przy innych wykonawcach powtarzała się niemal zawsze, wszyscy koledzy z drużyny Widzewa przed nim są za plecami kogoś w biało-czarnym stroju. Jedyne dostępne alternatywy to Kostkowski i Zieleniecki, zaznaczone na zielono, choć to byłoby 628364 zagranie do tyłu bądź wszerz boiska.

Różnica między gospodarzami i gośćmi w tym meczu? Widzew grał od lewej do prawej strony placu gry, nie zdobywał terenu. Huragan od tyłu do przodu, stwarzając kolejne sytuacje. Nie tylko po kontratakach, bo piłkarze Żukowskiego śmiało konstruowali atak pozycyjny. Nie przejmowali się tym, gdzie są, z kim grają i jakie po meczu mogliby wygłaszać wymówki.

Po trzecie, przyczyn porażki można szukać w postawach indywidualnych piłkarzy Widzewa.

Karol Stanek zagrał kolejne beznadziejne spotkanie. Nie chcę się znęcać nad chłopakiem, bo to nadal nastolatek, ale jak to się zwykło mawiać w takich przypadkach: „trener robi mu krzywdę”. Karol nie zasłużył swoimi poprzednimi meczami na to, by wychodzić w pierwszym składzie. Trudno od niego wymagać cudów, skoro do tej pory nie czarował.

W meczu z Huraganem powtórzył wyczyn z meczu z Wartą Sieradz – nie miał ani jednego dobrego zagrania ofensywnego, które zaskoczyłoby bramkarza/obronę rywali. Grał do tyłu i do boku, piłka odskakiwała mu od nogi, często ją tracił (dwie poważne straty w pierwszych czterech minutach), niedokładnie odgrywał (9. minuta, zagranie „na ścianę” w aut), wreszcie zmarnował stuprocentową sytuację po dokładnym dograniu Marcina Pieńkowskiego.

„Pieniu” był w sobotni wieczór w Sercu Łodzi najlepszym aktorem tego widowiska. Szarpał po lewej stronie w pierwszej połowie niemiłosiernie, a ponadto z tego wiatru coś pożytecznego było dla drużyny. Skandaliczne są słowa trenera po meczu, który powiedział: „Szkoda, że nie wykorzystaliśmy tych szans, które mieliśmy. Wystarczyłoby, że Pieńkowski niektóre piłki podałby lepiej i byłoby to już rozstrzygnięte”.

Wystarczyłoby panie trenerze, by reszta doszlusowała do poziomu i tempa, które nadał wychowanek łódzkiego klubu. W 75. minucie złapały go skurcze, ale lepiej, żeby dał z siebie wszystko i zszedł kwadrans przed końcem niż truchtał całe spotkanie. Właściwie tylko on, Maciej Humerski oraz niezawodni w tej rundzie Dario Kristo z Robertem Demjanem zaprezentowali się godnie. Reszta piłkarzy mniej lub bardziej źle, a pałeczkę najgorszego w drugiej połowie po Stanku przejął Marek Zuziak.

Niedokładne podania, za daleko wypuszczane piłki, dośrodkowania do nikogo – to był znak firmowy piłkarza, który z każdą kolejną minutą słabł. Na początku kilka razy fajnie wymienił piłkę z Pieńkowskim, ale te akcje wyglądały dobrze głównie ze względu na młodego skrzydłowego. Indywidualnie Słowak zaprezentował się bardzo blado. Największy grzech? Nie podłączał się do akcji ofensywnych, a jeśli to robił – to „na alibi”, bez przyspieszenia i realnego pokazania partnerom: hej, wychodzę na pełnym biegu, zagraj mi piłkę. Na zdjęciu powyżej akcja toczy się po lewej stronie, drugi z bocznych obrońców nie poszedł za akcją, więc wypada zadać to samo pytacie co rybce Nemo: gdzie jest Marek?

Na alibi grali niemal wszyscy, ale krępowało ich ustawienie. Taktyka, która nie zmieniła się pomimo straconej szybko bramki i upływającego czasu, który przybliżał do straty punktów. Co z tego, że w końcówce wszedł Miller, skoro na skrzydło i środek pola? Co z tego, że wszedł Mąka, jeśli tylko na ostatnie pięć minut?

Przez 87 Widzew grał z dwoma defensywnymi pomocnikami i jednym napastnikiem. Choć Kacper Falon wniósł sporo ożywienia do ofensywnej gry, nie bał się uderzyć z dystansu czy zagrać do przodu, z racji swojego profilu piłkarskiego nie mógł być pełnym odciążeniem dla walczącego do utraty sił Roberta Demjana.

Widzew grał tak samo, jak w poprzednich spotkaniach.

Bez większego planu, raczej „na udo”, czyli „albo się udo, albo się nie udo”, jak mawiał Bobo Kaczmarek. Poprzednio przy równie fatalnej grze udawało się mimo wszystko punktować za trzy, więc wszystkie problemy zamiatane były pod dywan. Kibice nie powinni, ale mogli przymykać na to oko. Tego absolutnie nie miał prawa natomiast zrobić sztab szkoleniowy, który nie posprzątał, więc spod dywanu wreszcie się wysypało.

Bałagan jest od dawna, teraz go widać gołym okiem. Problem w tym, że nie bardzo widać skruchę i chęć poprawy ze strony samego szkoleniowca. „To nie jest taka drużyna, jaką mieliśmy w latach 90” – takiego tłumaczenia jeszcze nie było, choć padło sporo wymówek. Jak pisaliśmy w sobotni poranek: człowiek ma albo wyniki, albo wymówki. Wczoraj zrzucono na sędziego, wcześniej na podróż autokarem, picie krwi i wiele innych rzeczy. Co następne? Widzew przegra, bo ktoś zostawi w domu żelazko albo nie nakarmi psa? Może „kompletnie, konkretnie” zaczną pękać spodenki?

„Mam też taką prośbę, żeby nikt mi nie krzyczał z trybun, kogo mam wpuścić na boisko! Ja sam wiem to najlepiej, bo znam tą drużynę jak własną kieszeń” – dodał Smuda na konferencji. Do retoryki nieomylności zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Warto natomiast zwrócić uwagę na jedną rzecz. Gdyby wiedział najlepiej, nikt nie musiałby nic krzyczeć.

Widzew Łódź – Huragan Morąg 1:1 (1:1)
0:1 – Łysiak
1:1 – Szawara (sam.)

Noty piłkarzy Widzewa w skali 1-10:

Humerski 7 – Kozłowski 3, Kostkowski 5, Zieleniecki 4, Zuziak 2 – Michalski 4 (73′ Miller 2), Kazimierowicz 4 (87′ Mąka -), Kristo 6, Pieńkowski 7 (75′ Rakowski 2) – Stanek 1 (64′ Falon 4) – Demjan 6.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem