Czy dla LeBrona to już koniec przygody w Cleveland?

Dla LeBrona cel jest niezmienny od lat – mistrzowski pierścień NBA. Patrząc jednak na kompletny brak formy drużyny grającej do tej pory przeciwko, bądź co bądź, dołom tej ligi, można odnieść wrażenie, że cel się oddala, a wraz z nim i Lebron w kierunku lotniska.

Gdy piszę te słowa Cleveland Cavaliers właśnie schodzą do szatni po kolejnej przegranej z Atlanta Hawks, obecnie najgorszym teamem po wschodniej stronie NBA. Miny mają nietęgie. 1 zwycięstwo i 5 porażek – to bilans, jaki LeBron i spółka zaliczyli przez ostatnie 10 dni. A jak tak dalej pójdzie, to będą mogli się bić o najwyższe pozycje, ale w drafcie razem z takimi tuzami koszykówki jak dzisiejsi Chicago (G League) Bulls czy zdziesiątkowani transferami Atlanta Hawks, zajmującymi odpowiednio 14 i 15 miejsce w konferencji wschodniej.


Nic więc dziwnego, że nastroje w szatni buzują i tylko cud może sprawić, by nie doszło do eksplozji. Taki cud dostarczył ostatnio w stolicy LeBron James wbijając 57 punktów na oczach Marcina Gortata i jego kolegów. Ale bądźmy realistami, lider Cleveland nie ma zdrowia ani energii 25-latka, by dostarczać takich liczb co wieczór. Nie po to sprowadził do drużyny Wade’a, Rose’a i Greena, by teraz biegać za nich od obręczy do obręczy.

Czy LeBron James ma szansę na mistrzowski pierścień z obecnym wsparciem? Trzeba przyznać, że nazwiska robią wrażenie, a świadomość, że Isaiah Thomas któregoś pięknego dnia odwiesi garnitur na rzecz bordowego trykotu napawa optymizmem. I nawet jeśli Cleveland skończy sezon na 7 czy 8 miejscu, rzutem na taśmę wchodząc do Play-offów, mogą sporo namieszać.

Ile czasu jeszcze będziemy oglądać LeBrona w barwach Cavaliers?

Problem w tym, że dla LeBrona cel jest niezmienny od lat – mistrzowski pierścień NBA. Patrząc jednak na kompletny brak formy drużyny grającej do tej pory przeciwko, bądź co bądź, dołom tej ligi, można odnieść wrażenie, że cel się oddala, a wraz z nim i LeBron w kierunku lotniska.

Kawalerzyści nie mieli bowiem jeszcze okazji zmierzyć się z żadną drużyną z zachodniej konferencji, która tego lata stała się jeszcze mocniejsza niż rok temu. Podczas gdy wschód jest raczej placem zabaw za przedszkolem, zachód przypomina poligon doświadczalny jednostki specjalnej. Patrząc na nadchodzący terminarz, można śmiało rzec, że LeBron ma przed sobą prawdopodobnie najbardziej dogodne match-upy w lidze.

Z pewnością wiele zweryfikują Houston Rockets, którzy w tym roku również mają ambicje, by bić się o najwyższe laury. W najbliższy czwartek obie drużyny zmierzą się na dzikim zachodzie i choć wynik jest otwarty, bukmacherzy nie pozostają optymistyczni wobec dołujących Cleveland.

Wracając jednak do dzisiejszego meczu, postanowiłem przez cztery kwarty prześledzić zachowanie poszczególnych zawodników, bowiem sytuacja w rosterze Kawalerzystów jest nader ciekawa. Można przyjąć, że 11 z 17 zawodników mogłoby z powodzeniem i bez większego wysiłku wskoczyć na listę starterów w jakiejś innej drużynie. Reguły koszykówki jednak są w tej kwestii raczej niezmienne i obecnie takich miejsc jest 5. Fakty są następujące: przeciwko Atlancie każdy ze starterów zaliczył negatywny usage rating, a najgorsze dwa przypadły Jae Crowderowi i Rose’owi. Momentami miałem wrażenie, że najwięcej wnosi poczciwy Dwayne Wade i chyba to nie przypadek, że lepiej wypada ławka rezerwowa.

W statystykach meczowych widać kto jest “koniem pociągowym” Cavs

Spójrzmy na sprawę z perspektywy starterów. Pozycja LeBrona jest nie do ruszenia i pozostali SF mogą zapomnieć o wskoczeniu na jego miejsce. Reszta? Każdy z nich czuje oddech zmiennika i wie, że przy gorszej passie może być momentalnie zastąpiony innym solidnym graczem. Panowie grają więc ze strachem w oczach, bo ich szanse na pozostanie wśród starterów są niewielkie. Wychodzący z ławki chcą za to pokazać się z jak najlepszej strony, bo nie mają zbyt wiele do stracenia. To wszystko sprawia, że wszyscy grają o swoje miejsce w drużynie, zamiast grać dla dobra ogółu. Można być złym na Kyle Korvera, który obudził się dopiero w 4 kwarcie trafiając raz za razem zza łuku. Szkoda tylko, że przez resztę meczu był bezużyteczny. Cleveland bowiem straciło prowadzenie po dosłownie 3 minutach meczu i nie odzyskało go aż do gwizdka końcowego.

Król wraz ze swoimi giermkami upadł na kolana i walczy o przetrwanie. Czy obudzą się ze snu zimowego, który w tym roku zastał ich już jesienią? I co z LeBronem? Czy widzi swoją przyszłość w Cleveland?

Moim zdaniem to po prostu koniec pewnej epoki. LeBron nadal pozostaje najważniejszym graczem NBA, ale na tym etapie kariery potrzebuje solidnych graczy wokół siebie, głodnych zwycięstw i przede wszystkim zdrowych. Sam też może wygrać mecz, co ostatnio dobitnie zamanifestował. Ale nie po to mają jeden z najdroższych rosterów w lidze, by oprzeć ciężar tylko na jego łysiejącej głowie.

Przemysław Prusinowski

Komentarze