Cyrk w Łomży! Gigantyczny niesmak po walce Artura Szpilki…

Wstyd i kompromitacja. Przykro to przyznać, ale Artur Szpilka skończył się w wadze ciężkiej i dziś... nawet nie zaczął w cruiser. "Zwycięstwo" odniesione nad Siergiejem Radczenką wzbudza niesmak nawet najzagorzalszych sympatyków Polaka. Mieliśmy do czynienia z karygodną grabieżą.

Kiedy komentator TVP Sport tuż po ogłoszeniu werdyktu wykrzykuje w kierunku sędziów: „To są parodyści, na Boga! Niech wracają do Austrii i więcej do Polski nie przyjeżdżają” – to znak, że wydarzyło się coś dużego.

W mediach społecznościowych w ciągu minuty posypały się dziesiątki, setki komentarzy. Przemek Garczarczyk, zajmujący się od lat pięściarstwem, tak w Polsce, jak i za Oceanem, określił to, co się zdarzyło brutalnie: największą kompromitacją w historii polskiego boksu. Dosłownie minutę wcześniej zarzekał się na Twitterze, że Artur Szpilka nie ma prawa usłyszeć korzystnego werdyktu – po tym jaki przebieg miało 10 rund walki. A jednak. W górę powędrowała ręka Polaka.

Jeden z sędziów punktował 95:92 na korzyść Artura, co oznacza, że Szpilka musiał w jego oczach wygrać wszystkie rundy poza tymi, w których był liczony i dwukrotnie padał na deski. To nie miało prawa się zdarzyć. Z taką interpretacją wydarzeń zgodzą się wyłącznie ci, którzy przez dziewięć rund – nie licząc ostatniej – siedzieli plecami do ringu.

Trudno powiedzieć, jak Szpilce przysłuży się taka „wygrana”. W swoim debiucie w niższej kategorii wagowej, odchudzony o blisko 20 kilo, nie pokazał się z dobrej strony. A właściwie zrobił to, lecz dopiero w dwóch, trzech ostatnich minutach starcia z Radczenką. Wówczas rzeczywiście Ukrainiec nie bardzo wiedział jak dotrwać do gongu, panicznie łapał Polaka, kradnąc cenne sekundy. Cenne, bo zdaniem większości miał zgromadzony solidny kapitał, który powinien pozwolić mu wygrać na punkty. W trzeciej i piątej rundzie powalił Szpilkę na deski. Boksował w sposób oszczędny. Nie był tak dynamiczny jak Artur, ale nie musiał. Atakował zza gardy błyskawicznymi sierpami, szukał luk w nie po raz pierwszy już dziurawej defensywie Polaka. Nie miał ciosu pokroju Chisory, by zakończyć ten pojedynek przed czasem, ale uczciwie zapracował na swoją wypłatę.

W punktacji kibiców, na kartkach papieru w wielu polskich domach – zwyciężył na punkty.

Sędziowie, organizatorzy – nie będziemy wskazywać palcem – chcieli jednak inaczej. Wygrał gospodarz. Przy czym jest to zwycięstwo, po którym trudno wypinać pierś do orderów, tak wiele elementów nie zagrało. „Szpila”, choć nie można odmówić mu ambicji i chęci, ani tego, że koniec końców nie ugiął się pod ciosami Ukraińca, nie zaprezentował formy, która pozwalałaby myśleć o poważnych osiągnięciach nawet w wadze cruiser.

Schodził do niej z nadzieją. Wiadomo, jak działa ten biznes. Za parę miesięcy dostanie kolejną walkę, następną szansę na zbudowanie pozytywnego rekordu. Jednak mankamenty, które w ostatnich latach widzimy u niego bez względu na klasę rywala, trudno będzie wyeliminować. A z nimi nie ma mowy o dużych sukcesach.

Niezmiennie kibicujemy. „Szpila” jest w polskich warunkach pewnym fenomenem. Niestety, z każdym miesiącem bardziej przekonujemy się o tym, że jest to fenomen bardziej ludzki, społeczny, aniżeli sportowy.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem