Cymbergaj, komediodramat i ekstraklasowy śmiech przez łzy

Liczba żartów podczas meczu Bruk-Bet Termaliki Nieciecza z Sandecją Nowy Sącz była ogromna. Mniej więcej tak, jak ta żenujących kopnięć (strzałami tego nie nazwiemy z szacunku dla strzałów), niecelnych podań czy idiotycznych dośrodkowań do nikogo. Nawet wyrzut z autu zdarzył się taki, po którym ręce opadły także Wenus z Milo. Słynna rzeźba na widok zagrania piłkarza w Niecieczy postanowiła je znaleźć, przyczepić sobie i pozwolić, by opadły na nowo.

Wiele w życiu widzieliśmy. Ekstraklasę oglądamy tak często, że nawet żarty o jej fatalnym poziomie niemal przestały nas śmieszyć. No bo to trochę tak, jak śmiać się z głupiego kolegi, który chodzi z tobą do klasy już kilka lat. Po jakimś czasie nawet najbardziej idiotyczny jego wybryk przestaje przeszkadzać, bo się tego spodziewasz. Przyzwyczajasz się. Ktoś widzi go pierwszy raz i nie może nadążyć łez, a skurcze brzucha podczas śmiechu działają na jego rzeźbę lepiej niż „szóstka Weidera”. Ale ciebie to nie rusza. Ty już to znasz.

A jednak musimy przyznać: czegoś takiego dawno nie widzieliśmy.

Musimy przyznać, że jeśli ktoś chciałby na własnej skórze przekonać się, czym tak naprawdę jest śmiech przez łzy – musi koniecznie obejrzeć powtórkę (notabene, o szóstej rano w poniedziałek, masochiści całego świata już zaznaczyli czerwonym kółkiem w kalendarzu). No bo z jednej strony nie możesz nie parsknąć, gdy z dwóch metrów głową nie trafia Jakub Bartosz, albo kiedy Samuel Stefanik z pięciu metrów wolejem uderza tak niecelnie, że aż przykro było na to patrzeć.

Gdyby Christopher McQuarrie oglądał Derby Niecieczy, podanie na kilka metrów do najbliżej ustawionego kolegi byłoby motywem przewodnim siódmej części „Mission: Impossible”.

Rozumiemy, że było zimno. Murawa nie sprzyjała do tego, żeby klepać niczym FC Barcelona za najlepszych czasów Pepa Guardioli, ale umówmy się: zawodnicy obu drużyn w poprzednich kolejkach nie dali choćby kropli nadziei na to, by obwiniać o taki stan rzeczy murawę. Zwykle obie drużyny czekały na to, co zrobi rywal i czasem lepiej, a czasem gorzej ukrywały swoją nieudolność. Dziś ktoś musiał prowadzić grę, kreować sytuacje i je wykorzystywać. I pojawił się problem. Ogromny.

W tym meczu było wszystko, czego być nie powinno.

Począwszy od żenująco niskiej frekwencji. 1658 widzów – to drugi najgorszy wynik w tym sezonie pośród drużyn grających w roli gospodarza. Najgorszy, jeśli weźmiemy drużyny grające u siebie, bo przecież prowadząca w tym niechlubnym zestawieniu Sandecja grająca z Jagiellonią występuje w Niecieczy jako gość. Po obejrzeniu tego meczu jednak zmieniamy optykę o 180 stopni. Jeśli dołożymy do tego mróz i nienajlepszą godzinę rozgrywania meczu – ta liczba widzów to olbrzymi sukces i gigantyczny wynik. A już na pewno na stadion Termaliki przyszło 1658 osób więcej niż to, na ile piłkarze z Niecieczy i Nowego Sącza zasłużyli.

Przede wszystkim: zapłacili za bilet, a powinni sami otrzymać wynagrodzenie za dwie godziny kary, jaka ich czekała po przybyciu na stadion. „Klient płaci, klient wymaga”. Co dostał w zamian w Niecieczy? Dośrodkowującego Tomasza Brzyskiego, który na 50. metrze od bramki Jana Muchy decyduje, że dobrym rozwiązaniem akcji będzie wrzutka na 25. metr. Obejrzeli taki aut:

Takie popisy snajperskie egzekutorów przez wielkie „e”:

https://twitter.com/m_kuznia/status/967429848741351424

Dłużni postanowili nie zostać bramkarze:

https://twitter.com/m_kuznia/status/967408656546451456

No i crème de la crème, czyli gol. Jedyny w tym spotkaniu, ale za to jaki! Nie dość, że samobójczy, to strzelony – uwaga! – karkiem. Tak, karkiem.

Tego było więcej, zdecydowanie więcej. Trzeba byłoby wycinać co trzecie zagranie, ale to już wyzwanie dla najlepszych montażystów świata. Czasami bowiem nawet nasze oczy nie nadążyły patrzeć, kto aktualnie znajduje się przy piłce. O takich kopaninach czasem mówi się „bilard”, ale to zdecydowanie zbyt mała częstotliwość ruchów. Mietek MIetczyński, komentujący to spotkanie dla Weszło FM, porównał to do flipera. Trafne, choć my proponujemy inną nazwę.

To był istny cymbergaj.

Można się śmiać, bo swoją drogą – co innego w takim wypadku zostało? To zawsze lepsze niż wyrywanie sobie włosów czy podcinanie żył. Dobra szyderka nie jest zła, a takich wypadkach wręcz konieczna. Mieliśmy uśmiech na ustach, kiedy kolejny raz Gabriel Matei wcielał w życie hasło: „Ty też masz szansę grać w Ekstraklasie!”, bo gorsi piłkarze biegają po boiskach chyba tylko na zajęciach wyrównawczych z wychowania fizycznego w podstawówce, ale i też nie każdej.

Przychodzi jednak taki moment, że odgłos śmiechu jest coraz cichszy, aż w końcu następuje cisza. W tym przypadku to nie była jednak cisza krępująca, a raczej poczucie żenady, bezsilności i wkurzenia. No bo interesujemy się, czytamy, oglądamy, słuchamy, napędzamy tę karuzelę zwaną Ekstraklasą, a ona – miast się rozwijać – zwija się do niewidzianych już dawno rozmiarów.

Mamy 2018 rok. Trenerzy używają laptopów, dronów, kamizelek mierzących dystans, prędkość i częstotliwość plucia czy pociągania nosem, a jakości piłkarskiej jest coraz mniej. Nie mówiąc już o jakiekolwiek taktyce, planie, technice użytkowej, inteligencji na boisku. Do głowy przychodzi nam Grzegorz Skwara mówiący „jesteśmy dziadami” i mamy nadzieję, że to sobie przynajmniej gdzieś w duchu powiedzieli wszyscy zamieszani w ten 90-minutowy festiwal żenady.

Bartłomiej Stańdo

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem