Cristiano: 9 lat, 450 goli, 2 komunikaty i adios…

Odchodzi. Do Juve. Nie wiadomo do końca dlaczego i po co. Żegna się w czasie mundialu i wysyła list z Peloponezu. „Adios madridistas…” Najlepszy strzelec najbardziej utytułowanej instytucji w historii futbolu, największa obok Alfredo Di Stefano legenda 116-letniego klubu. Cristiano opuszcza Real, Bernabeu, Madryt, LaLigę, Hiszpanię, Messiego... Zostawia po sobie kilkanaście trofeów, setki goli, tysiące gestów, miliony fanów i szyderców. Ale mit jest tylko jeden – historia Realu przed i po transferze Cristiano.

Nie będę Was oszukiwał. Ogarnął mnie smutek. Pustka. Popłynęła łza oglądając pożegnalne klipy z golami. Rozmawiam z kibicami Realu i też czują się osieroceni. Odejście Cristiano spadło na nas nagle, gdzieś między meczem Szwedów ze Szwajcarami a półfinałem Belgów z Francuzami. Co z tego, że o transferze Portugalczyka plotkowało się od 2 lat? Co z tego, że Cristiano kilkanaście sekund po wygraniu trzeciej Ligi Mistrzów z rzędu w Kijowie zaczął mówić o Realu w czasie przeszłym? Co z tego, że w lutym skończy 34 lata i trzeba szukać nowego lidera projektu? Nie można od tak przejść do porządku dziennego, kiedy ktoś nagle zabiera ci najlepszego piłkarza ostatnich 60 lat.

Rozejm w wojnie Ronaldo kontra Messi

Okrzyki, gesty hiperpewnego siebie macho, podciągnięte spodenki, infantylne miny, statystyczne odsyłanie do Google’a – zdążyłem się już do tego przyzwyczaić. Szczerze? Będzie mi brakowało tej umięśnionej, pełnej cekinów futbolowej kultury, którą w Madrycie stworzył CR7. Jakkolwiek komicznie to zabrzmi. Będzie mi brakowało tych motywacyjnych pojedynków Cristiano z Messim – nawet jeśli oni nie zwracają na to uwagi. Jeden strzelał dwa gole w sobotnie popołudnie, drugi odpowiadał hat-trickiem w niedzielny wieczór. I na odwrót. Co weekend mieliśmy w LaLiga fiestę. I choć wiecznie trwać nie mogła, to chyba za wcześnie zgaszono na niej światło.

6 lipca 2009 roku na Bernabeu pofatygowało się 75 tysięcy osób. Żadna inna prezentacja piłkarza nie zgromadziła takiej widowni. Ta Maradony w lipcu 1984 na neapolitańskim San Paolo zmobilizowała 65.000 kibiców. Cristiano został najdroższym piłkarzem w historii piłki nożnej. 94 miliony euro wydawały się wówczas szaleństwem. Dziś – po 9 latach i 100M€ płaconych przez Juventus – wydają się najlepszą transakcją transferową w dziejach Los Blancos.

Cristiano długo przekonywał do siebie wybrednych zjadaczy pestek z Bernabeu. Gole nie wystarczały, indywidualne trofea i rzucenie rękawicy Messiemu – również. Portugalczyk przez wiele sezonów prowadził swoistą potyczkę na gesty i słowa z socios Realu. Był wygwizdywany – czego do świadomości przyjąć nie mógł nigdy. Był smutny, o czym sam przyznał po jednym z meczów („Estoy triste…„). Drapieżne hiszpańskie media tylko podgrzewały konflikt. Cristiano przyklejono etykietę narcyza z ego mierzonym w pępko-kilometrach, obsesyjnego dziwaka, który wkurza się po golach kolegów z drużyny. Albo przypomina im o ich mniejszości i nieporadności, jak choćby po przegranych derbach z Atletico w lutym 2016 (słynne: „Gdyby wszyscy byli na moim poziomie…”).

Portugalczyka okrzyknięto siłaczem, skoczkiem i sprinterem przegrywającym z Messim w plebiscytach piłkarskich purystów. Portugalczyk stał się jednoosobową firmą na północnych przedmieściach Madrytu – z filmowym dokumentem na zamówienie, dziećmi z wynajętego brzucha i perfekcyjnym CR światem. Z 330 milionami obserwujących i sponsorowanym postem na Instagramie o wartości 1,5M€. Wszystko zmieniło się po 30-tce. Cristiano wreszcie pokazał, że jest dojrzałym liderem drużyny, że ciągnie ją za uszy w najważniejszych meczach sezonu. Że totalnie zawładnął Ligą Mistrzów. Relacje z Bernabeu uległy diametralnej zmianie. Dzieci na madryckich boiskach dumnie kończyły akcje wyskokiem z rozłożonymi rękoma i okrzykiem „Siuuuu”.

Cristiano wreszcie poczuł bezapelacyjne uznanie i oddanie socios – uczuć, których tak bardzo zazdrościł Messiemu na Camp Nou. Dwie wygrane Ligi Mistrzów, dwie Złote Piłki z rzędu, mistrzostwo Europy z Portugalią. Cristiano przestano w madryckich dziennikach rysować jako wyłącznie maniakalnego perfekcjonistę, kończącego każdy dzień serią 1000 brzuszków i 15-minutową sesją w kriokomorze. Portugalczyk stał się dojrzałym napastnikiem, który zrozumiał swój upływający czas, stopniową utratę dynamiki oraz konieczność zmiany pozycji w ataku. Efekt był piorunujący – wiosenne mecze decydujące o całym sezonie – stały się placem zabaw Cristiano. Lekarze Realu, na podstawie szczegółowych badań, orzekli, że Portugalczyk w wieku 33 lat jest fizjologicznym fenomenem: wiek biologiczny – 23 lata, tkanka tłuszczowa – 7% (średnia w drużynie – 10-11%), masa mięśniowa – 50% (średnia drużyny – 46%). Hulk.

O ile sportowo i prywatnie Cristiano osiągał zamierzone cele, ba zaczął nawet snuć plany o siedmiu Złotych Piłkach i siedmiu potomkach, o tyle relacje z Realem zaczęły się psuć. Obiecana podwyżka po zwycięskim finale w Cardiff, afera z niezapłaconymi podatkami od przychodów z praw wizerunkowych w latach 2011-14 (14,7M€), rosnące zarobki Messiego i Neymara. Cristiano poczuł się odtrącony przez Real. Wmówił sobie, że Florentino nie traktuje, go z należnym mu statusem. A status był i jest dla CR7 najważniejszy. Kiedyś, po tym jak jego największy kompan z Realu, Marcelo postawił w mediach Portugalczyka na równi z Messim, ten przestał się do niego odzywać przez resztę sezonu.

Odtrącenie, nowe wyzwania i… podatki

Portugalczyk zaczął się rozglądać. Widział jak Barça wspiera finansowo i wizerunkowo skandal podatkowy Messiego, dotarły do niego również informacje o 50M€ netto pensji Leo i 38M€ Neymara w PSG. Cristiano spadł na trzecie miejsce podium, choć w Paryżu odebrał kolejną Złotą Piłkę po 12 golach w Lidze Mistrzów. Porażka – w jego indywidualnej skali wartości. Czekał na gest Florentino. Na dowartościowanie. Czekał na podwyżkę kontraktu podpisanego w listopadzie 2016 (22M€ plus 3M€ zmiennych), która pokryłaby sumę nieodprowadzonych podatków oraz grzywnę. Czekał na umowę, która zbliżyłaby go do Leo nie tylko w indywidualnych trofeach. Nie doczekał się. Albo przynajmniej nie w takiej formie, jakiej oczekiwał. I nie przy bardzo drogim flirtowaniu z Neymarem, kiedy z Cristiano targujesz się o każdy milion. I nie przy słowach Florentino w Paryżu, że „Neymar musi trafić do Realu, że zaczął wygrywać Złote Piłki”. W takie zagrywki Cristiano bawić się nie miał zamiaru.

Jeszcze jesienią 2016 zapowiadał, że chce grać w Realu do 40-stki i karierę skończyć na Bernabeu. W styczniu ostatecznie podjął decyzję, że odchodzi – poprosił klub o uchylenie drzwi. Mendes dostał zielone światło na znalezienie klubu, a według spekulacji medialnych, Real miał na piśmie obniżyć klauzulę odstępnego z miliarda do 100M€ (dla klubów spoza Hiszpanii). Nastąpił cichy rozwód, który publicznie, oświadczył wszem i wobec w Kijowie sam Cristiano. Akt egoizmu, który przyćmił sukces drużyny, i tym samym zniechęcił do Portugalczyka wielu madridistas. Florentino też miał już dosyć swojej gwiazdy. Kolejnych fochów, publicznych roszczeń, ciągłego stawiania się „ja” nad „my”. Stwierdził, że skoro Cristiano mówi basta i prosi o transfer, to on problemów z odejściem robić nie będzie.  Karuzela w Realu nigdy się na zatrzymuje.

Dlaczego Cristiano tak naprawdę odszedł? Nie ma jednej odpowiedzi, jednego powodu. Na pewno szukał nowego wyzwania po 9 latach i pełnym brzuchu w Realu – o czym wspomina w pożegnalnym liście. Na pewno standing ovation od kibiców Juve na Allianz Stadium w Turynie, po historycznym golu z przewrotki, połechtała jego ego. Nie trzeba być mędrcem, żeby się domyślić, iż Cristiano trafia do turyńskiego Realu (zwycięska mentalność), że już jest największą gwiazdą Juve i ikoną całej Serie A (ma przychody na poziomie 8 klubu ligi, i prawie 3 razy więcej followersów na profilach społecznościowych wszystkich 20 klubów). Że po 60 latach bez Italii na mundialu, Cristiano uratował Włochom futbolowe lato.

Nie ma też wątpliwości, że od ponad roku relacje z Florentino były – delikatnie mówiąc – skomplikowane. Niby Real zaoferował Cristiano bardzo podobną pensję przed mundialem (30M€ vs 31M€ netto), a od 2015 roku Portugalczyk odzyskał 100% praw do swojego wizerunku (sprzedane za 150M€ Peterowi Limowi do 2020).

Języczkiem u wagi jest jednak zeszłoroczna zmiana we włoskim systemie podatkowym. Tak zwana Legge di Stabilità zakłada, że każdy nowy, zagraniczny rezydent w Italii będzie odprowadzać od wpływów poza granicami Włoch (w tym sponsoringu) podatek tylko do kwoty 100.000€ brutto (zamiast 43% od całej kwoty przychodów). Ma to na celu przyciągnąć do Włoch zagraniczny kapitał grubych ryb (w zamiarach włoskiego Ministerstwa Ekonomii – łącznie 1000 bogaczy; na razie zarejestrowało się 150, głównie handlarzy dzieł sztuki). Tak na marginesie – roczne dochody Cristiano z umów sponsorskich wynoszą około 50 milionów euro. Kąsek jest więc bardzo smakowity. Nawet jeśli reforma nie została wprowadzona z myślą o piłkarzach.

Odszedł po cichu

Cristiano odchodzi na własnych zasadach, na własną prośbę. Podświadomie urażony na dumie, być może zdradzony przez Florentino. Niedostatecznie uwielbiony przez klub i kibiców. Opuszcza Madryt bez jupiterów, kibiców na Bernabeu i przepastnego pokazu laserowego. Miał to po wygraniu 13 Ligi Mistrzów, kiedy wszystkim wydawało się, że kolejne insynuacje odejście to tylko kolejne insynuacje roszczeń do podwyżki. Cristiano 9 lat w Realu kończy w ciszy, na wakacjach, 9-akapitowym listem opublikowanym na stronie internetowej klubu…

Real w 45 dni stracił idealnego trenera (Zizou) i najlepszego goleadora w historii futbolu. Piłkarza, który w ośmiu ostatnich latach strzelał średnio 52 gole na sezon – statystyki tylko na poziomie Leo Messiego. Los Blancos odczują w krótkim okresie stratę Portugalczyka – zarówno sportową jak i marketingową. Na rynku nie ma obecnie tak zabójczego i regularnego snajpera. Florentino traci aktualnego zdobywcę Złotej Piłki, jednego z dwóch największych piłkarzy ostatniej dekady, która powoli dobiega końca, ale po względem imperium, wciąż jest lata świetlne nad resztą stawki. Żeby przynajmniej częściowo wypełnić lukę po Portugalczyku Florentino będzie musiał sięgnąć po piłkarzy z półki niżej – młodszych, ale i dużo droższych. Nie wystarczy jeden Neymar w roli twarzy nowego projektu, potrzebny jest również napastnik gwarantujący minimum 30 goli w sezonie. Być może trzeba będzie wyłożyć na stół pół miliarda euro.

Z drugiej strony 445M€ wydane na transfer i pensję zostały od 2009 w pełni przez Real zamortyzowane. To był najlepszy moment na sprzedaż Cristiano – kiedy wciąż jest na szczycie i kiedy sytuacja z jego kontraktem stawała się ciężarem nie do zniesienia. Nie zapominajmy również o królewskim motto: „Nikt nie jest ważniejszy niż Real Madryt”. Odeszli z niego, ci którzy zbudowali i rozsławili jego wielkość – Santiago Bernabeu oraz Di Stefano. Pożegnali się w sowim czasie: Hierro, Raul i Casillas. Emocjonalny rozwód gwiazd Realu z Bernabeu, starzejące się legendy w starciu z megalomanią i prestiżem klubu. Poczucie odstawienia na boczny tor, które – jakkolwiek tanio to zabrzmi – nie pozwala na pożegnanie z klubem z fanfarami. Casillas i Cristiano sami z niego zrezygnowali.

Ani Neymar, ani Mbappe, Hazard czy Kane nie dadzą nam tego, co dał nam Cristiano. Długo, bardzo długo, nie pojawi się w Realu, ktoś tak głodny sukcesu i obsesyjnie ambitny jak Cristiano Ronaldo. Ktoś, kto w ogrodzie Boga Messiego ośmielił się ciężką pracą postawić willę z basenem.

To był wielki przywilej móc oglądać cię na żywo z wysokości Bernabeu. Podziwiać gole, sprinty, dryblingi a nawet ten upór przy rzutach wolnych. To był przywilej obejrzeć Twój ostatni mecz w barwach Realu w Kijowie. #AdiosCristiano, #AdiosLeyenda.

Rafał Lebiedziński z Madrytu