Conor rozrabiał, UFC nie reagowało. Dziś są tak samo winni

Klaun jest zabawny do momentu, aż nie wychodzi z roli klauna. Nie rzuca się na obgryzającego paznokcie widza, nie zaczyna dusić innego gagatka z czerwonym nosem, ani nie wyjmuje z tylnej kieszeni niebezpiecznego narzędzia, które w rękach klauna jest niebezpieczne razy dwa. Conor McGregor przestał już być zabawnym klaunem.

Fajnie było się pośmiać z Irlandczyka, gdy wygrywał kolejne „śmieciowe gadania”, gdy prowokował, drażnił, wojował z przygotowaną w ustach ironią, żartem i stekiem wyzwisk. Jednym to przeszkadzało, drudzy z politowaniem rozkładali ręce, trzeci widzieli w tym biznesowy sens i przykład do naśladowania. Raczej nikt się nie łudził, że McGregor robił z siebie głupka za darmo albo za grosze. Gdyby nie „pajacował”, jego majątek byłby kilka razy mniejszy niż jest.

Ostatnio jednak zabawnie być przestało. W listopadzie McGregor po raz kolejny złamał panujące w MMA zasady obowiązujące kibiców (bo na feralnej gali Bellatora był wyłącznie kibicem), wskoczył do klatki, dając upust radości z wygranej kolegi. W oktagonie starł się z Marcem Goddardem, byłym zawodnikiem wagi półciężkiej, ale tamtego dnia – sędzią zawodów. Odepchnął go, wiązanki przekleństw też sobie nie odmówił. W żadnym poważnym sporcie taka sytuacja nie mogła mieć miejsca. W MMA, jak się okazało, to nie musiało być nawet ostatnie słowo szaleńca.

Sprawa rozeszła się po kościach, więc McGregor mógł się czuć bezkarny. W czwartek chciał wziąć odwet za upokorzenie, jakie spotkało jego przyjaciela Artema Lobova ze strony znakomitego Chabiba Nurmagomiedowa, więc ze swoją świtą wpadł na konferencję prasową przed galą UFC 223. Szybko zapachniało groteską, bowiem McGregor przyszedł… za późno. Nie było więc okazji do konfrontacji. Były bokser (haha!) jednak za dużo najadł się rano odwagi, by tak po prostu odpuścić. Rzucił więc ciężkim przedmiotem w pojazd, w którym byli zawodnicy, w tym Rosjanin. Zniszczył szybę, przestraszył ludzi i mógł się poczuć spełniony.

Pytanie, do kogo mieć pretensje? Do Conora, który od dawna wodzony bezkarnością sprawdza próg tolerancji UFC, czy do samej federacji, która nie potrafiła Irlandczyka potępić w sposób bezwzględny i niezaprzeczalny? McGregorowi pozwalano jeździć na żółtym świetle, pozwalano na czerwonym, więc nic dziwnego, że pewnego razu postanowił z ciekawości wjechać w radiowóz i sprawdzić, czy ktokolwiek z niego wyjdzie.

Irlandczyk ma (miał?) w UFC lepiej niż ktokolwiek. Ponad 500 dni był właścicielem pasa, mimo że ani razu nie stanął w jego obronie, odrzucał kolejne propozycje walk i tym samym narażał pracodawcę na straty wizerunkowe i finansowe. Innym by to nie przeszło, dopiero co Tony Ferguson stracił pas z powodu kontuzji, jakby była jego winą. Był o wiele lojalniejszy od bardziej znanego zawodnika, ale zasady nie są ustalane pod McGregora, tylko dla McGregora.

Bilans czwartkowego zamieszania to między innymi kilka rozcięć Michaela Chiesy i kiepski stan psychiczny Rose Namajunes, który przez chwilę postawił pod znakiem zapytania jej rewanż z Joanną Jędrzejczyk. Dana White całe zamieszenie skomentował z marsową miną i rozgoryczonym głosem. Jak widać, nawet jego przerósł potwór, którego sam stworzył.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem