Co się wydarzyło na Anfield Road?!

Wciąż jeszcze nie jesteśmy pewni, co mamy o tym wszystkim myśleć. W hicie 26. kolejki Premiership zmierzyły się drużyny Liverpoolu i Tottenhamu. O ile pierwsza połowa była bardzo przeciętna, to w drugiej Koguty skutecznie podkręciły tempo, które w ostatnim kwadransie jeszcze wyśrubowali…sędziowie tego spotkania. I rezerwowi. I Mo Salah. I Harry Kane. Doprawdy, ciężko nam ochłonąć.

Dobre wiadomości dla…Polaków

W ostatnią środę w meczu z Manchesterem United Tottenham otworzył konto bramkowe już w 11 sekundzie. Tym razem na trafienie także nie trzeba było czekać dużo dłużej, przy czym teraz to Koguty dały pokaz tego, z czego słyną w tym sezonie raczej The Reds, czyli nieporadności w obronie. Eric Dier nie zrozumiał się z Davinsonem Sanchezem, a Mo Salah z zimną krwią wykorzystał sytuację sam na sam z Hugo Llorisem. Jeśli wziąć pod lupę poczynania młodego, kolumbijskiego obrońcy, to można dojść do wniosku, że oprócz świetnych interwencji, które trzeba przyznać, stanowiły znaczącą większość jego występu, zdarzały mu się też straszne błędy. Tu się obciął, tu zagapił, tu podał piłkę napastnikowi. Mamy więc przekonanie graniczące z pewnością, że podczas Mundialu Robert Lewandowski otrzyma od Sancheza 2,3 lub 4 prezenty.

Dobra wiadomość dla reprezentacji Polski? Widzieliśmy kilku (-nastu, -dziesięciu, -set ?) obrońców grających pewniej niż Kolumbijczyk Davinson Sanchez.

Ale to dygresja. Dygresja, na która można sobie pozwolić, bo w pierwszej połowie tak naprawdę nie wydarzyło się zbyt wiele. Kompletnie niewidoczny był Harry Kane, który polował na swoja setką bramkę na boiskach angielskiej elity. Nie pomagali mu też koledzy. Liverpool grał raczej z kontry, podczas gdy goście pozornie prowadzili grę, częściej posiadając piłkę i rozgrywając ją między sobą na własnej połowie. Gdy przechodzili jednak środkową linię boiska, szybko ją tracili wskutek agresywnego pressingu The Reds. Do przerwy raczej zasłużone prowadzenie gospodarzy, którym goście w zasadzie sami sprezentowali gola.

Push the tempo

Po wznowieniu gry Tottenham w zasadzie „wsiadł” na miejscowych i praktycznie nie schodził z ich połowy boiska. Jurgen Klopp musiał zareagować, ale ani Oxlade-Chamberlain ani Winjaldum, którzy w 65 minucie stawili się na murawie nie byli w stanie odmienić obrazu gry. Tottenham w ostatnich 23 sezonach tylko raz wywiózł z Anfield Road komplet punktów, a teraz robił naprawdę wiele, żeby w mieście Beatlesów nie ponieść kolejnej porażki. Mauricio Pochettino musiał ryzykować i w miejsce wspomnianego stopera z Kolumbii wpuścił ofensywnie nastawionego rekonwalescenta, Erika Lamelę. To jednak dopiero kolejna zmiana gości doprowadziła do zmiany rezultatu. Na boisko wszedł kenijski pomocnik Victor Wanyama, a w swoim pierwszym bądź drugim kontakcie z piłką skierował ją z dystansu w samo okienko bramki Lorisa Kariusa w ten oto sposób…

Gol meczu? Gol kolejki? Gol miesiąca? Wszystko wskazywało na to, że tak, ale do końca spotkania pozostało jeszcze 10 minut i doliczony czas gry…

Szalony kwadrans

Tottenham po przerwie był dużo lepszy, a gol Wanyamy był jedynie tego udokumentowaniem. Londyńczycy poszli za ciosem i w 87 minucie wywalczyli rzut karny. Bardzo kontrowersyjny, chociaż jak się potem okazało, nie najbardziej kontrowersyjny w tym meczu. Ale po kolei. Do wykonywania jedenastki podszedł oczywiście Harry Kane, licząc na wstąpienie do elitarnego grona 27 piłkarzy, którzy w Premiership zdobyli 100 trafień. Oddał fatalny, sygnalizowany strzał wprost w ręce Kariusa. Niemiec nawet nie drgnął i była to jego najłatwiejsza interwencja w całym meczu. Oliwa sprawiedliwa? Tak się wydawało. W sporcie mawia się, ze niewykorzystane sytuacje lubią się mścić. I niewiele brakowało, żeby ten mecz mógł być potwierdzeniem tej właśnie tezy. W roli głównej, a jakże, Mo Salah…

To była 91 minuta gry. Wydawało się, że Egipcjanin spiął spotkanie klamrą swoich trafień. Gol na początku, bramka na końcu, zwycięstwo The Reds, dziękuję, dobranoc?  Nic bardziej mylnego. Chwilę później w tej sytuacji sędzia liniowy dopatrzył się przewinienia. Już pierwsza jedenastka wzbudziła wiele kontrowersji, ale to?

Do piłki postawionej na wapnie podszedł Harry Kane, zupełnie jakby nie znał historii chociażby Martina Palermo i jemu podobnym. Tym razem jednak utrzymał nerwy na wodzy i zdobył swoją setną bramkę w rozgrywkach Premiership. Po tej bramce światło zgasło i spadła kurtyna.

Status Quo

W tabeli najbogatszej ligi świata nic się więc nie ruszyło. Wciąż na czele, daleko przed konkurencją Manchester City, a za ekipą Pepa Guardioli zacięta walka o podium i Ligę Mistrzów w przyszłym sezonie. Liverpool wciąż ma kłopoty z obroną, a Tottenham bez zmian ma problemy, kiedy trzeba udokumentować swoją wyższość nad ekipami z grona angielskiego „Big Six”, szczególnie na wyjazdach. Sądzimy, że końcówka sezonu tych akurat rozgrywek może wyglądać tak,  jak ostatni kwadrans dzisiejszego spotkania na Anfield Road…

*

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem