Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Ciężką pracą można zajść daleko. Ale sufitu nie przebijesz

Wczorajszy mecz był ucztą dla oczu i prawdziwym Świętem Zakochanych dla wszystkich, którym zamiast serca w klatce piersiowej bije piłka. Doprowadził jednak do w sumie przykrego wniosku, który przebił się przez maestrię i geniusz dwudziestu dwóch facetów urządzających prawdziwy spektakl na Santiago Bernabeu. Przykry, bo stwierdzający fakt, że nie wszystko zależy od ciebie. Ani od tego, jak ciężko będziesz pracował.

Rozmawiałem jakiś czas temu z Arkadiuszem Głowackim, kapitanem Wisły Kraków i wielokrotnym reprezentantem Polski. Powiedział ciekawą rzecz o talentach: – To, czy ktoś zostaje piłkarzem czy nie, zależy praktycznie w całości od spędzonych na treningu godzin. Nie ma talentów. Ktoś ma większe predyspozycje, a ktoś nie, to oczywiste. Wszystko jednak zależy od tego, przez jak długi czas kopiesz piłkę.

Oglądając spotkanie Realu Madryt z Paris Saint Germain można się albo z „Głową” nie zgodzić, albo po prostu inaczej rozumieć znaczenie i zakres słowa „piłkarz”. Bo żeby zagrać tak, jak piłkarze obu drużyn, nie wystarczyło godzinami, dniami, tygodniami, miesiącami i latami po prostu kopać piłkę. Potrzeba czegoś więcej. Zdecydowanie więcej.

Rabiot, przepaść, Krychowiak

Giovani Lo Celso. 21 lat, Argentyńczyk, żadnych sukcesów w karierze piłkarskiej. Z drugiej strony – Grzegorz Krychowiak, gol w finale na Narodowym i zdobycie Ligi Europy, ćwierćfinał z reprezentacją Polski na Euro 2016, dość duży jak na tę pozycję transfer do PSG. Między nimi, nie mówiąc już o Adrienie Rabiot – przepaść. Niestety, nie na korzyść kadrowicza Adama Nawałki…

„Krychy” nie sposób nie szanować, bo tam gdzie jest (był?) zawdzięcza tylko sobie i ogromie ciężkiej pracy, jaką włożył w barwach Bordeaux czy Reims. Transfer do Sevilli to nie jest naturalna kolej rzeczy, prowadząca do nieuchronnego sukcesu. Tę kolej polski pomocnik musiał zbudować sam. Metr po metrze, szyna po szynie. Genialny sprint za Leo Messim i jeszcze lepsze powstrzymanie Argentyńczyka? Wszyscy pamiętamy ten urywek jednego ze spotkań Andaluzyjczyków w FC Barceloną, który krążył po całym internecie. Z uznaniem głową kiwali wszyscy, widząc tę determinację polskiego pomocnika.

To nie talent zbudował mu ogromne płuca, to nie odwieczne umiejętności wyzwoliły w nim tak przeogromne pokłady motywacji, pozytywnej agresji i zaangażowania. To praca. Codzienna, żmudna, ale dająca efekty w postaci miana solidnego, defensywnego pomocnika. Dziś na Santiago Bernabeu widać było jednak gołym okiem, że to był sufit, którego „Krycha” – przy całym szacunku i sympatii do niego – przebić nie miał prawa.

Dostrzec to można było nawet po nie najlepszej postawie argentyńskiego pomocnika Lo Celso, który nie miał ani głośnego nazwiska, ani nie był bohaterem głośnego transferu, ani nie wyróżniał się ponadprzeciętnymi warunkami fizycznymi czy motorycznymi. Ale miał „to coś”, choć meczu na Santiago Bernabeu nigdy nie oprawi w ramkę i nie powiesi na ścianie. Tak, jak Adrien Rabiot. Coś nieuchwytnego, ale przeznaczonego tylko dla wybranych. To coś, co pozwoliło nadążyć mu za niebywałym tempem spotkania na absolutnie najwyższym piłkarskim poziomie.

Z tym trzeba się urodzić

Tomasz Hajto często powtarza, że wszystko co w piłce nożnej osiągnął zawdzięcza tylko i wyłącznie ciężkiej pracy, bo gdy Pan Bóg rozdawał talent, on musiał chyba akurat stać w kolejce po serducho i wolę walki. Do takich zawodników kibice zawsze będą podchodzili z podwójnym respektem. Będą mieli szacunek za to, że nic nie zostało im podane na tacy, a pomimo tego potrafili zdobyć wiele.

Umówmy się jednak, że jeśli kibice Schalke 04 będą Tomka pamiętać, to raczej z twardej i nieustępliwej gry, świetnych crossowych podań i kolejnych żółtych kartek, które kolekcjonował jak znaczki w klaserze. Ciężką pracą doszedł do miejsca, w którym występował regularnie w reprezentacji Polski i jednej z najsilniejszych lig świata, ale wybitnym piłkarzem nigdy nie był. Nie miał prawa.

Podobnie jest z Grzegorzem Krychowiakiem, który w meczu z Realem wywiązałby się bez zarzutu pewnie z zadań defensywnych, ale w momencie rozegrania piłki byłby jedynym, który myślami zostawałby dwa podania wstecz. Raz, że na wyprzedzenie w głowie przebiegu meczu nie pozwoliłaby technika. Dwa – lekkość ruchów, zwinność, mobilność, słowem: motoryka. Trzy – zmysł do gry nie tyle kombinacyjnej, co megaultraprzekombinowanej. Ale cholernie widowiskowej i na pewnym, tym najwyższym już poziomie, jedynej skutecznej:

Żeby Real Madryt mógł pokonać Paris Saint Germain w 1/8 finału Ligi Mistrzów, nie mógł grać dwóch podań przy linii bocznej i przerzucić ciężar gry na drugą stronę. Nie mógł zrobić dwójkowej akcji na skrzydle, która zakończyłaby się dośrodkowaniem i strzałem głową. Czasem prostota to najlepsza droga do zwycięstwa, ale nie w takim spotkaniu. Tu w każdym niemal zagraniu było widać, że piłkarze wiedzą wzajemnie o swoim geniuszu i jedyną drogą, by przechytrzyć rywala, jest zaskoczenie.

Jak dwóch znajomych, którzy do bólu niemal grają ze sobą w FIFĘ i znają się jak łyse konie. Co chwila przechwytują swoje piłki, bo znają nawyki tego drugiego. Żeby strzelić bramkę, trzeba się po pierwsze sporo nagłówkować, a po drugie – zaskoczyć, czasem samego siebie. Zaryzykować. Mieć w zanadrzu coś, czego nie da się zaplanować i wytrenować.

Ten błysk, który prezentują nieliczni. Piętą, fałszem, czubkiem buta, kolanem, plecami – czymkolwiek, byleby przyspieszyć akcję, nadać jej niespodziewanego biegu, wprowadzić na nieznane tory. Anglicy mają fajne powiedzenie: „one touch and thank you very much”. Bez takiego magicznego dotknięcia nie ma czego szukać na tej półce, na której poruszali się wczoraj piłkarze przez wielkie „p” z Madrytu i Paryża. Godziny, miesiące i lata kopania piłki nie nadrobią tej sekundy, w której następuje to „Boże dotknięcie”. Dar czystego talentu, który poparty codzienną pracą zrobi różnicę i pozwoli wkroczyć na poziom niedostępny dla tych „niedotkniętych”.

Bartłomiej Stańdo