„Chyba pękło mi jądro, wymiotowałem z bólu”. Relacja z Częstochowy!

Bokserska gala "Noc Wojowników" przeszła do historii, a miałem przyjemność być na tym wydarzeniu i z bliska przyglądać się temu, co działo się w Częstochowie. Kolejny zawodowy pojedynek stoczył Tomasz Adamek, w akcji mogliśmy zobaczyć również wielu bohaterów miejscowej publiczności. Gala została zorganizowana z wielkim rozmachem, a wydarzenie już przed jego rozpoczęciem zostało ogłoszone ostatnim starciem w ojczyźnie pochodzącego z Gilowic Górala.

Bokserska gala „Noc Wojowników” przeszła do historii. Miałem przyjemność być na tym wydarzeniu i z bliska przyglądać się temu, co działo się w Częstochowie. Kolejny zawodowy pojedynek stoczył Tomasz Adamek, w akcji mogliśmy zobaczyć również wielu bohaterów miejscowej publiczności. Gala została zorganizowana z wielkim rozmachem, a wydarzenie już przed jego rozpoczęciem zostało ogłoszone ostatnim starciem w ojczyźnie pochodzącego z Gilowic Górala.

Miałem przyjemność nie tylko być w Częstochowie, ale i porozmawiać z zawodnikami. Zajrzeć tam, gdzie nie sięgały kamery telewizyjne i widzieć to, co dla postronnego widza nie było możliwe do zobaczenia. Udało się dowiedzieć czegoś więcej i tym właśnie chciałem się z wami podzielić. Niby emocje po gali już opadły, ale mimo wszystko zdecydowałem się wszystkim opowiedzieć o tym, co spotkało mnie pod Jasną Górą.

Werdykty są wszystkim znane, więc prochu nie wymyślę. Mam jednak wrażenie, że pojedynek bokserski inaczej ocenia się w telewizji z pomocą komentatorów i powtórek telewizyjnych, a nieco inaczej siedząc blisko ringu i słysząc, czy dany cios „wchodzi” czy tylko „ślizga się” po rękawicy.

Co zasługiwało na fakt już kilkadziesiąt minut przed pierwszym starciem, to naprawdę spora liczba kibiców, którzy stawili się w hali. Bardzo często bywa tak, że podczas pierwszych pojedynków arena wieje pustkami i słychać nawet, gdy ktoś na VIP-ie odstawia kieliszek na bar. Tu – wprost przeciwnie. Już podczas konfrontacji Damiana Wrzesińskiego z Markiem Laskowskim było sporo osób i – co ważne – był doping. „Noc Wojowników” zaczęła się możliwie najgorzej, gdyż po pierwszej obiecującej rundzie, w drugiej pięściarze zderzyli się głowami i walkę przerwano. Co dzieje się w takich sytuacjach? „Pojedynek bez rozstrzygnięcia”, czyli uznany za nieodbyty, bo skończył się już w drugim starciu (walka zakontraktowana na 8). Najgorsze w tym wszystkim było to, że obaj chcieli walczyć i nawet poszkodowany Laskowski był w stanie kontynuować pojedynek. Nie mam zamiaru oceniać decyzji lekarza, bo się na tym nie znam, ale… ale może fajnie było dać szansę w jeszcze jednej rundzie?

Wrzesiński – Laskowski – walka uznana za nieodbytą

Udało mi się porozmawiać w szatni z Laskowskim i widziałem, jak lekarze szyli mu rozwalony łuk brwiowy. Wyglądało to fatalnie, ale pięściarz podkreślał, że chciał walczyć dalej. Szanuje decyzję medyków, ale pozostaje niedosyt. Rewanż? I jeden, i drugi nie mają żadnych przeciwwskazań.

Laskowski po szyciu

W drugiej konfrontacji naprzeciwko siebie stanęli Mateusz Rzadkosz i Tomasz Gromadzki. Zwyciężył ten pierwszy, który po zadaniu 10 ciosów na gardę załatwił swojego rywala uderzeniem na korpus. Od razu przypomina się słynna walką Bernarda Hopkinsa z Oscarem de la Hoyą, która skończyła się w podobny sposób. Rzadkosz zwyciężył w piątej rundzie i prowadził do tego momentu na kartach punktowych. Po walce przyznał, że trudny rok za nim, a zwycięstwo na tej samej gali, podczas której walczy Tomasz Adamek, to zawsze było jego największe marzenie.

Prywatnie Rzadkosz wydaje się być naprawdę mądrym i ułożonym chłopakiem. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie jego postawa w „Drodze do Częstochowy”, a prywatnie tylko się potwierdziło, że do równy gość. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że ma ogromną przewagę w warunkach fizycznych. Zapytałem go, ile ważył wchodząc do ringu. Odpowiedział, że 86 kg. W trakcie oficjalnego ważenia wniósł 77,3 kg. Spora różnica, którą było widać gołym okiem.

Rzadkosz spełnił w Częstochowie swoje największe marzenie

Michał Leśniak zremisował z Kamilem Młodzińskim i obaj panowie podzielili się pasem mistrza Polski, który w praktyce cały czas nie ma swojego właściciela. Sędziowie nie byli jednomyślni i naprawdę taki werdykt wydaje się być najbardziej sprawiedliwy dla wszystkich. Pojedynek był bardzo emocjonujący i każdy kibic boksu z pewnością zobaczyłby jeszcze raz tę konfrontację. Leśniał był bardzo porozbijany po walce, miał problem ze zjedzeniem czegokolwiek. Co gorsza… chyba pękło mu jądro. Widać było, że pięściarz nie może chodzić, a z bólu wymiotował. Pojedynek ten to mocna kandydatura do walki roku na polskich ringach.

Tu rewanż jest obowiązkiem

Następnie w ringu zobaczyliśmy Roberta Parzęczewskiego, który jest bohaterem lokalnej publiczności. Arab był wyluzowany przed walką, chodził wokół ringu, pstrykał sobie zdjęcia z kibicami – wyraźnie przejął się rolą gospodarza. Po jakiś 10 sekundach walki widać było, że jego rywal jest już wyboksowanym pięściarzem (to była jego 74. walka w karierze) i – tu chyba bez przesady – przyjechał po wypłatę. Szkoda, bo Parzęczewski coraz więcej znaczy na krajowym podwórku i fajnie byłoby go zobaczyć na tle solidnego pięściarza z dobrym rekordem. Na swojej ziemi miał do wykonania bardzo łatwe zadanie.

Pokonany Saidi Mbelwa po walce jak gdyby nigdy nic siedział przy ringu i oglądał kolejne starcia. Nie było widać po nim sportowej złości, po prostu – tak miało być. Ciekawi mnie, czy styl Parzęczewskiego przed pojedynkiem, czyli ta otwartość na ludzi i udzielanie się w kontaktach z kibicami i przyjaciółmi nie pokarze go kiedyś w walce z poważniejszym pięściarzem. Czy w kluczowym momencie nie zabraknie koncentracji, która w tym pojedynku mogła nie być na najwyższym poziomie.

Co do jego postawy sportowej – naprawę dobrze to wyglądało. Arab czuje boks, choć ocenianie go na tle tego rywala z pewnością nie jest miarodajne.

Mbelwa przyjechał do Polski tylko po wypłatę

Wielki ciężar gatunkowy miała konfrontacja Łukasza Wierzbickiego z Michałem Żeromińskim. Zwyciężył ten pierwszy przez niejednogłośną decyzję sędziów, ale werdykt mógł iść tak naprawdę w dwie strony. Walka cieszyła się sporym zainteresowaniem kibiców i głośnym dopingiem – trybuny były podzielone, co fajnie wpływało na energetykę tego starcia.

Wiele osób uważa, że Wierzbicki był słabszy i niesłusznie wygrał. Widziałem się po walce z trenerem Żeromińskiego, Piotrem Wilczewskim, który nie mógł się z decyzją sędziów zgodzić. Dziennikarze witający Żeromińskiego w pokoiku dla mediów również nazywali go mistrzem Polski. Pokonany bokser pokazywał, że ma wiele śladów po ciosach z głowy, które otrzymał w trakcie walki i faktycznie – to nie były ślady od rękawicy. Wierzbicki natomiast chyba złamał lewą rękę – pokazywał tuż po starciu dłoń i wyglądała ona fatalnie – w efekcie pięściarz nie został nawet na walce wieczoru i udał się do szpitala.

Radość w obozie Wierzbickiego

Adam Balski, czyli przez wielu kibiców pięściarz uznawany za przyszłego mistrza świata, wygrał z Demetriusem Banksem dzięki decyzji sędziów. Cieszy mnie osobiście to, że Balski przewalczył cały dystans i musiał się trochę napocić, gdyż pierwszy w pełni przepracowany obóz skwitował dobrą jednostką treningową, czyli oficjalnym pojedynek. Martwi złamana w pierwszej rundzie szczęka. Balski nie pokazał wszystkiego, co potrafi, ale wygląda lepiej niż w poprzednich walkach. Bije częściej na korpus, używa lewego prostego, ma wyższą gardę – treningi z Gusem Currenem przynoszą efekty.

Balski powiedział po walce coś, co zapamiętam na długo i za co jeszcze bardziej lubię tego chłopaka. – Gdybym przegrał, to bym się nie przyznał, ale jako że wygrałem, mogę powiedzieć – od pierwszej rundy miałem złamaną szczękę. Jadę do szpitala.

Wielki szacun!

Co mówił Banks po walce? Był słabszy, przegrał zasłużenie, ale nie był najlepiej przygotowany do tej walki. Jest zdania, że gdyby był w lepszej formie, to na pewno pokonałby Balskiego. Tak nawiasem mówiąc, to przemiły gość z tego Banksa. Zakochał się w Polsce i nie mógł wyjść z podziwu nad rozmachem gali w Częstochowie.

„Wywiadu nie będzie, złamałem szczękę, jadę do szpitala”

Tomek Adamek napocił się w walce z Fredem Kassim, ale ostatecznie wygrał na punkty. Góral miał problemy z mniejszym od siebie Kameruńczykiem, który zmieniał pozycję i był bardzo niewygodny. Do tego Polak musiał zmagać się pękniętym łukiem brwiowym po jednym z uderzeń głową rywala. Adamek nie był zadowolony ze swojej postawy, choć – jak przyznał – zwycięzców nie należy sądzić. Kolejna walka? Przełom marca i kwietnia. Wielce prawdopodobne, że starcie nie odbędzie się w Polsce.

Adamek prosto z hali pojechał na lotnisko, by udać się w podróż do New Jersey. Jak powiedział: – Jadę do żony i córek, trochę mnie w domu nie było!

Co było na plus w Częstochowie:

  1. Pojedynki polsko-polskie wzbudziły duże emocje. Niby nie było wielu spektakularnych nazwisk, ale naprawdę kibice przeżywali każde starcie.
  2. Kontrowersje – bez tego nie byłoby polemiki, która jest częścią sportu.
  3. Kontuzje – dramaturgia jest potrzebna.
  4. Bohaterowie lokalni – takie są reguł podczas gal w naszym kraju – za zawodnikiem miejscowym do hali przyjdą jego kibice.
  5. Duża walka wieczoru, którą żyła cała Częstochowa.
  6. Pas mistrza Polski – w poważnym boksie znaczy niewiele, ale zawsze lepsze takie trofeum niż czapka śliwek.
  7. Publiczność – znakomita, nie spodziewałem się takiego widowiska. Organizatorzy liczyli na 4 tysięce kibiców, a było na pewno dużo więcej.
  8. Znane osoby na trybunach. Zawsze fajnie wygląda gala, podczas której jest wiele „sław”. Podczas „Nocy Wojowników” na trybunach zasiadali Jacek Krzynówek, Ryszard Bosek, Radosław Gilewicz, Adam Kownacki, Mateusz Masternak, Izu Ugonoh, Tomasz Smokowski, Paweł Jóźwiak, Karolina Szostak, Ewa Brodnicka, Ewa Piątkowska.
  9. Organizacja – nie ma się do czego przyczepić. Dobrze zorganizowana gala, nie było bałaganu, jak to często bywa podczas takich wydarzeń.
  10. Dziennikarze mogli pogadać z każdym zawodnikiem – nie było grymasów rodem z piłkarskiego boiska ani gwiazdorzenia.

Co było na minus w Częstochowie:

  1. Zabrakło jeszcze jednego, głośnego nazwiska. Rozumiem realia polskiego boksu, ale Głowackiego, Sulęckiego czy Masternaka kibice z pewnością by zobaczyli.
  2. Tylko cztery z siedmiu walk odbyły się na pełnym dystansie, a gala trwała dosyć długo – od 18 do 00:30. Nie każdy potrafi tyle wysiedzieć w miejscu, a nie było co robić pomiędzy pojedynkami.
  3. Oprawa – podczas samej gali jak najbardziej okej, ale gale MMA przyzwyczaiły wszystkich do show, które podoba się ludziom. Tutaj tego zabrakło.

Jak ocenię poszczególne aspekty gali w Częstochowie? (skala 1-10)

  1. Emocje sportowe: 8
  2. Karta walk: 5
  3. Frekwencja: 9
  4. Doping: 9
  5. Walka wieczoru: 8
  6. Organizacja: 8
  7. Poziom sportowy: 7
  8. Płynność gali: 7
  9. Zaproszeni goście: 9
  10. Prywatne odczucia: 8

Krótki komentarz do gali? Można zorganizować dobrą i widowiskową galę w Polsce bazując na polskich zawodnikach. „Noc Wojowników” to coś, co mnie pozytywnie zaskoczyło i czego się nie spodziewałem. Pytanie, czy w naszym kraju jest pięściarz, który będzie potrafił jeden do jednego zastąpić Tomasza Adamka, jako magnes na kibiców. W skrócie – czy podobne widowisko zobaczymy w przyszłości.

 

Jakub Borowicz

 

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem