Chleba i Igrzysk. Co zapamiętamy z Pjongczang?

Igrzyska Olimpijskie w Pjongczang powoli dobiegają końca. Ci, którzy spodziewali się gradu medali zdobytych przez polskich sportowców musieli obejść się smakiem…

Co prawda do rozdania zostało jeszcze kilka zestawów drogocennych krążków, ale prawdopodobieństwo, że któryś z nich pojedzie do Polski jest znikome. Czas na pierwsze podsumowania, chociaż nie są to zbyt wesołe wnioski.

Skoczkowie na medal

Pjongczang zapamiętamy głównie dzięki naszym skoczkom. Na niespełna kwartał przed Igrzyskami firma Gracenote, zajmująca się statystykami sportowymi wyliczyła, że z Korei Polacy wrócą z trzema medalami i wszystkie z nich zdobędą skoczkowie. Dwa krążki miał zdobyć indywidualnie Kamil Stoch, a trzeci dorzucić drużyna. Prawdę mówiąc jesteśmy pod wrażeniem wyliczeń specjalistów przygotowujących raport, bo na średniej skoczni Stoch miał sięgnąć po brąz, a jak wiadomo, zabrakło mu do niego ułamków punktu… W każdym razie mimo faktu, że konkurs na średnim obiekcie kosztował nas dużo nerwów, a ostatecznie zakończył się sporym rozczarowaniem, to właśnie ze skoczniami po latach będziemy wiązać najlepsze wspomnienia. Trzecie indywidualne złoto naszego mistrza olimpijskiego, walka do samego końca z Niemcami o srebro w drużynie i znów lokata przegrana dosłownie o włos. Postęp, jaki poczynili w ostatnich kilkunastu latach polscy skoczkowie po prostu musi robić wrażenie – większy skok, dosłownie i w przenośni, poczynili ostatnio chyba tylko Norwegowie. Mamy gwiazdę światowego formatu, mamy też innych zawodników, którzy przynależą do szerokiej, światowej czołówki.

Najpiękniejszy dla Polaków obrazek Igrzysk w Pjongczang – Kamil Stoch odbiera złoty medal! / fot. PressFocus

Wciąż dużo dobrego dla tej dyscypliny sportu robi Adam Małysz – może nie aż tyle, co czynił jako skoczek, ale z tylnego siedzenia całkiem sprawnie kieruje poczynaniami kadry, wykorzystując przy tym swoje ogromne doświadczenie. Ciekawe, czy w miejsce Małysza i Stocha przyjdą nowi mistrzowie? I czy do Pekinu za cztery lata znów będziemy jechali pełni medalowych nadziei?

Panczeniści? Za cztery lata, może za osiem…

Wielki sukces polskich łyżwiarzy szybkich sprzed czterech lat był równie nieoczekiwany, co odniesiony w szczytowych momentach karier naszych reprezentantów. Od czasu startu w Soczi medaliści posunęli się jednak jeśli chodzi o wiek i w Pjongczang stanowili jedynie tło dla reszty ekip. Owoce sukcesów na Igrzyskach w Rosji zaczniemy zbierać jednak dopiero…za kilka lat. Czy już za cztery? Ciężko powiedzieć, ale już za osiem – raczej tak. Chodzi oczywiście o pierwsze kryte lodowisko z prawdziwego zdarzenia, czyli Arenie Lodowej, dopiero co otwartej w Tomaszowie Mazowieckim. Miejmy nadzieję, że ten obiekt okaże się kuźnią olimpijskich medali w perspektywie czterech, ośmiu bądź dwunastu lat. Jak bowiem można wymagać sukcesów, skoro nasi reprezentanci nie mają warunków do uprawiania łyżwiarstwa szybkiego? Wyniki sprzed czterech lat były rezultatami ponad stan. Po prostu. I szkoda tylko, że symbolem polskich panczenów w Pjongczang pozostanie „występ” Artura Nogala…

Póki co należy się cieszyć, że Polsce przybył kolejny, po dwóch skoczniach narciarskich, obiekt sportowy do uprawiania dyscyplin zimowych z prawdziwego zdarzenia. Innych nie mamy!!!

Biegacze, biathloniści, zjazdowcy? Z czym do ludzi…

I nie mamy tu najmniejszego zamiaru krytykować występów naszych reprezentantów. Zrobili co mogli, wystartowali na miarę swoich możliwości. Pjongczang uzmysłowił nam co innego, o czym była już mowa wyżej – chcemy sukcesów, a nie mamy do tego absolutnie żadnych podstaw. Nie mamy w Polsce tras biegowych, gdzie biegacze narciarscy i biathloniści mogliby w przyzwoitych warunkach trenować. Porównywanie się z Niemcami, Kanadą czy Norwegią, gdzie sport zimowy jest praktycznie osobną gałęzią przemysłu, jest po prostu dla polskich sportowców niesprawiedliwe. Bobsleje? Polska osada, jadąca czteroletnim bobem, już na samym starcie, z racji zaawansowania (a raczej zacofania…) technologicznego, traciła do rywali dziesiętne sekund. W konkurencji, w której o zwycięstwie bądź porażce decydują czasami ich tysięczne części, z powodów techniczno-finansowych startowaliśmy bez absolutnie żadnych szans na końcowy sukces. Polski narciarz alpejski Michał Kłusak do Korei pojechał za własne pieniądze, ponieważ z Polskiego Związku Narciarskiego nie dostał żadnego wsparcia.

Cztery lata temu Justyna Kowalczyk była w szczytowej formie. Nasza biegaczka nie była jednak „produktem” polskiej myśli szkoleniowej, tylko wybitną jednostką. Tylko takie u nas osiągają sukcesy…/ fot. Cyfrasport

Niestety, takie przykłady można mnożyć. Prawda jest taka, że w dyscyplinach, które wymagają dużych nakładów finansowych na sprzęt i przygotowania, pieniądze w odnoszeniu sukcesów są równie ważne, jak talent i ciężka praca zawodników na treningach. Tak samo nie byłoby medali skoczków, gdyby nie dawne sukcesy Adama Małysza, osiągane na przysłowiowych już „bułce i bananie”. Gdyby nie zainteresowanie sponsorów, spowodowane z kolei popularnością ten dyscypliny w kraju, nie byłoby środków, żeby wytrenować Kamila Stocha i jego kolegów. To smutne, ale taka jest prawda – jeśli nie wiadomo o co chodzi – chodzi o pieniądze. W konkurencjach zimowych, jeszcze wyraźniej niż w dyscyplinach letnich, reszta świata nam ucieka. I to mimo faktu, że lodu i śniegu nam zimą w kraju przeważnie nie brakuje.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem