Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.
Uszanowanie! Zbierałem się do napisania tego bloga od czasów medialnej wzmianki o kolejnych celebrytach pchających się do klatki. Jako że natłok obowiązków wszelakich - z tym głównym, powodującym chroniczne zmęczenie fizyczne i psychiczne - nie nastrajał do pisania przemyślanych tekstów, a codzienna egzystencja sprowadza się raczej do pierwotnych instynktów bij-jedz-śpij niż klepania sensownych literek w klawiaturę.

Tak czy inaczej odpowiadam tym tekstem na szeroką dyskusję w temacie Pana Radka Liszewskiego z popularnego zespołu disco polo „Weekend”, który ponoć zadeklarował chęć walki w KSW. Nie, że zaczyna przygodę z MMA i ma ambicje walczyć w KSW kiedyś. On na chama z butami i pewnością w głosie miał powiedzieć, że KSW. Zanim rozwinę moją myśl i odpowiem na część Waszej dyskusji, wspomnę tylko, że ponoć w ogóle taka sytuacja nie miała miejsca, a jest to wymysł jednego z polskich brukowców.

Wiecie co? Nie ma to żadnego znaczenia.

Niech ta sytuacja będzie tylko przykładem niebezpiecznego zjawiska, które zaczyna się nasilać, powodując, że dyscyplina która jest sensem życia moim i wielu zawodników w tym kraju, staje się karczemną rozrywką dla gawiedzi, a nie najszybciej rozwijającym się sportem na świecie. Tradycyjnie dla mnie gram trochę koloryzując i wyolbrzymiając ten fakt, ale postaram się za chwilę w tekście dojść do sedna moich myśli. Aaaaaa no i żeby nie było, że mam coś osobistego do lidera Weekendu. W życiu! Sam tupię nóżką i śpiewam na wszelakich imprezach, gdy tylko z głośników poleci „Jaaaaa uwielbiam Ją…”

Sens organizowania walk typu Freak jest znany na całym świecie od lat i nie ma co specjalnie tego zjawiska roztrząsać. Wiele razy pisałem też na ten temat. Od myśli, że to żart z tego sportu, przez akceptację zjawiska jako wymuszonej promocji dyscypliny, aż do dzisiaj. Federacja KSW począwszy od ery Mariusza Pudzianowskiego postawiła na szukanie nowych kibiców poprzez docieranie do różnych nowych grup społecznych. Prosty, ale skuteczny zabieg.

 Najlepsze w tym wszystkim jest to, że konsekwentnie wszyscy się na to „nabierają” i choćbyście pisali, mówili i klikali negatywnie o kolejnych cyrkowych zestawieniach… to łykacie haczyk jak Sasha Grey…ekhm…no wiecie! 

Każda dyskusja o kolejnych popularnych osobach ocierających się o tematykę MMA wywołuje lawinę komentarzy i zainteresowania. Wystarczy spojrzeć na statystyki dowolnego portalu. Nie tylko branżowego. Jak głupi klikacie aby dowiedzieć się czegoś nowego o kolejnym celebryckim ryjku w klatce, zostawiając swój ślad w internecie zazwyczaj negatywnym komentarzem. Szkoda, że newsy o sportowych zawodnikach i kolejnych fajnych zestawieniach nie generują takiego ruchu. Chcecie czy nie – jesteście współodpowiedzialni za promocję takich walk. Mało tego!!! W 95% tych wszystkim pomyj wylewanych w rozmowach live czy online… i tak będziecie czekać na ten pojedynek z piwerkiem i popcornem w ręce.

Nie daj Boże zachce się do toalety….

”Halyyyyyyyyna czy Popek już idzie do klatki?” niesie się Waszymi mieszkaniami. Założę się też, że  -hmmmm, 60% komentujących? – nie jest świadoma kto jeszcze walczy na karcie walk danej gali. To jest właśnie smutne. Prawdziwe, współczesne, ale smutne. Na galach sportów walki jest dziewięć czy dziesięć pojedynków. W zależności od wielkości federacji są to bardzo często świetne sportowe zestawienia, z zawodnikami o uznanej marce i potwierdzonych wiele razy umiejętnościach. Niestety propaganda i promocja gali pojedynkiem z wykorzystaniem celebrytów powoduje, że macie w dupie resztę walk i przez pryzmay tej jednej oceniacie całą galę.

Co z tego, że pewno nie widzieliście innych pojedynków. Jest walka Popek – Strachu? Żenada, Hańba, Cyrk i śmiech na sali. Ile było takich głosów po gali KSW 41? Dodam tylko, że świetnej sportowo gali z kapitalnymi pojedynkami. Jak można być takim ignorantem i hipokrytą aby oceniać całą tę galę przez pryzmat jednej walki „o każdy pierwiastek tlenu na hali” i deprecjonować formę takich zawodników jak Longer, Zombiak, Kleber czy Soldic? Staram się kreślić właśnie taką teorię odpowiadając na internetowe pytanie, choć bardziej można kwalifikować to jako celowe zaczepki, ale mam wrażenie, że jest to walka z wiatrakami. Machnę ręką na przyszłość bo daleko mi do Don Kichota.

 „Dzięki celebrytom w MMA masz więcej sianka gamoniu” – tak to prawda. Jest popyt jest podaż. Tyle, że od czasów skoku popularności MMA w Polsce finanse są na podobnym poziomie. To było ładnych kilka lat temu. Każdy kolejny „popularnościowy” angaż do KSW nie podnosi jakoś znacząco liczby zer na kontach zawodników. Ten rynek jest stabilny od kilku lat. 

Pisałem, mówiłem wiele razy, że akceptuje zjawisko freak fightów jako zabiegu marketingowego. Nie interesuje mnie przecież ich poziom sportowy, bo w wielu przypadkach nie ma to nic wspólnego ze sportem, a przygotowania niektórych „cyrkowców” nie różnią się specjalnie od ich dotychczasowego życia. Czy się stoi czy się leży…za wyjście do klatki w MMA hajsik się należy”. Tacy ludzie nigdy nie zdobędą szacunku. Na niego trzeba sobie zapracować, tak jak zrobił to wspomniany wcześniej Pudzianowski.

Problemem jest co innego.  Złamanie granicy dobrego smaku.

Angażując koleje osoby z poza sportowego świata dajemy jasno sygnał, że byle „pajac może wejść tutaj bez pukania?” – cytując filmowego klasyka. Jako dyscyplina sportowa pokazujemy, że nie trzeba lat spędzonych na brudnych matach, litrów potu, krwi i bólu. Ot lajki na fejsbuniu się zgadzają to można wejść do klatki przecież. Nie kurwa. Ten sport boli. Może niech każdy celebryta, któremu przyjdzie do głowy odświeżyć sobie trochę nazwisko w showbiznesie i zarobić parę złoty, wpadnie najpierw na jedną sesje sparingową do dowolnego klubu MMA w Polsce. Niech wybierze najlżejszego chłopaka i stoczy z Nim pięcio minutową rundę. Weryfikacja może być bardzo bolesna.

Zwycięstwo Stracha nad Popkiem podczas gali KSW 41 zapaliło w głowach celebrytów mniejszych lub większych zielone światło do poważniejszego zainteresowania się tematem MMA, nawet jeżeli do tej pory jedyna ich styczność z tym sportem była przy okazji dyskusji czy Pudzian pokonałby niedźwiedzia Grizzly. Zbliżamy się do cienkiej linii, którą potem może być trudno przeskoczyć z powrotem.

Jeżeli już uznajemy, że aby budować zainteresowanie dyscypliną potrzeba kolejnych nazwisk do freak fightów to niech przynajmniej będą to utytułowani sportowcy. Oni mają wpojony etos pracy. Ciężkiej pracy. Przykładem choćby Szymon Kołecki. Zapieprza, aż miło patrzeć aby pokazać się w MMA z dobrej strony. Mam też wrażenie, że swoimi występami szybciej zyskał szacunek branży niż Pudzian z początku swojej przygody.

Na zakończenie mojego bloga rzucę tylko luźne wspomnienie z programu MTV „Celebrity Deathmatch”. Oglądaliście? Ja byłem fanem plastelinowych postaci z różnych stron showbiznesu, polityki czy religii walczących o racje w ringu. Wtedy była to dla mnie przednia rozrywka, a teraz w dobie świadomości i przyzwolenia na wycieranie sobie „mordy” Mieszanymi Sztukami Walki jako synonim sprawdzania się byle kogo w walce… ech. Oby ta cienka linia o której piszę nie została nigdy przekroczona!

Pozdrawiam i zachęcam do dyskusji. Uciekam póki co na trening!